24 kwietnia 2019

STARA APTEKA

Gdy w 1979 roku wydawali swój debiutancki album nie było mnie jeszcze na świecie. Nie załapałem się na ich słynną trylogię, nie oglądałem chwil ich największych triumfów ani nie dane mi było odkrywać na bieżąco uroków ich najpopularniejszych albumów. Pierwszą płytę kupiłem dopiero gdzieś koło 2001 roku czyli w czasie, gdy najważniejsze punkty w swej karierze mieli już dawno za sobą. Mimo to, grupa ta stała mi się niezwykle bliska i towarzyszyła w najlepszych latach mojego życia. Jej twórczość głęboko wryła się we mnie i osiadła gdzieś na dnie duszy. W ostatnich jedenastu latach powracała do mnie niezwykle rzadko bowiem sam zespół nie dostarczał nam żadnych nowych dźwięków. Gdy nie dorzucasz drwa do ognia, płomień z czasem wygasa. I tak też było w tym wypadku. Płyty obrastały kurzem, a z każdym rokiem nadzieja na rozniecenie tego paleniska zdawała się być coraz mniejsza i mniejsza. Uczucie jednak nie wygasło, ono po prostu tliło się gdzieś głęboko w środku, czekając na odpowiedni moment. Pierwszą iskierką dającą nadzieję na ożywienie dawnej miłości była zapowiedź nowej płyty. Jeśli wszystko ułoży się po naszej myśli, otrzymamy ją jeszcze tej jesieni. Oby tylko była warta tych jedenastu lat oczekiwania. Druga iskra pojawiła się dokładnie w minioną niedzielę. Wtedy to swoje sześćdziesiąte urodziny obchodził bowiem Robert Smith, lider i twórca The Cure. Przypuszczam, że w związku z tym wydarzeniem, Robert będzie chciał obdarować nas czymś zupełnie wyjątkowym. Kto wie, może będzie to album przywołujący najlepsze tradycje The Cure. Coś co zaspokoi tak ambicje samego Smitha jak i fanów spragnionych ujrzeć, a właściwie usłyszeć coś na miarę dawnych arcydzieł w rodzaju "Disintegration" (1989). Wszak sześćdziesiątka na karku to nie przelewki. Przypuszczam, że w tym wieku coraz częściej towarzyszą człowiekowi myśli oplecione pajęczyną melancholii.

Choć od jego urodzin minęły już trzy dni, ja wciąż nie mogę uwierzyć w to, że Robert Smith jest już sześćdziesięciolatkiem. Gdy przekraczałem próg jego apteki, liczył on sobie zaledwie czterdzieści dwie wiosny. Teraz gdy jest on starszy o osiemnaście lat, wciąż nie widzę go w roli starego farmaceuty. Zastanawiam się kiedy nastąpił ten nagły przeskok? Być może klucz do tej zagadki tkwi w ich mniejszej aktywności wydawniczej na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Zamiast tworzyć kolejne rozdziały tej historii, woleli wracać do już zapisanych stron, przypominając publiczności swoje stare dokonania. Tak nie buduje się swej legendy, tak się przechodzi na artystyczną emeryturę. Z każdym kolejnym rokiem coraz mniej było we mnie wiary w to, że grupa jest jeszcze w stanie coś stworzyć. Wyglądało to tak jakby przeżywali jakiś kryzys twórczy, z którego nie bardzo wiedzieli jak wyjść. A może po prostu doszli do wniosku, że już wszystko osiągnęli i nie ma sensu tworzyć nowych rzeczy bo i tak większość chce słuchać tylko tego co już dobrze znają. Mam nadzieję, że powrócą z albumem godnym miana The Cure i utrą nosa wszystkim tym, którzy już dawno pogrzebali ich pod grubą warstwą piachu.

Jakub Karczyński

PS Obraz użyty do zilustrowania tego wpisu jest dziełem Zdzisława Beksińskiego. To jedna z moich ulubionych prac tego nieodżałowanego artysty.
  

19 kwietnia 2019

KULAWY KAMELEON

W ostatnim czasie dość poważnie przejrzałem swoje zbiory płyt, aby sprawdzić czy być może nie znajdzie się tam coś co można by posłać w świat, a za zdobyte w ten sposób środki zakupić bardziej interesujące mnie tytuły. Impulsem do tego była płyta grupy The Chameleons "Script Of The Bridge". Jej starą edycję udało mi się wyszperać na jednym z portali aukcyjnych za dość przyzwoite pieniądze. Jedyna nieprzyzwoitość to koszt przesyłki, który niemal dorównywał wartości płyty. Można było co prawda wybrać inną formę przesyłki, ale wtedy nie miało się gwarancji, że w razie jej zagubienia w transporcie otrzyma się cokolwiek. Paczka była bowiem nierejestrowana więc wszelkie próby śledzenia jej drogi nie wchodziły w grę. Odżałowałem więc już tę droższą opcję, aby nie użerać się z angielską pocztą bo nie mam na to ani czasu ani zdrowia. 

Co prawda miesiąc wcześniej kupiłem tę samą płytę tyle, że w edycji wydanej na dwudziestopięciolecie wzbogaconą o dodatkowy dysk, ale za to z koszmarnie pozmienianą okładką. Skusiła mnie bardzo niska cena więc już zacierałem ręce na samą myśl posłuchania tej płyt. Jako że w drodze do odtwarzacza ustawiła się dość spora kolejka, The Chameleons musieli chwilę poczekać na swą kolej. Wrzuciłem pewnego pięknego dnia płytę do wieży, a tu zamiast muzyki z głośników słyszę ciężko pracujący kompakt. Wyjąłem więc czym prędzej płytę ze środka i powtórzyłem proceder. Tym razem na ekranie wyświetlacza pojawił się napis "no disc". Zgłupiałem więc doszczętnie. I nie pomogły prośby ni groźby, płyta za żadne skarby nie chciała ruszyć. Sprawdziłem więc drugi dysk, ten grał bez problemu. Po kilku dniach zabrałem ten album do samochodu i tam jakoś zaskoczył choć nie bez problemów. Odtwarzacz czasami prosił, aby wyjąć album ze środka. Nie wiem, może muzyka mu nie odpowiadała? Po którejś tam próbie jednak zaskakiwał i grał, ale już sam fakt tych perypetii wprowadzał do mego życia pewien dyskomfort. Przeszła mi nawet myśl czy nie zareklamować u sprzedającego tej płyty, ale odpuściłem bowiem po odjęciu kosztów wysyłki, kwota jaką bym odzyskał nie była warta zachodu. Zakasałem więc rękawy i zacząłem szukać innych edycji. Nawet nie marzyłem, że trafię na wersją z 1985 roku i to nie za miliony złotych monet, a w cenie niecałych siedemdziesięciu złotych. Pamiętam, że przed laty brałem udział w licytacji tej płyty na krajowym polu i tam cena zatrzymała się na jakiś stu dwudziestu złotych jeśli mnie pamięć nie myli.  Czekam teraz na jej dostarczenie. Mam nadzieję, że szybko trafi do mych rąk bowiem wciąż nie wiem co za skarby skrywa płyta numer jeden. Owszem, można sobie ją odsłuchać w Internecie, ale jaki byłby wtedy sens kupowania płyt? Nie psujmy więc sobie zabawy na własne życzenie.

Jakub Karczyński
   

16 kwietnia 2019

FIELDS OF THE NEPHILIM - LIVE IN WROCŁAW

Informacja o wrocławskim koncercie Fields Of The Nephilim spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Ujrzeć na żywo tę legendę gotyckiego rocka to marzenie, które pielęgnowałem w sobie od wielu lat. Sposobności ich zobaczenia było co najmniej kilka, ale na przeszkodzie stawała lokalizacja koncertów. Gdy już zjawiali się w naszym kraju, wybierali zazwyczaj odległą (z mojej perspektywy) Warszawę. Jako młody chłopak nie miałem jeszcze w sobie tyle odwagi by wyprawić się do stolicy w pojedynkę. Żyłem więc sobie tym marzeniem, licząc na to, że być może kiedyś uda mi się je zrealizować. Lata mijały, a Fields Of The Nephilim wciąż pozostawali nieuchwytni. Zmieniło się to dopiero w tym roku, gdy ogłoszono, że grupa wystąpi w naszym kraju na jedynym koncercie i to nie w Warszawie, a w nieodległym Wrocławiu. Uznałem, że lepszej okazji już mieć nie będę.

Do stolicy Dolnego Śląska przybyłem ostatnim pociągiem, który gwarantował mi udział w tym wydarzeniu. Szybki spacer do miejsca mego docelowego noclegu, pozostawienie zbędnych rzeczy i w drogę na tramwaj, który bezpośrednio dowiózł mnie niemal pod drzwi sali A2. Byłem już tu na koncercie Petera Murphy więc obiekt ten nie stanowił dla mnie tajemnicy. Po przekroczeniu jego progu, skierowałem swe kroki do stoiska z gadżetami. Szybki ogląd sytuacji i już wiedziałem, że nic tam nie kupię bowiem ceny przyprawiały o zawał serca. Niedorzecznością było wydawać 100 zł na koszulkę, którą w Internecie można zakupić za połowę tej ceny. Bluzy z kapturem za 200 zł to już prawdziwy gwóźdź do trumny. Gdyby jeszcze cena gwarantowała jakość to nic bym nie mówił, ale niestety tak nie było. Zresztą tego typu garderoba nie jest już mi dziś do szczęścia potrzebna. Co innego płyty, te zawsze chętnie przygarnę pod swój dach. Niestety wybór był bardzo ograniczony i sprowadzał się do trzypłytowego koncertowego boksu "Ceremonies: Ad Mortem, Ad Vitam" (2012) oraz winylowego singla "Prophecy" (2016). I to właśnie on zainteresował mnie najbardziej choć sam utwór nie jest może szczególnie wybitny. Mimo to warto by go włączyć do swoich zbiorów, ale nie za cenę 100 zł. Bywam niekiedy szalony, ale w tym wypadku górę wziął zdrowy rozsądek więc odwróciłem się na pięcie i udałem się w kierunku sceny. 

Długo nie trzeba było czekać, aż wypełni się ona dźwiękiem. Zanim scenę objęli w swe władanie Fields Of The Nephilim, swoje przysłowiowe pięć minut miała Jordan Reyne. Niezwykle sympatyczna dziewczyna, która jak się okazało nagrała już w swym życiu całkiem pokaźną ilość płyt. Jej występ zrobił na mnie dość dobre wrażenie pomimo kilku technicznych zgrzytów, które to jednak składam na karb tremy. Artystka potrafiła wybrnąć z trudnych sytuacji w niezwykle uroczy sposób czym zjednała sobie publiczność. Jej instrumentarium było nad wyraz skromne gdyż ograniczało się do gitary, efektów zapętlających i głosu wokalistki. Nawet z tak ograniczonym zestawem dźwięków, Jordan dała radę przyciągnąć uwagę publiczności. We Wrocławiu promowała swój najnowszy album zatytułowany "Bardo" (2019), który to nagrała z polskimi muzykami. Album godzien uwagi tak samo jak i cała jej twórczość. Sama twierdzi, że wykonuje muzykę eksperymentalną choć moje skojarzenia biegły raczej do artystów w rodzaju Zola Jesus i szeregu innych panien odmalowujących swą muzykę w nieco ciemniejszych barwach.


Prawdziwy mrok nastał, gdy na scenie pojawili się oni. W kłębach dymu wyglądali jak zjawy, które raz po raz wyłaniają się z mroku by za chwilę zatopić się w nim całkowicie. Ktoś jednak chyba nie do końca przemyślał ten aspekt występu bowiem nie po to przychodzi się na koncert by oglądać kłęby dymu. Delikatne zadymienie w zupełności załatwiłoby sprawę. W tej scenerii najlepiej prezentował się gitarzysta, ubrany tak jak przystało na prawdziwego kowboja. Westernowa stylizacja nadawała odpowiedniego klimatu, zwłaszcza gdy ze sceny płynęły dźwięki z najbardziej kowbojskiej płyty w dorobku Fields Of The Nephilim jaką jest "Dawnrazor" (1988). Rozpoczęli od Intro (The Harmonica Man) będącego ozdobą klasycznego spaghetti westernu Sergio Leone "Pewnego razu na dzikim zachodzie" (1986). Trudno o lepsze wprowadzenie. Dreszcz na karku pojawił się już z pierwszymi dźwiękami Preacher Man. Wystarczyło zamknąć oczy by ujrzeć ten dziki zachód, gdzie w powietrzu znajduje się więcej ołowiu niż tlenu, a miejscowemu grabarzowi od natłoku roboty łopata przyrosła już do rąk. Niestety nastrój ten tak szybko jak się pojawił tak też szybko zniknął wraz z dźwiękami Trees Come Down. Z ręką na sercu przyznam, że nie jestem wielbicielem tego utworu i znalazłbym z dwadzieścia lepszych nagrań, które warto by umieścić w koncertowej rozpisce. Choćby takie Vet For The Insane z "Dawnrazor", które stanowi jeden z najjaśniejszych punktów tej płyty, a który to nie zabrzmiał tego wieczoru we wrocławskim klubie. Przy Endemoniada wiedziałem już, że akustyk nagłaśniający ten koncert zbyt pofolgował sobie z głośnością bowiem na pierwszy plan wysunięta była perkusja i gitara. O ile dźwięki gitary nie przeszkadzały, tak perkusja momentami wręcz ogłuszała słuchacza, że aż w uszach piszczało. Nie jest to tylko moje spostrzeżenie bowiem po koncercie przeczytałem kilka podobnych opinii. Czasem przeszkadzało to bardziej innym razem mniej, ale można było to zrobić zdecydowanie lepiej. Wraz z Love Under Will przenieśliśmy się na album "The Nephilim" (1988), na którym to w pełni objawił się już styl grupy. Tu po raz kolejny przyjemny dreszcz podniecenia przeszył moje ciało, a świadomość uczestnictwa w tym niezwykłym misterium była najwyższą nagrodą. To był zdecydowanie jeden z bardziej udanych momentów tego koncertu. Po nim dosłownie na jeden moment powróciliśmy do ich debiutanckiej płyty, aby wysłuchać tytułowego nagrania. Ten ponad siedmiominutowy kolos zabrzmiał bardzo majestatycznie choć momentami uszy krwawiły od dźwięku perkusji. Balsamem dla nich okazał się Moonchild, który zelektryzował zgromadzony tłum. To chyba podczas tego utworu, ktoś próbował nawet rozkręcić pogo wprawiając mnie w lekkie zdziwienie bo czego jak czego, ale pogo na koncercie Fields Of The Nephilim się nie spodziewałem. Moonchild niesamowicie ożywił ten koncert. Widać wiele osób czekało na te dźwięki, tak jak ja w skrytości ducha czekałem na nagranie The Watchmen. Jak się okazało nie były to płonne nadzieje. Ku mojej ogromnej radości zabrzmiało ono zaraz po Księżycowym dziecku i przyniosło ze sobą mnóstwo pięknych emocji i wspomnień, gdy dopiero zaczynałem odkrywać tę muzykę. Cieszę się, że znalazło się też miejsce dla nagrania Psychonaut, do którego zrealizowano przed laty niesamowicie psychodeliczny teledysk. Na wrocławskiej ziemi zabrzmiało równie majestatycznie i przebojowo. Nikt chyba nie przypuszczał, że oto dotarliśmy niemal do kresu podróży. Na finał zespół przygotował jednak nie lada atrakcję bowiem sięgnął po najbardziej rozbudowaną kompozycję z albumu "The Nephilim" jaką jest Last Exit For The Lost. Chyba nikt nie czuł się rozczarowany bo to przecież utwór z gatunku "klękajcie narody". Nakręcający się niczym sprężyna. Od spokojnego wstępu, aż po wybuchowy finał. Przyznam, że czułbym się bardzo niepocieszony gdyby zabrakło tej kompozycji we Wrocławiu. Można więc powiedzieć, że wisienka z tego tortu okazała się nad wyraz smaczna. Czy można było oczekiwać więcej? Byli tacy co twierdzili, że tak i twardo stali wyczekując bisów. Ich cierpliwość została po chwili nagrodzona najświeższym nagraniem jakim jest Prophecy. To całkiem zgrabny utwór choć nie ma w sobie tyle uroku co wspomniany Moonchild czy Blue Water, które tego wieczoru nie dostąpiło jednak zaszczytu prezentacji scenicznej. Więcej szczęścia miało Mourning Sun, jedyny akcent z ostatniej studyjnej płyty zespołu. Niestety nie zabrzmiał on tak doskonale jak na albumie, toteż po jego wybrzmieniu opuszczałem salę z lekkim poczuciem niedosytu.

To na co można by narzekać poza wspomnianą głośnością i kłębami dymu, to z pewnością długość tego koncertu. Trwał on nieco ponad godzinę, choć Fields Of The Nephilim chyba nigdy nie rozpieszczali fanów w tym względzie. Rzut oka na rozpiskę londyńskiego koncertu z 1988 pozwala stwierdzić, że nie były one wcale dłuższe. Co ciekawe, lista utworów bardzo przypomina to czego dane nam było wysłuchać we Wrocławiu z pominięciem rzecz jasna rzeczy, które stworzono po 1988 roku.  Pokrywa się aż osiem z czternastu kompozycji. Żałuję jednak, że nie znalazła się choć jedna nuta z "Elizium" (1990), który to album ukochałem sobie nad wyraz mocno. Widać nie można mieć wszystkiego. Cieszy za to dobra forma Carla McCoya, jego głos nie zmienił się nic a nic, tak jak i jego fizjonomia. No może nieco więcej siwych włosów na głowie, ale kto by się tym przejmował.

Kończąc już tę relację wyrażę zadowolenie, że oto spełniło się jedno z moich koncertowych marzeń. I choć nie był to występ perfekcyjny, tak pod względem brzmienia jak i repertuaru, to nie myślę narzekać. Wszak nie zabrakło pięknych momentów, dla których warto było pofatygować się do stolicy Dolnego Śląska, choćby tylko po to, aby poczuć te kilka dreszczy na karku. Liczę na to, że zawitają jeszcze kiedyś do naszego kraju, a wtedy kto wie czym nas uraczą. Może zagrają to, czego nie dane nam było usłyszeć we Wrocławiu i zabiorą nas w końcu do upragnionego Elizium.

Jakub Karczyński

PS Specjalne ukłony i podziękowania dla Andrzeja Olechnowskiego, który wyraził zgodę na umieszczenie swoich fotografii w niniejszej relacji. Dzięki temu zamiast kłębów dymu, możemy podziwiać sylwetki muzyków w pełnej krasie. Kłaniam się za to w pas.
 

06 kwietnia 2019

PRZYGASAJĄCY BLASK

Nie ukrywam, że ogromnie się cieszę na nową płytę grupy The Cure. I choć informacja ta trafiła do mych uszu pierwszego dnia kwietnia, to nie jest to jak można by przypuszczać żart. Robert Smith potwierdził, że grupa zamierza wydać swój nowy album gdzieś tak w okolicach jesieni. Co prawda nie ma jeszcze oficjalnej daty, ale miejmy nadzieję, że w końcu doczekamy się tej płyty. Gdy ukazywał się "4:13 Dream" (2008) nie przypuszczałem, że na kolejne wydawnictwo będę musiał czekać długich jedenaście lat. W wywiadzie dla pisma "Rolling Stone" Robert Smith zdradził, że nowa muzyka powinna spodobać się jego najwierniejszym fanom. Ponoć stworzyli około dziewiętnastu utworów, których czas trwania waha się między dziesięć a dwanaście minut. Czyżbyśmy mieli otrzymać najbardziej monumentalne dzieło The Cure? Pomnik trwalszy niż ze spiżu, że tak pozwolę sobie zacytować Horacego. Póki co studziłbym te emocje, bo jak wiadomo Robert Smith już różne rzeczy w wywiadach opowiadał. To czego ja osobiście bym sobie życzył to zaangażowanie jakiegoś porządnego producenta, który sprawi, że nowa płyta będzie po prostu dobrze brzmiała. Dwie ostatnie były w tym aspekcie zupełnymi porażkami. Mam również nadzieję, że Robert już wykrzyczał się na tych albumach i w końcu zacznie śpiewać.  No i na koniec poprosiłbym o więcej klimatu, a mniej hałasu od którego to, aż uszy puchną, a głowa rozpada się na części. Niechaj Robert przypomni sobie myśl jakiej rzekomo hołdował - mniej znaczy więcej. Czasem mniejszymi środkami możemy osiągnąć o wiele więcej. Tak było przecież na kanonicznych dziełach w rodzaju "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). To właśnie ten minimalizm sprawiał, że ta muzyka była tak niezwykła i urzekająca. Zdaję sobie sprawę, że były to dawne dzieje, ale może choć po części uda się wskrzesić tego dawnego ducha. Nie robię sobie jednak żadnych nadziei, aby potem nie przełykać zbyt dużej porcji goryczy. Nie ma po co pompować tego balonika oczekiwań bo później może okazać się, że pęknie on z ogromnym hukiem. Bądźmy jednak dobrej myśli, w końcu kiedy jak nie teraz mają potwierdzić, że w pełni zasłużyli, aby wkroczyć do Rock & Roll Hall Of Fame. Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka bowiem wiadomo, że to co ich tam wprowadziło, to albumy nagrane dawno, dawno temu, za siedmioma górami i lasami. Miło by jednak było gdyby powrócili z czymś naprawdę mocnym i pozwolili nam uwierzyć, że wciąż są liczącym się zespołem, a nie tylko starą, wyblakłą fotografią grupy wspominającej dni dawnej chwały. Tego im życzę bo komu jak komu, ale im się to po prostu należy jak mawiał inny klasyk. 

Jakub Karczyński

28 marca 2019

THE CHAMELEONS UK - STRANGE TIMES (1986)

Jeśli wytwórnia płytowa zawiera kontrakt z debiutantami, opiewający na nagranie ośmiu albumów to można przypuszczać, że albo grupa ma niezwykły potencjał i przyniesie w przyszłości krociowe zyski albo też, że w owej wytwórni pracują kompletni kretyni. Pierwszy scenariusz jest tak piękny, że aż nieprawdopodobny, drugi bywa bardziej realny. Taka to też historia przydarzyła się brytyjskiej grupie The Chameleons, która to nie chcąc ulec naciskom wytwórni, ujrzała drzwi wyjściowe, zanim zdążyła zarejestrować materiał na swój debiutancki album. Choć początki nie były zbyt udane to w końcu dopięli swego publikując "Script Of The Bridge" (1983) w barwach innej wytwórni. Dziś jednak skupimy się na ich trzecim albumie, ostatnim jaki zarejestrowali w latach osiemdziesiątych tuż przed wygaszeniem neonu The Chameleons na wiele, wiele lat.

O istnieniu tej grupy dowiedziałem się w czasach gdy polski Internet dopiero zaczynał raczkować, a jego dostępność w domach była nie lada luksusem. Dziś wydaje się to dziwne, ale wtedy z Internetem łączyło się za pomocą modemu (blokując tym samym stacjonarną linię telefoniczną) i nie była to tania rozrywka więc korzystało się z tego wynalazku szybko i okazjonalnie. Gdy natrafiałem na szczególnie interesujący tekst drukowałem go, aby jak najbardziej zniwelować czas przebywania w Internecie. Mam te materiały do dziś dnia i co jakiś czas do nich powracam. Zwłaszcza jeden tekst jest godny odnotowania, w którym to autor poleca różnorodne zespoły z estetyki goth punk / deathrock, gothic rock, new wave / cold wave. Nie są to może zbyt wnikliwe opisy, niejednokrotnie pisane prostym językiem, ale nie to jest przecież najważniejsze. Największa siła tego tekstu to przeogromna liczba nazw grup, o których wcześniej nie miałem bladego pojęcia. Wśród nich byli także The Chameleons, o których muzyce autor pisał, że to czadowe, wściekłe a jednocześnie cholernie klimatyczne granie. Opinia ta odnosiła się jednak tylko do ich debiutanckiej płyty. Pozostałe albumy nie znalazły uznania w jego oczach, ale nie był to dla mnie wystarczający powód by je zignorować.

"Strange Times" absolutnie nie jest albumem, który można pominąć. Zbyt wiele tu wspaniałych dźwięków, które zaplątały mi się w duszy i grały przez kilka długich dni i nocy. Uwiedli mnie już drugim nagraniem z tejże płyty. Caution zniewoliło mnie swoją transowością wykreowaną za sprawą pięknej melodii wygrywanej przez gitarę. Co tu dużo mówić, to ona odwala tu główną robotę i kreuje nastrój pełen tajemniczości i melancholii. Nie zliczę ile razy zapętlałem ten utwór chcąc kolejny raz poczuć ten niesamowity klimat. Nawet teraz gdy piszę te słowa, z głośników wybrzmiewa właśnie ten utwór. I nie myślcie, że to koniec atrakcji. Pięknym dopełnieniem tej kompozycji jest nagranie Tears, choć osobiście wolę je w tej wersji, która zawiera się w dodatkach do tego albumu. W ogóle dodatki stoją tu na naprawdę wysokim poziomie. Tak jak nie znoszę tego typu zabiegów, tak tu w pełni je akceptuję bowiem nie są to jakieś dziadowskie remiksy, a całkowicie premierowy materiał. Przyjdzie jeszcze jednak czas na ich omówienie, tymczasem powróćmy do podstawowego programu płyty. Tears doskonale wycisza emocje jakie nagromadziły się w końcowych sekundach Caution. Muzyka ta ma w sobie coś z Joy Division, ale to raczej odległe skojarzenie, wyczuwalne gdzieś podskórnie a nie za pomocą chłodnej analizy i porównań 1:1. Zamiast mroku odmalowanego czarną kredką, więcej tu kolorów, brzmień bardziej pastelowych i co za tym idzie nie tak przytłaczających słuchacza swoim ciężarem. Z kolei Swamp Thing brzmi jak zaginione nagranie White Lies, zwłaszcza gdy do głosu dochodzi gitara. Nawet głos Marka Burgessa momentami wpasowuje się w tę linię skojarzeń, ale nie przywiązujmy się zbytnio do tych porównań. Wyrządzilibyśmy grupie ogromną krzywdę gdybyśmy chcieli wpasować jej twórczość pod szyldy innych grup i na tej podstawie zdefiniować jej muzykę. The Chameleons to grupa może nie tak charakterystyczna jak Joy Division, ale trudno też oskarżać ich o bezstylowość.

To co najbardziej podoba mi się w albumie "Strange Times" to przyjemność jakiej dostarcza jego słuchanie. To nieoczywiste zestawienie dźwięków, które co i rusz zaskakują i zachwycają swą pomysłowością. Tu niemożliwe staje się możliwe. Poza tym widać, że ktoś zadał sobie wiele trudu by tak pozestawiać utwory by płynnie przechodziły jeden w drugi. Najlepiej widać to pomiędzy utworami Seriocity  a  In Answer. Tego nie da się opowiedzieć, tego trzeba posłuchać samemu. Zresztą jeśli już przy In Answer jesteśmy to jest to wymarzony kandydat na singiel. Przebojowy, energetyczny i przede wszystkim wyrazisty. Jakże przyjemnie byłoby dziś usłyszeć coś takiego w radiu. Niestety nie ma na to szans, bowiem komercyjny rynek wzięły we władanie zupełnie inne brzmienia. Pozostaje nam tylko zasępić się nad tym stanem rzeczy, a jako tło do tych rozważań polecam nastawić nagranie  I'll Remember, zamykające podstawowy program płyty.

Wspominałem o  dodatkach. Tych mamy na płycie aż sześć. Poza wspomnianym nagraniem Tears, które tu otrzymujemy w nieco innej, bardziej przebojowej odsłonie, polecam szczególnie zwrócić uwagę na utwór Paradiso. Nie od razu odkryłem jego piękno, bo na pierwszy rzut ucha nagranie to niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale im dalej w las tym robi się piękniej. Czarują tu przede wszystkim klawisze (skojarzenia z White Lies jak najbardziej na miejscu), nadające atmosfery typowej dla lat osiemdziesiątych. Utwór nakręca się jak sprężyna i pozostaje tylko żałować, że cała ta nagromadzona energia nie znajduje ujścia w finale. Zamiast spektakularnego rozprężenia, otrzymujemy coś na kształt spuszczania pary, ale i tak nie zmienia to mojej pozytywnej opinii o tym nagraniu. Zresztą trudno kręcić tu na coś nosem bo na "Strange Times" próżno szukać słabych utworów. No może z wyjątkiem dwóch coverów, które niczym szczególnym nie zaskakują. Ot takie ciekawostki wyciągnięte z repertuaru Bowiego (John, I'm Only Dancing) oraz The Beatles (Tomorrow Never Knows*).

"Strange Times" spodoba się z pewnością miłośnikom brzmień lat osiemdziesiątych, które to pokazują tutaj całe spektrum brzmień tamtej epoki. Jeśli do tego cenicie sobie mrok i surowość post punku to bez wahania sięgnijcie po ten album. Mnie oczarował bez reszty i skradł z mego życia wiele godzin. Taką jednak kradzież wybaczam bez najmniejszego problemu.

Jakub Karczyński

* Ten sam utwór słynnej czwórki z Liverpoolu wykonywała także swego czasu Danielle Dax, choć również bez jakiś spektakularnych efektów.

12 marca 2019

BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY

Przed tygodniem TVP2 wyemitowała reportaż zatytułowany "Beksińscy. Album wideofoniczny", na który to składają się nagrania i zdjęcia pochodzące z prywatnych archiwów rodziny Beksińskich. Osobiście niczym mnie ten dokument nie zaskoczył bowiem wykorzystano w nim w większości materiały, które już wcześniej wydobyto na światło dzienne. Zresztą nie taki cel przyświecał temu reportażowi. Chodziło raczej o zebranie tego wszystkie w jedną całość i stworzenie pewnej chronologii zdarzeń. Ważnym aspektem jest też ukazanie niełatwych relacji rodzinnych oraz co by nie mówić porażki wychowawczej jakiej doznali rodzice Tomka. Nie udało im się wychować go w należyty sposób, ani wyposażyć w umiejętności, które pozwolą mu prowadzić niezależne, samodzielne życie. Śmiem twierdzić, że Tomek żył w permanentnym przerażeniu wynikającym z tkwienia w rzeczywistości, która go przerastała. Nie dziwię się, że reagował tak nerwowo na to z czym przyszło mu się konfrontować. Tworzył coraz grubszy pancerz, aby kolejne porażki mniej bolały. W pewnym momencie tego reportażu mały Tomek śpiewa fragment utworu Bal Arlekina Filipinek i jak dla mnie jest tam zawarta cała prawda o nim. Zakochany Arlekin chce zdobyć serce Kolombiny jednakże zabiera się do tego w nieodpowiedni sposób.

To nie te czasy, arlekinie, nie te czasy,
Dziś saksofony, arlekinie, kontrabasy
I nie da rady zdobyć serca przez ballady,
Bo dawno minął minął czas arlekinady

Dziś kolombiny chcą beginy albo twista
To arlekinie, nim noc minie, wykorzystaj
I zatańcz twista z kolombiną, która wie,
Że tylko twista, twista, twista tańczy się

Tyle, że Tomek nie chciał tańczyć modnego twista, on wolał zdobywać serca kobiet w staromodny sposób, taki jak znał z książek i filmów. Nic dziwnego, że co rusz, rozbijał sobie serce o mur niezrozumienia.

Pisząc o tym dokumencie chciałem jednak zwrócić uwagę na coś zgoła innego. Otóż w pewnym momencie na pierwszy plan wysuwa się fragment muzyczny, którego piękna nie mogłem zignorować. W pierwszym momencie sądziłem, że to coś ze zbiorów Tomka, jakiś zaginiony klejnot z lat osiemdziesiątych, który umknął jakoś mej uwadze. Wytężyłem więc wzrok na napisach końcowych, starając się rozczytać listę wykorzystanych w reportażu utworów lecz niestety tekst zniknął zbyt szybko. Na szczęście kilka dni później ktoś udostępnił ten dokument na Facebooku więc na spokojnie mogłem sobie już oglądać, przesuwać i pauzować interesujące mnie treści. Szybko namierzyłem interesujący mnie utwór. Cóż się okazało. Kompozycja Be Brave nie jest żadnym starociem wygrzebanym z szafy z napisem 80's, a jak najbardziej współczesną twórczością zapisaną pod nazwą Tropic Of Cancer.


Tropic Of Cancer to amerykański projekt, który powstał z inicjatywy Camilli Lobo. Póki co może on pochwalić się kilkoma EP-kami i jednym albumem zatytułowanym "Restless Idylls" (2013), na którym to jednak próżno szukać wspomnianej kompozycji. Ta zawarta jest na płycie kompilacyjnej "The End Of All Things" (2011). Niestety zdobycie jakichkolwiek nagrań Tropic Of Cancer w formie fizycznej to nie lada wyzwanie. Pozostaje nam więc posiłkować się nagraniami z You Tube i żyć nadzieją, że w nieodległej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie.

Jakub Karczyński
 

06 marca 2019

# a to słabe: THE CURE - THE TOP (1984)

# a to słabe, to cykl w którym przyglądać będziemy się płytom powszechnie uważanym za te słabsze lub po prostu zbywanym wymownym milczeniem. Chciałbym wydobyć na światło dzienne albumy, o których się nie mówi lub mówi się niewiele. Sprawdzimy czy obiegowe opinie mają rację bytu czy może już czas zadać im kłam rozprawiając się z nimi raz na zawsze.
 
Jeśli byśmy spróbowali wskazać najmniej udany album w dyskografii The Cure, album "The Top" (1984) miałby spore szansę, aby znaleźć się na najwyższym miejscu tego podium. Jest on najbardziej dziwacznym tworem grupy penetrującym tak obszary psychodelii jak i popu. Zrywa tym samym z mrocznym wizerunkiem grupy co dla wielu było tym co przelało czarę goryczy. Wielokrotnie też zarzucano mu, że jest to bardziej solowe dzieło Roberta Smitha niż pełnoprawne dzieło The Cure. Jak więc ocenić ten album? Jako dzieło Szalonego Kapelusznika, w którego wcielił się Robert Smith czy może sprytny zabieg wydobycia się z dusznej, gotyckiej estetyki? Wszystko zależy od punktu widzenia. Poniżej przedstawię Wam swój.

Album "The Top" powstał w okresie dość intensywnej działalności Roberta Smitha, który poza The Cure zaangażował się w pracę z grupą Siouxsie & The Banshees oraz projektem The Glove. Zbyt dużo obowiązków jak i eksperymenty z LSD nie pozostały bez wpływu na stan psychiczny Smitha. Nic dziwnego, że album "The Top" brzmi jak psychodeliczna podróż po zażyciu LSD. Z jednej strony mamy tu sporą dawkę popu, ale też album nie jest wolny od mroku znanego z przeszłości. Wygląda to trochę tak jakby Smith próbował wypracować nową formułę dla zespołu łącząc te dwa elementy w całość. To co na "The Top" dopiero nabierało kształtów znalazło swoją dopracowaną formę rok później na albumie "The Head On The Door" (1985). To co jednak najbardziej intryguje w albumie "The Top" to właśnie ten jego eksperymentalny charakter. Wyobrażam sobie, że Smith realizował swe najbardziej dziwaczne pomysły przepuszczając je przez estetykę The Cure. Choć album ten  w niczym nie przypominał czasów mrocznej trylogii - "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981), "Pornography" (1982), to muszę przyznać, że to co zapowiadało się na spektakularną katastrofę, zakończyło się nie znów tak źle jak można by przypuszczać. Owszem była to dość radykalna zmiana obarczona ogromnym ryzykiem, ale Smith przygotował sobie zawczasu grunt pod to przemeblowanie stylistyczne wypuszczając album "Japanese Whispers" (1983), zbierający single powstałe po rozpadzie grupy. "The Top" nie było aż tak bezczelnie popowe jak owe fantasy singles, ale też nie epatowało takim mrokiem jak "Pornography". Z pewnością wpuściło nieco światła do wnętrza tej gotyckiej budowli, którą Robert Smith postanowił spektakularnie unicestwić i odbudować, ale już według innych planów. W mojej opinii "The Top" to najbardziej niedoceniony album w całej dyskografii The Cure i zarazem jedno z najbardziej zróżnicowanych dzieł jakie wyszło spod ręki Smitha. Dopiero albumem "Wild Mood Swings" (1996) udało wbić się ponownie w te buty, ale też i zaskarbić sobie miano jednego z najgorszych wytworów grupy. Jeśli oceniamy te płyty przykładając do nich "gotycką miarkę", to oba te albumy nie mają absolutnie żadnych szans na obronę. Jeśli jednak zaakceptujemy fakt, że ten gotycki gorset zaczął już nadmiernie uwierać Roberta Smitha i damy mu prawo do artystycznych poszukiwań, to może łatwiej będzie nam zaakceptować zawartość "The Top". To co urzeka mnie na tym albumie poza wielobarwnością i wyjątkowym klimatem lat osiemdziesiątych, to ta szalona kreatywność Smitha, jego młodzieńczy głos i absolutna nieprzewidywalność kolejnego kroku. Słuchając tego albumu pierwszy raz, jesteśmy niczym Alicja, która podążając za białym królikiem, trafia do jego dziwacznej norki. Jeśli zdecydujemy się kontynuować tę podróż, odnajdziemy tam drzwi do świata tyleż dziwnego co fascynującego. Raz stykamy się z szaloną gwałtownością wyrażoną takimi utworami jak Shake Dog Shake czy Give Me It by za chwilę zanurzyć się w popowym szafarzu takich nagrań jak Dressing Up lub The Caterpillar. Najciekawsze jest jednak to, że wszystkie te dość dziwaczne elementy tworzą spójną całość. No może z wyjątkiem dość hałaśliwego  Give Me It, który trochę wybija nas z rytmu. Jednak dość szybko wracamy na znajome tory psychodelii i podążamy nimi już do samego końca. Tak na dobrą sprawę nie ma tu żadnego utworu, który by mi przeszkadzał, słuchając więc tej płyty czerpię z niej tylko i wyłącznie przyjemność. Gdybym miał wskazać te fragmenty albumu, do których powracam najczęście to byłyby to z pewnością takie nagrania jak Birdmad Girl, Wailing Wall, Dressing Up, Piggy In The Mirror i The Empty World. Sami więc widzicie, że jest tego dość sporo stąd też absolutnie nie potrafię zgodzić się z głosami krytyki jakie padają w stosunku do tego albumu.

Podsumowując. Z pewnością nie jest to najwybitniejsze dzieło The Cure i absolutnie daleko mu do poziomu i rangi takich pozycji jak "Pornography", "Disintegration" (1989) czy choćby "Wish" (1992). Jednakże "The Top" ma w sobie sporo uroku jeśli tylko nie podejdziemy do niego śmiertelnie poważnie. Każdy przecież potrzebuje odrobiny oddechu, czegoś lżejszego, aby odreagować nadmiar złych emocji. Nie dziwię się więc Robertowi, że po nagraniu swojej mrocznej trylogii, zdecydował się przerwać tę podróż. Był to chyba ostatni moment, w którym to można było zejść z pokładu zanim ten statek dotrze do miejsca, z którego nie ma już powrotu.
 
Jakub Karczyński