12 lipca 2018

BAU/HAU/SSS

Ostatnio za pośrednictwem Facebooka natknąłem się na informację o polskim koncercie byłych członków grupy Bauhaus. Do Wrocławia w dniu 26 listopada zawita Peter Murphy wraz Davidem J, aby świętować czterdziestolecie swej macierzystej formacji. Szkoda, że pozostali dwaj panowie nie zdecydowali się dołączyć, ale jak to mówią lepszy rydz niż nic.  Nie dotarłem swego czasu na występ Petera w Jarocinie i żałuję tego do dziś dnia dlatego też tym razem postanowiłem zrobić wszystko, aby jednak tę bądź co bądź żywą legendę zobaczyć na własne oczy. Ostatnia moja wizyta we Wrocławiu miała miejsce w 2013 roku, kiedy to wybrałem się, aby obejrzeć inną legendę stajni 4AD, grupę Dead Can Dance. Piękny to był koncert, pełen niesamowitej atmosfery i dźwięków, które rezonowały w człowieku jeszcze długo po jego zakończeniu. Mam nadzieję, że tym razem będzie równie wspaniale, choć muzyka Bauhausu jest raczej mroczna, chłodna i szorstka. Kontakt z nią przypomina przytarcie twarzą o papier ścierny, choć miewa ona też i nieco łagodniejsze oblicze. Z pewnością koncertowi towarzyszyć będą zupełnie inne uczucia, a i atmosfera daleka będzie od mistycyzmu jaki wykreowało Dead Can Dance. Bauhaus to przede wszystkim niesamowita energia, klimat i pierwiastek nieokiełznanego szaleństwa. Panowie już co prawda młodzieniaszkami nie są, ale liczę na to, że staną na wysokości zadania. Skoro The Rolling Stones potrafią to Bauhaus tym bardziej nie powinien mieć z tym problemu. Na co czekam? Z pewnością na Bela Lugosi's Dead bez tego trudno mówić o spełnieniu. Poza tym marzy mi się by nie pominęli zawartości albumów "The Sky's Gone Out" (1982) i "Burning From The Inside" (1983). Z pewnością nie zabraknie debiutu "In The Flat Field" (1980) oraz wspomnianego singla bo przecież od tego wszystko się zaczęło. Tak jak nie wyobrażam sobie koncertu bez Bela Lugosi's Dead tak będę równie rozczarowany jeśli panowie nie sięgną po Who Killed Mr. Moonlight. To moje dwie sztandarowe pozycje, w przypadku reszty repertuaru pozostawiam im wolną rękę. Chociaż może dorzućmy jeszcze ze trzy utwory, aby stworzyć żelazną piątkę, bez której nie może obyć się żaden koncert Bauhausu. I tak będą to Double Dare, In The Flat Field oraz Passion Of Lovers. To jest program minimum, a przecież wiadomo, że apetyt mamy na dużo, dużo więcej.

Jakub Karczyński

PS Post ilustruje oficjalne zdjęcie promujące trasę Peter Murphy & David J. – „40 years of BAUHAUS”.

02 lipca 2018

EKSPLORACJA MROKU

Mój letni urlop dobiegł już końca i choć nie znalazłem w nim zbyt wiele czasu na kolejne wpisy, nie znaczy to, że mój odtwarzacz próżnował. Co prawda miał tydzień wolnego kiedy to przebywaliśmy nad morzem, ale po powrocie znów zalała go fala zimnej muzyki. W dalszym ciągu trzymam bowiem postpunkowo/gotycki kurs stąd też z głośników wydobywają się dźwięki takich grup jak Soviet Soviet, Wire, Siekiera, Catastrophe Ballet czy Soror Dolorosa. Przy okazji postanowiłem trochę odchudzić kolekcję płyt pozbywając się mniej lubianych albumów. Mam nadzieję zyskać nieco miejsca i rzecz jasna środków finansowych na kolejne nabytki z krainy mroku. Poza tym trzeba trzymać rękę na pulsie, aby kolekcja płyt nie rozrosła się ponad miarę i nie przytłoczyła pozostałych domowników.

Z ciekawszych odkryć z krainy dźwięków gdzie słońce nigdy nie świeci polecam zainteresować się twórczością dżentelmena ukrywającego się pod pseudonimem King Dude. Jego albumy powinny spodobać się miłośnikom mrocznego bluesa spod znaku Johnnego Casha choć może bardziej trafnie byłoby skierować reflektor uwagi na dźwięki projektu Nergala i Johna Portera - Me And That Man. "Songs Of Love & Death" ma bowiem w sobie ten sam bluźnierczy pierwiastek co ostatni album King Dude zatytułowany "Sex" (2016). Najlepszym określeniem tego typu twórczości jest chyba sformułowanie amerykańska muzyka bezdroży. Można bowiem zawrzeć w niej tak charakterystyczne dla tej muzyki elementy jak wyobcowanie, osamotnienie, bezgraniczna przestrzeń i przede wszystkim wszędobylski smutek. Jednak nie cały album jest tak homogeniczny, ma on w sobie także bardziej dynamiczne fragmenty gdzie zamiast bluesa motorem napędowym jest surowość punk rocka. Mocno osadzony głos raz przywodzi na myśl Nicka Cave'a innym razem czerpie ze studni do której zaglądał Peter Steele (Type O Negative) jak i Jyrki 69 (The 69 Eyes). Być może będzie mi dane przekonać się o sile tej muzyki na żywo bowiem King Dude zawita we wrześniu do Poznania oraz do Krakowa. Będzie miało to związek z promocją nowego albumu zatytułowanego "Music To Make Work To". Liczę, że nowy materiał spełni pokładane w nim nadzieje tak w wersji studyjnej jak i koncertowej. Tymczasem nim nastanie wrześniowa słota, zagłębię się w pozostałe albumy z logiem King Dude, aby w dniu koncertu być przygotowanym niczym wzorowy uczeń przed maturą.

King Dude to nie jedyny artysta, którego twórczość odkryłem dla siebie w ostatnim czasie. W ogóle w tym roku postanowiłem nastawić się na poznawanie nowych grup/artystów zamiast poruszać się wciąż po tych samych bezpiecznych ścieżkach. Efektem tego jest album Bat Nouveau, a w kolejce ustawia się już Cold Cave i kto wie jacy jeszcze artyści. Mam nadzieję natrafić także na jakichś polskich twórców bo nie ukrywam, że doskwiera mi brak rodzimej muzyki spod znaku zimnej fali, gotyku czy postpunku. Chętnie poszerzę swoje horyzonty muzyczne o współczesnych artystów więc podrzucajcie swoje propozycje. Kto waszym zdanie zasługuje na szczególną uwagę? Kogo warto wypromować, a kogo można sobie spokojnie darować?

Jakub Karczyński

27 czerwca 2018

CATASTROPHE BALLET - MENSCHENFEIND (1997)

Wpisując w wyszukiwarkę frazę Catastrophe Ballet prędzej wyświetlą się wam informacje o drugim albumie Christian Death aniżeli wiadomości o tej niemieckiej grupie. Nie ma w tym nic dziwnego bowiem Catastrophe Ballet nigdy nie dorobili się takiego statusu jak The Sisters Of Mercy czy Fields Of The Nephilim, z których to zdejmowali miarę, gdy tworzyli swój własny garnitur. Nie pamiętam kiedy natknąłem się na nazwę Catastrophe Ballet po raz pierwszy, ale jak się odpowiednio długo przekopuje cmentarzysko gotyckiego rocka to prędzej czy później wykopie się ich trumnę. Nie bez przyczyny przywołałem tę cmentarną poetykę bowiem w 2013 roku grupa zawiesiła działalność i złożyła swój dorobek do takowej trumny. Od razu zaznaczę, że nie znam całego ich dorobku choć to co mam i tak stanowi niemal połowę ich dyskografii. W swej płytotece posiadam tylko dwa ich albumy - "Modern Primitives" (2000) oraz recenzowany tu "Menschenfeind" (1997) rozszerzony jednakże o wybór nagrań z trzech płyt wydanych pomiędzy latami 1990 a 1993.

"Menschenfeind" to album, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że podąża utartymi ścieżkami wydeptanymi butami gotyckich grup. Powiem więcej, to album, który z tą stylistyką łączy chyba tylko ponury nastrój bowiem cała reszta bliższa jest dokonaniom sceny industrial i to miłośnicy takowych brzmień powinni uważniej nastawić uszu. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak brzmiałby industrial przefiltrowany przez wrażliwość gotyckiego rocka to odpowiedź macie na wyciągnięcie ręki. Nie wiem czy Catastrophe Ballet zapragnął być drugim Ministry, ale robił wiele by tak właśnie się stało. Środkowy okres lat dziewięćdziesiątych w ogóle był niezwykłym czasem pod tym względem bowiem także kilka innych grup zapragnęło przebrać się w nieco inne fatałaszki. Być może podyktowane było to chwilową modą, ale nie wszyscy wyszli na tym na swoje. Wystarczy posłuchać takich albumów jak "Blue" The Mission czy "Wild Mood Swings" The Cure, aby zorientować się, że były to ślepe uliczki w karierach tych zespołów.  "Menschenfeind" niestety również należałoby dopisać do tejże listy bowiem niewiele tu momentów chwytających za serce. Album rozpoczyna się co prawda wyśmienicie od nagrania Love Is Death & Death Is The Only Love i równie wyśmienicie się kończy, za sprawą Maybe Just Once (Menschenfeind) lecz pomiędzy mamy sporych rozmiarów pustkę. Love Is Death & Death Is The Only Love stanowi doskonałe wprowadzenie w gotycką naturę zespołu. Industrialne pierwiastki wyczuwalne w muzyce nadają jej odpowiedniego kolorytu i dobrze komponują się z całością. Gorzej gdy owe proporcje ulegają odwróceniu jak ma to miejsce w kolejnych utworach. Zespół zbyt szybko zrzucił z siebie ten gotycki anturaż bez, którego muzyka utraciła wiele ze swego uroku. Industrialny trans wyparł niestety również ciekawe melodie, bez których ciężko stworzyć interesującą płytę. Parafrazując słowa piosenki Piąty bieg grupy Budka Suflera można by rzec, że melodia jest jak w trasie piąty bieg. I tak też jest w tym przypadku, gdy muzyka zaczyna zatracać melodię tworzy nam się taka niemal jednolita masa, z której to trudno cokolwiek wyłowić. Być może dla miłośników industrialu owy trans stanowi wartość nadrzędną niemniej wolałbym, aby to melodie nadawały ton temu albumowi. Niestety tak się nie dzieje przez co trudno uznać "Menschenfeind" za szczególnie udaną pozycję tak w dorobku Catastrophe Ballet jak i w ogóle na tle gotyckiego rocka.

Nie mam nic przeciwko poszerzaniu formuły danego stylu, nawet wręcz cieszę się gdy dany artysta podchodzi nieszablonowo do swojej muzyki, niestety jeśli brakuje interesujących pomysłów to samo wyjście poza obręb danego stylu niczego nie daje. Wydaje się więc, że cały ten industrial w twórczości Catastrophe Ballet to tylko chwilowa moda, która tak szybko jak się pojawiła tak też szybko zanikła. Być może sami muzycy doszli do wniosku, że nie tędy droga bowiem kolejna płyta była już diametralnie inna. "Menschenfeind" nie jest może najlepszym wprowadzeniem w świat dźwięków grupy niemniej jest to pewien zapis tamtych czasów, gdy za sprawą Marilyn Mansona industrialny rock wkroczył na salony. Wielu chciało ogrzać się w jego blasku, jednak nie każdemu dane było zrobić równie spektakularną karierę. Z pewnością nie zrobiło jej Catastrophe Ballet, ale nagrywając takie albumy jak "Meschenfeind" trudno liczyć na przychylność słuchaczy.

Jakub Karczyński

15 czerwca 2018

WHO THE F*CK ARE VIRGIN PRUNES?

Grupa Virgin Prunes, zaistniała w mojej świadomości, gdzieś tak pod koniec 2004 roku. Było to w czasach, gdy na półkach saloników prasowych, gościło jeszcze czasopismo muzyczne Zine. I to właśnie na jego łamach zamieszczono dość wyczerpujący artykuł na temat zespołu. Jak zauważył autor: "Virgin Prunes to podstawowa kapela post-punka, wczesnego gotyku, nowej fali. W Polsce nigdy nie doceniona, pozostaje nieznana do dziś (...)" Trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na fakt, że działali ledwie dziewięć lat, wydali zaledwie dwa albumy, których i tak próżno szukać na falach rodzimego eteru. O wyjątkowości tej irlandzkiej grupy, najlepiej zaświadcza album "...If I Die, I Die" (1982) wyprodukowany przez Colina Newmana z Wire.

Jeśli wpadł wam w ręce najnowszy numer czasopisma "Noise", to z pewnością wiecie, że tenże album, został wytypowany jako jedno z ważniejszych postpunkowych dzieł drugiego szeregu. Nie do końca zgadzam się z tym uszeregowaniem, bo uważam, że ten album zdecydowanie zasługuje na to, by ustawić go w pierwszym rzędzie. Może brak mu medialnej rozpoznawalności, ale czy to czyni go gorszym względem bardziej znanych dzieł? Nie sądzę. Ostatecznie i tak liczy się muzyka, a ta jest pierwszorzędna. Jeśli ktoś przegapił ten album, czym prędzej niech nadrabia te zaległości. Nie jest to prosta sprawa, ale jak pokazuje mój przypadek, nie beznadziejna. Potrzeba do tego nieco cierpliwości, dobrego nosa no i oczywiście nieco szczęścia. Czasami bywa też tak, że to nie my znajdujemy płytę, ale one nas. Tak było i w tym przypadku. Trafiłem na nią przez zupełny przypadek. Gdy tylko zobaczyłem ją w ofercie pewnego internetowego antykwariatu, od razu wiedziałem, że ten album był mi przeznaczony. Tak jakby czekał, aż go odnajdę i przygarnę pod swoje skrzydła.

Virgin Prunes zawiązało się w Dublinie około 1977 roku, z grupy przyjaciół, których połączyła idea spędzania wolnego czasu, oparta na słuchaniu muzyki oraz działalności artystycznej. Rok wcześniej, zawiązał się w tym mieście inny zespół, który wkrótce miał wspiąć się na sam szczyt muzycznego show biznesu. Obie te grupy, były ze sobą dość blisko związane. Zażyłość z członkami grupy U2, może nie powinna dziwić, bo należy pamiętać, że U2 w początkowym okresie działalności, nie stronili od surowości  postpunku. Poza tym, oba zespoły wyrosły z tego samego pnia, jakim był punk rock,  który to, był właściwie pierwszym nurtem muzycznym, jaki dotarł do Irlandii i wstrząsnął tym dość konserwatywnym społeczeństwem. To paliwo napędzało w takim samym stopniu U2, co grupę Virgin Prunes, niemniej to nie podobieństwa stylistyczne zacieśniły relacje między grupami, lecz zrobiła to szkoła. Okazuje się, że najlepszym kumplem wokalisty Virgin Prunes, był nie kto inny jak Bono. Jakby tego było mało, gitarzysta Dziewiczych Śliwek - Richard G. Evans, zwany potocznie Dikiem jest starszym bratem Davida Evansa, znanego lepiej pod ksywką The Edge. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że na okładkach albumu "Boy" (1980) oraz "War" (1983) wystąpił młodszy brat Guggiego - drugiego wokalisty Virgin Prunes, to chyba nikt już nie ma wątpliwości, jak mocna była to więź. Virgin Prunes grając ten swój gotycko szamański postpunk, wyróżniali się nie tylko w rodzimej Irlandii, ale i poza granicami swego kraju. Słuchając "...If I Die, I Die", aż trudno uwierzyć w to, że tak fenomenalny album jest dziś niemal zupełnie zapomniany. Owszem, nie jest to muzyka pop, ale skoro pamiętamy o albumach takich grup jak choćby Public Image Limited, której płyty niejednokrotnie nie pieściły uszu słuchacza miłymi melodyjkami, to dlaczego takiego statusu i pozycji nie doczekał się debiutancki album Virgin Prunes. Owszem, ktoś powie, że historia muzyki zna wiele takich przypadków, a życie nie zawsze sprawiedliwie rozdaje karty. Niemniej, szkoda by było, gdyby taki album pozostał wyłącznie w pamięci krytyków muzycznych. Być może gdyby kariera grupy trwała nieco dłużej, a ich dyskografia byłaby choć w połowie tak rozległa jak grupy U2, być może dziś wymienialibyśmy ich jednym tchem z pozostałymi klasykami postpunku i wczesnego gotyku. Jeżeli więc przerobiliście już od deski do deski albumy Joy Division, Bauhaus, Television, PIL i tym podobnych grup, a marzycie by odkryć coś równie ekscytującego, koniecznie sięgnijcie po debiut Virgin Prunes. Takiej dawki autentycznego, postpunkowego grania, nie są w stanie wygenerować żadni epigoni, choćby nie wiem jak się starali. Stąd też każdy wartościowy album z tamtej epoki, jest dziś na wagę złota.

Jakub Karczyński

29 maja 2018

WYGŁODNIAŁE NIETOPERZE

Czasami targają mną wyrzuty, gdy kupuję kolejną płytę z szeroko pojętego mainstreamu, zamiast poszukać czegoś mniej znanego. I nie chodzi tu wcale o to, że mainstream jest be, a underground jest cacy. Nie ma to też nic wspólnego z jakimś hipsterskim kodeksem w myśl którego wrzuca się na facebookową ściankę jak najmniej znanych wykonawców, aby tylko zabłysnąć w towarzystwie. Za stary jestem na takie bzdety. Chodzi mi raczej o to, że muzyka z mainstreamu jest dość łatwo dostępna, można pójść sobie do sklepu lub kupić ją przez Internet. Żadna tam wielka filozofia, ale gdy tak sobie pomyślę ile jest jeszcze fantastycznej muzyki, która ukryta jest gdzieś poza obszarem naszej świadomości to, aż żal zmarnowanego czasu, który poświęcamy na kolejne średnie i mało odkrywcze płyty z głównego nurtu. Prawdziwe serce muzyki bije tuż pod powierzchnią ziemi, a nie w korporacyjnych drapaczach chmur wytwórni płytowych. Odnoszę wrażenie, że im bardziej imponujący widok z okna tym coraz mniej autentyczności i naturalności w poczynaniach artystów. Swego czasu Kazik deklamował, że tylko wiarygodny jest artysta głodny i chyba tak faktycznie jest. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem za tym by artyści głodowali, chodzi mi bardziej o to, że kiedy wpadają oni w tryby korporacyjnego wyścigu szczurów, zatracają przy tym swoją autentyczność. Doskonałym przykładem grupa Coldplay, która pokazała nam jak łatwo można uwierzyć w podszepty speców od marketingu i zacząć nagrywać nie to co w duszy gra, a to co się potencjalnie najlepiej sprzedaje. Dlatego też od czasu do czasu zaglądam pod powierzchnię, aby wsłuchać się w głos undergroundu. Poza tym każde nowe  odkrycie niesie ze sobą mnóstwo emocji, energii i chęci dzielenia się tym z innymi. Przykładem może być recenzowany przeze mnie debiut Promenade Cinema. To najlepszy dowód na to, że warto uważnie słuchać supportów i nie traktować ich w sposób lekceważący. Inną grupą jest australijska formacja Bat Nouveau, którą to poznałem za sprawą Facebooka. Nie polecił mi jej jednak żaden hipster, a zarekomendował mi ją profil zespołu Cieplarnia, który to obserwuję od pewnego czasu. Kliknąłem z ciekawości i okazało się, że to całkiem interesujące dźwięki. Na swój sposób staroświeckie albowiem wskrzeszają post punkowy nurt, który to jest mi szczególnie bliski. Nie zastanawiając się zbyt długo zajrzałem na profil grupy na Bandcampie by zakupić sobie ich płytę. Niestety okazało się, że wersja CD jest już wyprzedana, pozostał tylko winyl. Mało tego, wyprzedano nawet kasety magnetofonowe, które to w ostatnim czasie powróciły do łask. Nie dałem jednak za wygraną i rozpocząłem dalsze poszukiwania, które na szczęście przyniosły oczekiwany rezultat. Muszę jednakże uzbroić się w cierpliwość bowiem płyta jedzie, aż ze Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe nie jest to pierwsza tego typu sytuacja, że chcąc zakupić album młodego wykonawcy/zespołu natrafiam na komunikat "sold out". Czyżby wychodzili oni z założenia, że format mp3 tudzież winyl zaspokoi zapotrzebowanie na ich muzykę? Przy całym moim szacunku do winyli i jego braku dla formatu MP3/FLACK, największym uczuciem wciąż darzę stare, dobre i wygodne kompakty. Dlatego też dziwię się, że ten wciąż jeszcze żywy nośnik, traktowany jest po macoszemu. Jeśli przypadkiem czytają to jacyś twórcy/artyści to apeluję o to by nie składać jeszcze płyty CD do trumny, póki nie umarł ostatni szaleniec gotowy wydać ostatnie pieniądze na to by posłuchać sobie muzyki.

Jakub Karczyński

PS Autorem tego niesamowitego obrazu jest Paweł Grzanka.


24 maja 2018

PROMENADE CINEMA - LIVING GHOSTS (2018)

Czekałem na ten album od chwili gdy tylko ujrzałem grupę na deskach poznańskiego klubu "Pod Minogą". Promenade Cinema występowali wtedy jako support przed Sexy Suicide, ale w żadnym wypadku nie można było o nich powiedzieć, że to amatorzy, którzy mieli wypełnić tylko czas w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru. Co prawda nie mieli jeszcze na swym koncie płyty, ale dźwięki jakie zaprezentowali oczarowały nie tylko mnie, ale i sporą część zgromadzonej publiczności. Pod nazwą Promenade Cinema ukrywa się brytyjski duet z Sheffield - Emma Barson i Dorian Cramm. Inspirują się elektroniką lat 70, synth popem lat 80 oraz muzyką filmową. Z tej mieszanki wyłania się taneczna mroczna fala. Termin ten został wymyślony przez grupę, ale doskonale opisuje to co znajdziemy na albumie "Living Ghosts" (2018).

Wyprawę rozpoczynamy wraz z pierwszymi dźwiękami genialnego As The World Stops Revolving, którego to zapamiętałem jeszcze z poznańskiego koncertu. Trudno się temu dziwić, gdyż utwór ten to prawdziwy killer. Ma wszelkie zadatki na to by powalczyć o wysokie miejsce na listach przebojów i bez większego problemu zostawić całą konkurencję za plecami. Utwór choć łatwo wpada w ucho to umiejętnie omija ścieżki wypełnione pułapkami banalności, dzięki czemu trudno się nim przesycić. Jeśli album zaczyna się od tak mocnego akcentu, to co się dzieje w dalszej jego części? Czy po takich emocjach czeka już nas tylko zjazd po równi pochyłej? Bynajmniej. Promenade Cinema nie myśli spuszczać z tonu i bez zbędnych ceregieli wyprowadza kolejny cios. Jeśli As The World Stops Revolving potraktować jak lewy sierpowy, to Spotlight z pewnością jest jego prawym odpowiednikiem. Po takiej wymianie ciosów może zakręcić się w głowie. Jeszcze chwila a sędzia będzie zmuszony ogłosić nokaut. Spotlight zaczyna się co prawda dość spokojnie i tajemniczo jednak niech was to nie zwiedzie. Owo nagranie ma także swoją drugą twarz. Odmalowaną ekspresyjnymi pociągnięciami pędzla, z wykorzystaniem barw pełnych electroclash'owej żywiołowości i namiętności. Do tego przybrany jest on w modne i szykowne tkaniny, dopełniające obrazu całości. Owa nowoczesność uświadamia nam, że grupa pomimo zapatrzenia w przeszłość, ani myśli porzucać współczesne brzmienia. Umiejętnie balansują na granicy obu tych światów, dzięki czemu zachowują odpowiednie proporcje między tym co retro, a tym co future. Nowoczesne brzmienie i klarowna produkcja dodają dodatkowego smaku tej jakże udanej płycie. Nie stosują przy tym tanich chwytów mających zapewnić szybką i złudną popularność. Stawiają bardziej na kreowanie nastroju niż na epatowanie efektownymi błyskotkami. Dreszcz niepokoju najsilniej wyczuwalny jest w nagraniu A Chemical Haunting, którego zwrotki mają iście upiorną atmosferę. Na szczęście refren dodaje kompozycji nieco lekkości dzięki czemu zyskuje ona refleks jasnego światła. Przyznam szczerze, że nie od razu polubiłem to nagranie. Jednak wraz z upływem czasu, doceniłem je i spojrzałem na nie nieco łaskawszym okiem.

Bez większego problemu zauroczyłem się za to kompozycją Polaroid Stranger, do której nakręcono nastrojowy teledysk. W samym klipie niewiele się dzieje, brak w nim fabuły niemniej swój klimat ma i dobrze komponuje się z muzyką. A ta mieni się najpiękniejszymi kolorami nocy. Z pewnością spodoba się osobom, które lubią w muzyce pewną dozę tajemniczości, a i do tego nie obce są im terytoria muzyki filmowej, do której to odwołuje się raz po raz Promenade Cinema. Najbardziej wyczuwalne jest to w nagraniu The World Of A Stranger, w którym to odnajdziemy muzyczny cytat z muzyki Vangelisa do filmu "Blade Runner". Niestety owego nagrania brak na albumie, nad czym ogromnie ubolewam. Nie pojmuję, jak można było je pominąć? Przecież miejsca na płycie nie brakowało, a i nastrojem doskonale wpisywało się ono w klimat pozostałych kompozycji. Trzeba jednak przełknąć tę gorzką pigułkę i żyć dalej. Lekiem na ten frasunek z pewnością może być nagranie Stock Image Model. Kto wie czy nie najmocniejsza pozycja w tym zestawieniu. Z pewnością najbardziej melancholijna i zadumana. Pięknie płynąca muzyka niesie nasze myśli gdzieś daleko za horyzont i nim się spostrzeżemy jesteśmy już po pas zanurzeni w melancholii. Och, jakże ja lubię takie kompozycje, mógłbym ich słuchać na okrągło. Zespół jednak błyskawicznie wyrywa nas z tego stanu, cucąc nas dynamicznym The Quiet Silently Wait. Uważny słuchacz znajdzie także i tu kilka zadumanych nut, jednak całość nie pozostawia złudzeń, że wkroczyliśmy znów na dyskotekowe parkiety. Nie jest to bynajmniej zarzut bowiem ani The Quiet Silently Wait ani Cassette Conversations ujmy grupie w żadnym wypadku nie przynoszą. Sądzę, że jest wręcz odwrotnie. Są one kolejnymi cegiełkami, które budują tę monumentalną budowlę. Oba nagrania są wyśmienite, choć osobiście skłaniam się nieco bardziej ku Cassette Conversations, w którym to wyciszona zwrotka genialnie koresponduje z energetycznym i przebojowym refrenem. Z kolei The Quiet Silently czaruje pomysłowymi melodiami w końcowym fragmencie kompozycji. Słucha się tego wybornie i tak na dobrą sprawę nie ma się właściwie do czego przyczepić. Promenade Cinema na "Living Ghosts" nie zaliczyli żadnej ewidentnej wpadki, choć pewne potknięcie w nagraniu Credits nie uszło mej uwadze. Można wyczuć w nim pewne znamiona zagubienia, niemniej nie ma to większego wpływu na ocenę albumu jako całości. Ta najdłuższa kompozycja tegoż albumu trwa prawie osiem minut, choć czas ten nie do końca został odpowiednio wykorzystany. Zaczyna się niczym ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu by chwilę później nabrać vangelisowskiego majestatu i wypłynąć na bezkresne wody oceanu. Ta dość oniryczna podróż upływa bez większych uniesień jakby zabrakło pomysłu na zagospodarowanie całej tej przestrzeni. Finał nagrania także pozostawia sporo do życzenia, kompozycja po prostu wycisza się by rozpłynąć się w szumie fal. Brak tu jakiegoś efektownego wykończenia, które wstrząsnęłoby słuchaczem. Gdyby Credits kończyło płytę czułbym pewien niedosyt, na szczęście ostatnią przystanią jest port w Norwegii. Norway choć równie melancholijne, ma w sobie coś czego brakowało Credits. Tym czymś jest dobra melodia, która prowadzi słuchacza do celu niczym latarnia morska statki. Tutaj nie ma już mowy o niewłaściwym kursie. Tak właśnie powinien brzmieć finał tejże płyty i tak też brzmi. To utwór z gatunku tych, który stawia kropkę nad i. Nie ma już pytań i wątpliwości. Wszystko zostało powiedziane, czas umierać.     

"Living Ghost" przywraca mi wiarę w to, że są jeszcze na tym świecie twórcy, którzy potrafią bezbłędnie znaleźć drogę do mojego serca. Uchylając drzwi do swego świata wypełnionego mrokiem, melancholią, ale i radością, odmalowali w mojej głowie kilka naprawdę majestatycznych krajobrazów godnych samego Ridleya Scotta. Ta niezwykła podróż pełna klisz, panoramicznych kadrów, osnuta mgiełką tajemniczości ma w sobie urok, któremu trudno się oprzeć. W głowie zamiast myśli kłębią mi się teraz kilometry celuloidowej taśmy, na której to Promenade Cinema zarejestrowali album godny tego by znaleźć się wśród najlepszych płyt tego roku.

Jakub Karczyński

06 maja 2018

POSTPUNKOWA RETROMANIA

Ostatnimi czasy znów przeżywam fascynację postpunkiem i właściwie z niewielkimi wyjątkami nie dopuszczam do odtwarzacza innych płyt. Albumy z rockiem progresywnym poszły w odstawkę. Zupełnie nie mam teraz na nie ochoty. Muszą poczekać na swój czas być może jesienią załapię inną falę, a póki co niosą mnie dźwięki Brygady Kryzys, Tiltu, The Damned, Public Image Limited i tym podobne  klimaty. Przy okazji wznowiłem przerwaną podróż wraz z książką Simona Reynoldsa "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978 - 1984". Tak świetnego opracowania dawno już nie czytałem. Czyta się lekko, ale przełknąć na raz te pięćset stron to nie lada sztuka. Dlatego też dawkuję sobie lekturę robiąc raz dłuższe, raz krótsze przerwy. Polski czytelnik może mieć pewien problem z tym wydawnictwem bowiem sporo tu nazw grup, które dla niewtajemniczonych pozostaną tylko i wyłącznie nic nie mówiącym zlepkiem liter. Dlatego też dobrym pomysłem byłoby dołączenie płyty z muzyką, aby czytelnik mógł nieco lepiej zrozumieć czym były te zespoły i jaką muzykę tworzyły. Oczywiście w dobie internetu bez większego problemu możemy sobie to sprawdzić, ale o wiele wygodniejszym byłoby posłuchać sobie tego z płyty. Jeśli już przy Reynoldsie jesteśmy to właśnie ukazała się w Polsce jego najsłynniejsza książka "Retromania", którą to na język Sienkiewicza przełożył Filip Łobodziński. Pozycja ta jest o tyle ciekawa, gdyż analizuje fenomen zanurzania się sztuki w przeszłych dokonaniach i ciągłego przeżuwania jej wytworów. Książka co prawda jeszcze nie trafiła w moje ręce, ale jeśli jest choć w połowie tak interesująca jak "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978 - 1984" - a pewnie jest, skoro to jego najsłynniejsza pozycja - to już zacieram ręce. 

Intensywnie też myślę nad zweryfikowaniem kondycji Public Image Limited w ramach tegorocznego Jarocin Festiwal. Taka okazja może się już więcej nie powtórzyć. Żal by było obejść się smakiem. Ciekaw jestem jakie utwory zagrają. Ponoć ma być przekrojowo więc jest szansa na wygrzebanie nieco smaczków z dość bogatej dyskografii grupy. Najwięcej radości sprawiliby mi gdyby sięgnęli po nagranie The Order Of Death, od którego to zaczęła się cała moja przygoda z grupą. Pisałem już kiedyś, że po wysłuchaniu tej kompozycji zbudowałem sobie jak się później okazało mylne wyobrażenie o pozostałej zawartości albumu "This Is What You Want ... This Is What You Get" (1984). Powiedzieć, że byłem rozczarowany to jakby nic nie powiedzieć. Dziś już patrzę nieco inaczej na ten album i gdybym teraz miał napisać kilka słów o jego zawartości z pewnością nie zdecydowałbym się na tak kategoryczne sądy. Zainteresowanych odsyłam pod ten adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2012/02/public-image-ltd-this-is-what-you-want.html. Na szczęście na przestrzeni lat wraz z sukcesywnym odkrywaniem dyskografii PIL, zacząłem pomału rozumieć zasady tej gry. Może nie wszystkie bowiem album "Flowers Of Romance" (1981) jest dla mnie w dalszym ciągu nie do przejścia podobnie jak większa część ich debiutu oraz "Metal Box" (1979). Niezmienne jest jednak to, że pomimo kolejnych porażek wciąż jestem zaintrygowanych ich zawartością. Powracam do tych płyt choć wiem, że to historia bez happy endu. Iskierka naiwnej nadziei wszak jeszcze się tli. Być może kiedyś dane mi będzie odkryć co autor miał na myśli tworząc takie dziwolągi jak choćby Four Enclosed Walls. Tymczasem powrócę do albumu "9" (1989), którym odreaguję wszystkie te dźwięki rodem z zakładu psychiatrycznego. O zdrowie psychiczne trzeba wszak dbać.

Jakub Karczyński