23 grudnia 2016

JEST TAKI DZIEŃ ...

Do świąt czasu już niewiele. Śniegu jak nie było tak nie ma, przynajmniej w Poznaniu. No trudno, jakoś musimy się bez niego obyć. Zresztą w ostatnich latach, taka to już tradycja. Za to dom pięknie przystrojony, choinka mieni się różnobarwnymi kolorami migających lampek, a z odtwarzacza płynie muzyka ilustrująca film ... "W paszczy szaleństwa" (In The Mouth Of Madness). No może mało świąteczne klimaty, ale gdyby tak spojrzeć tylko i wyłącznie na tytuł, to chyba doskonale wpisuje się on w ten jakże gorący czas. Wszyscy zabiegani, lekko poddenerwowani, dopinają święta na ostatni guzik. U mnie za to anielski spokój, a atmosfera taka jak chyba nigdy wcześniej. Rano jeszcze podjechałem odebrać książkę "Martwa Strefa" Stephena Kinga, zamówioną w internetowym sklepie. Wczoraj mi się to nie udało, bo jak to pisałem znajomym na facebooku : "Poszedłem dziś rano odebrać książkę zamówioną poprzez pewną księgarnię internetową. Podjechałem trzy przystanki tramwajem i pełen jakiejś takiej naiwności, ruszyłem do owego punktu odbioru. Gdy uchyliłem drzwi, mym oczom ukazał się ludzki wąż zjadający cały korytarz. Stanąłem nieco zaskoczony tym widokiem, ale dla pewności poszedłem zobaczyć głowę tego węża czy aby jego łeb zagłębił się tam gdzie myślałem, że jest. I faktycznie, był właśnie tam. Uśmiechnąłem się w duchu, z całą sympatią dla tego gada i pomachałem mu na do widzenia. Czy się zezłościłem? Ani trochę. To chyba ten szczególny czas jakoś tak dobrze mnie nastroił. A może to ta jemioła przyklejona przez jednego z sąsiadów w windzie ? Zatem Wesołych Świąt dla wszystkich, także dla osób połkniętych przez tego książkowego gada." 

Wyciągnąwszy wnioski z wczorajszej wyprawy, zjawiłem się dziś jeszcze przed otwarciem punktu odbioru. Takich spryciarzy jak ja, było jeszcze co najmniej kilku. Chwilę później wąż zaczął przyrastać w tempie wręcz ekspresowym. Wszyscy zapewne pozamawiali prezenty pod choinkę dla swoich bliskich, a ja nie, ja tak dla siebie. Prezenty wszakże mam już zrobione, bo nie lubię zostawiać tego na ostatnią chwilę. Po co serwować sobie ten świąteczny stres, skoro można sobie tego oszczędzić. Lepiej delektować się spokojem i tą wyjątkową atmosferą. Zatem moi Drodzy Czytelnicy, życzę Wam świąt pełnych spokoju, ciepła i rodzinnej atmosfery, pozbawionej kłótni przy świątecznym stole. Pod żadnym pozorem nie włączajcie telewizora, a już na pewno nie programy informacyjne. Niech te dni wolne będą od tego politycznego zamętu, skupmy się na tym co naprawdę ważne, na naszych bliskich. Bądźmy dla siebie mili, bo przecież to my tworzymy całą tą świąteczną atmosferę. WESOŁYCH ŚWIĄT !

Jakub Karczyński

20 grudnia 2016

KULTURA NA WIDELCU

Ponoć w tym roku sprzedaż winyli na świecie odnotowała lepsze wyniki, aniżeli sprzedaż muzyki w formie wirtualnej. Jeśli to prawda, to znaczy, że poczciwy winyl zagrał na nosie wszystkim tym, którzy przed laty spisali go już na straty. Z roku na rok jest coraz lepiej, otwierają się nowe sklepy oferujące ten nośnik, a i markety zwęszyły w tym i swój biznes. Jednym z nich była i Biedronka, która na dzień 15 grudnia przygotowała dla swych klientów nie lada niespodziankę. Otóż tego dnia, do sprzedaży miało trafić kilkanaście wyselekcjonowanych tytułów muzycznych, tłoczonych rzecz jasna na winylu oraz gramofony rodzimej produkcji, w cenach tak niskich, że poważnie zastanawiam się czy aby ta niska cena, nie gwarantuje nam również takiej samej jakości. W tej materii pozostawiam pole do popisu osobom, które owy sprzęt przetestowały i które znają się na rzeczy lepiej niż ja. Skuszony ofertą reklamową, która odbiła się dość szeroki echem, wybrałem się do Biedronki. Początkowo chciałem pójść tam z samego rana, ale koniec końców zjawiłem się u jej wrót o godzinie jedenastej. Pewnie byłbym jeszcze później, gdyby nie ponaglenia kolegi, który informował, że w jego osiedlowym sklepie jest już po zawodach, bowiem na półce ostał się jedynie Stanisław Soyka i Tears For Fears. Jako że na tym drugim tytule szczególnie mi zależało, czym prędzej wybrałem się na rekonesans. Przekraczając próg sklepu spodziewałem się, że od drzwi zaatakują mnie informacje o tejże akcji, a odnalezienie właściwego regału będzie banalnie proste. Nic z tych rzeczy. Pierwszy obchód sklepu zakończył się fiaskiem. Nawet pomyślałem sobie, że pewnie już wszystko wykupione. Obszedłem jeszcze raz dla pewności sklepowe alejki i tylko dzięki niezwykłemu skupieniu, trafiłem na ten jeden smutny kartonik z płytami oraz gramofon, który przywalony jakimś innym badziewiem, wyglądał tak, jakby leżał już tu co najmniej od roku. Ekspozycja fatalna. To co wypracowała kampania reklamowa, w jednej chwili zostało zaprzepaszczone przez sklepy, które nie potrafiły dość dobrze wyeksponować tego towaru. Potraktowano go trochę jak worek z ziemniakami, a nie jak towar, że tak powiem lepszego sortu. Dlatego też uważam, że supermarket, to nie miejsce dla winyli, ani też książek, które to traktowane są w ten sam sposób. Jako osoba szanująca wytwory kultury, nie mogę zgodzić się na stawianie znaku równości między winylami, a wspomnianymi już ziemniakami. Ktoś powie, towar jest towar, ale czy faktycznie tak jest? Czy wrzucając wszystko do jednego worka, nie obniżamy rangi i znaczenia pewnych produktów? Czy nie wkraczamy czasem na teren kultury w butach ugnojonych błotem? Być może to co dla mnie stanowi pewnego rodzaju sacrum, dla kogoś innego nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Uważam jednak, że miejsce książek jest w księgarniach, a płyt w sklepach płytowych. Próba przejęcia części rynku przez supermarkety podyktowana jest tylko i wyłącznie chęcią zysku, a nie miłością do kultury. Dlatego też, choć z akcji Biedronki skorzystałem, nabywając wspomniany wcześniej Tears For Fears oraz Deep Purple, to nie traktuję tej przestrzeni jako miejsca, w którym chciałbym kupować płyty czy książki. O wiele więcej radości sprawia mi zgłębianie małych księgarń i sklepów płytowych, które choć nie oferują może takich promocji, ale mają coś czego nie ma żaden supermarket - wyjątkową atmosferę i przestrzeń dedykowaną pasjonatom kultury. Mało tego, w większości przypadków za sklepową ladą stoją tacy sami pasjonaci jak ja czy Ty. Dla nich to nie jest zwykły biznes, lecz pasja, której poświęcili swoje życie.

Jakub Karczyński

PS Zdjęcie w niniejszym poście autorstwa Andrzeja Masłowskiego, któremu pięknie dziękuję za zgodę na jego wykorzystanie. 


16 grudnia 2016

MUZYCZNA NAWAŁNICA

Kalendarze smutno powiewają ostatnimi kartkami, dobiegając końca swego żywota. Znak to, że pora wrócić pamięcią do tego co ukazało się w tym roku i jakoś to podsumować. Niestety jeszcze nie wszystkie płyty dały mi się poznać na tyle, bym mógł wyrobić sobie jakiś pogląd na zawartą tam muzykę. Dlatego też daję sobie nieco czasu na nadrobienie zaległości, aby z czystym sumieniem sporządzić swoją dziesiątkę ulubionych albumów minionego roku. Nie będzie to zadanie łatwe bowiem w ostatnim czasie z rozkoszą nurzam się w nowo nabytych starociach i to one najbardziej rozpalają moją wyobraźnię. Wspominałem już o albumie "Discover" (1985) Gene Loves Jezebel, do którego dołączyły także "Beyond The Wall Of Sleep" (1992) The Cassandra Complex, "Blue Bell Knoll" (1988) Cocteau Twins oraz muzyka z "Martwej Strefy" (1983) Michaela Kamena. Gdzie tu jeszcze więc znaleźć czas na poznawanie nowych płyt? Trzeba będzie jednak zagryźć zęby, no bo jak to tak robić podsumowanie, gdy na półkach piętrzą się jeszcze zafoliowane kompakty. Niektóre leżą tak od lutego i coś nie mogą się doczekać na chwilę uwagi z mojej strony. Liczyłem na to, że jesienią będzie odpowiedni czas na zgłębienie tych albumów, ale jakoś nie wyszło. Teraz trzeba będzie je przesłuchać ze zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Czasu pozostało niewiele więc czym prędzej trzeba brać się do niwelowania tych zaległości. Poniżej przedstawiam listę pretendentów do tytułu TOP10 2016.

Airbag "Disconected"
Bear's Den "Red Earth & Pouring Rain"
Daniel Spaleniak "Back Home"
David Bowie "Black Star"
Haken "Affinity"
Heroes Get Remembered "No Mirrors, No Friends"
John Carpenter's Lost Themes II
Marillion "F.E.A.R."
Mesh "Looking Skyward"
Metallica "Hardwire ... To Self Destruct"
MGT "Volumes"
New Model Army "Winter"
Nick Cave & The Bad Seeds "Skeleton Tree"
Perturbator "The Uncanny Valley"
Pet Shop Boys "Super"
Radiohead "A Moon Shaped Pool"
Riverside "Eye Of The Soundscape"
Sexy Suicide "Intruder"
Sophie Ellis Bextor "Famillia"
Suede "Night Thoughts"
The Cult "Hidden City"
The Legendary Pink Dots "Pages Of Aquarius"
The Mission "Another Fall From Grace"
Tindersticks "The Waiting Room"
Travis "Everything At Once"
Vokuro "Creatures"
White Lies "Friends" 

Jak mniemam to wszystkie nowości jakie udało mi się w tym roku nabyć. Jeśli pominąłem coś istotnego co Waszym zdaniem zasługuje na szczególną uwagę, to wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Chętnie się zapoznam, a i może dołączę do mojej listy najlepszych płyt mijającego roku. Tymczasem idę nadrabiać zaległości. Nikt przecież tego za mnie nie zrobi.

Jakub Karczyński   

PS Obraz wykorzystany w dzisiejszym wpisie, to dzieło zatytułowane "Ships in distress in a storm", autorem, którego jest angielski malarz, marynista Peter Monamy (1681-1749).
 

02 grudnia 2016

BRATOBÓJCZY POJEDYNEK

Jako człowiek, który nie odwykł jeszcze od długopisu, prowadzę swoje muzyczne zapiski, w których to ujmuję ważne dla mnie informacje. Kiedyś zapisywałem sobie daty płytowych premier, dziś już tego nie robię. Wolę odnotowywać sobie kolejne płytowe nabytki lub tworzyć listę moich prywatnych białych kruków i odkreślać każdorazową zdobycz. W ostatnim czasie owa lista uszczupliła się o dwie pozycję - Lloyd Cole And The Commotions "Easy Pieces" (1985) oraz o świeżo co zdobytą Gene Loves Jezebele "Discovery" (1986). Pozostaje mi już tylko pozyskać album "Immigrant" (1985), aby domknąć dyskografię tej grupy, o której mówiło się złośliwie, że w późniejszych latach częściej od mikrofonu, trzymali w rękach suszarki do włosów. Warto zaznaczyć, że na skutek konfliktu między braćmi Aston, doszło do rozłamu i porzucenia przez Michaela Astona reszty grupy. Co prawda w późniejszych latach były podejmowane próby zjednoczenia się, ale bez większych efektów. W konsekwencji tego, fani byli świadkami nieco schizofrenicznej sytuacji, w której to każdy z braci nagrywał pod szyldem Gene Loves Jezebele. Stąd też dyskografia grupy biegnie dwutorowo. Mnie bardziej interesują dokonania Jaya Astona, niż Michaela, choć może niesłusznie faworyzuję tego pierwszego, albowiem nie słyszałem żadnej płyty Gene Loves Jezebel pod dowództwem tego drugiego. Zresztą chyba nie tak łatwo dorwać te albumy. Przynajmniej w Polsce. Być może kiedyś dane będzie mi zebrać także płyty tej drugiej inkarnacji Gene Loves Jezebele i wtedy będą mógł ocenić, który z nich wyszedł zwycięsko z tego bratobójczego pojedynku. Póki co posłucham sobie płyty "Discovery", kiedy to oboje stanowili jeszcze tryby jednej, sprawnie działającej maszyny. Trudno dokładnie mi powiedzieć kiedy na horyzoncie zaczęły formować się czarne chmury, z których po kilku latach lunął na braci toksyczny deszcz. Mówi się, że człowiek człowiekowi wilkiem, ale żeby tak brat przeciwko bratu? W głowie się nie mieści. Sądziłem, że takie historie zarezerwowane są tylko i wyłącznie dla braci Gallagherów (Oasis). Jak widać, palma pierwszeństwa przypadła jednak braciom Aston, którzy wyprzedzili ich co najmniej o dekadę.

Jakub Karczyński

30 listopada 2016

JEGO KOCIA WYSOKOŚĆ

Ostatnio udało mi się nabyć pewien dość interesujący książkowy staroć, który pomimo niemal dwudziestu pięciu lat na karku, w dalszym ciągu stanowi łakomy kąsek dla osób, którym w duszy gra muzyka nocy. Nie tylko jest to jedyna polskojęzyczna biografia zespołu The Sisters Of Mercy, ale i cenna pamiątka po Tomku Beksińskim, który jak wiadomo był chyba najzagorzalszym fanem tej grupy w naszym kraju. To właśnie z jego inicjatywy i za jego namowami, Piotr Kosiński zdecydował się wydać tę biografię. Sam nie za bardzo wierzył w potencjał sprzedażowy tej pozycji. "Heartland" Andrew J. Pinnenella, bo o niej mowa, to pozycja dość szczególna. Po pierwsze, a o czym była już mowa powyżej, to w dalszym ciągu jedyna biografia tej grupy w naszym kraju. Po drugie, nad tłumaczeniem pieczę sprawował sam Tomek, który pomagał Monice Kosior - tłumaczce, jak najlepiej wywiązać się z powierzonego jej zadania. Po trzecie, Tomek nie tylko napisał wstęp do owej publikacji, ale wzbogacił ją także o swoje wrażenia z wrocławskiego koncertu The Sisters Of Mercy. Relacja nie pozbawiona jest jego specyficznego stylu, silnie naznaczona wątkami osobistymi, której bliżej do spojrzenia fana, niż poważnego pana redaktora. Zresztą Tomek nigdy za takowego się nie uważał. Twierdził, że jest entuzjastą muzyki, który odbiera muzykę sercem i w taki też sposób tworzył swoje artykuły, recenzje czy audycje radiowe.


Zakupiona biografia sprowokowała mnie do sięgnięcia po debiutancki album Siostrzyczek. Z całej ich niezbyt bogatej dyskografii, ten album darzyłem najmniejszym uznaniem. Zawsze chętniej sięgałem po "Floodland" (1987) lub po "Vision Thing" (1990). Debiut wydawał mi się taką wprawką, takim nie w pełni opierzonym ptakiem, który zanim nauczy się latać, musi zaliczyć jeszcze kilkanaście upadków. Podobały mi się i to nawet bardzo, nagrania Marian oraz wieńczące album Some Kind Of Stranger, ale do reszty jakoś nie miałem większego przekonania. Niesłusznie, bo gdy nastawiłem ponownie ten krążek, zagrał mi w uszach jakoś inaczej, lepiej. Nie jest to rzecz jasna poziom "Floodland", ale takie płyty nagrywa się raz w życiu. Debiut stanowi takie dobre wprowadzenie w twórczość zespołu i naprawdę warto poświęcić mu uwagę i czas. Koniec końców to pierwsze i ostatnie naprawdę zespołowe dzieło. Później ster tego okrętu niepodzielnie dzierżył już sam Eldritch, który jak wiemy nie należy do osób najłatwiejszych we współpracy. Nic dziwnego, że jedyną "osobą", która tolerowała wszystkie jego humory był automat perkusyjny zwany pieszczotliwie Doktorem Avalanche. Pozostali muzycy opuścili ten niegościnny okręt i zdecydowali się działać na własnych zasadach i pod innymi banderami. Eldritchowi starczyło sił na nagranie tylko dwóch albumów, niemniej wspomniany "Floodland" zapisał się złotymi zgłoskami w historii muzyki. Rozpad pierwotnego składu przysłużył się obu stronom, bowiem byli członkowie w osobach Wayne Hussey oraz Craig Adams, powołali do życia grupę The Mission, która również dopisała kilka ciekawych rozdziałów do tej opowieści. I ani myślą odkładać pióro, w przeciwieństwie do Eldritcha, który żyje już tylko i wyłącznie dniami dawnej sławy. Choć aktywny koncertowo, to jednak artystycznie martwy, niemal od trzydziestu lat. Czy jeszcze ktokolwiek czeka na nowe dźwięki Jego Kociej Wysokości? Obawiam się, że nie, bowiem niegdysiejsi fani, albo umarli już ze starości, albo zastygli w czasie niczym Terakotowa Armia. Przerwać ten stan mógłby tylko album na miarę "Floodland", ale chyba na to się nie zanosi. Na nic zresztą się nie zanosi, no chyba, że na deszcz.

Jakub Karczyński

PS Jako dodatek do książki "Heartland", otrzymałem też przekłady tekstów z albumu "Floodland". Pamięta jeszcze ktoś takie cuda? Ja pamiętam, mam nawet w swoich zbiorach kilka innych tłumaczeń sprzed lat, min. Type O Negative i Queen.

PS2 Jako że dziś przypadają Andrzejki, zatem wypadałoby złożyć życzenia Jego Kociej Wysokości. Sto lat Andrew, sto lat. Oby pracowitszych i bardziej owocnych, niż ostatnie dwadzieścia sześć lat. 

21 listopada 2016

WIESŁAW WEISS - SPOTKANIE AUTORSKIE

W dniu wczorajszym wybrałem się na spotkanie autorskie z Wiesławem Weissem, redaktorem naczelnym gazety "Teraz rock", który tym razem przyjechał, aby promować swoją najnowszą książkę "Tomek Beksiński - portret prawdziwy". Nie mogłem przegapić takiej okazji, zważywszy, że jestem w trakcie lektury tejże książki. To opasłe tomisko, liczące siedemset stron, czyta się jednym tchem bowiem pełne jest ono ciekawych i niejednokrotnie nieznanych opowieści. Autor oddał głos osobom, które w większym lub mniejszym stopniu znały Tomka i to one tworzą jego obraz. Weiss jedynie dopowiada, wyjaśnia, ale i niekiedy polemizuje z wypowiedziami. Czytając tę książkę, nie da się ukryć, że autor sympatyzuje z bohaterem, broni go przed różnymi zarzutami, przez co sam naraża się na zarzut bycia nieobiektywnym. Atutem i kartą obronną autora, są w tym przypadku liczne wypowiedzi osób znających Tomka, pozwalające czytelnikowi na samodzielne wyrobienie sobie opinii na jego temat. To one są na pierwszym planie, spychając autora nieco w tło. Oczywiście jest to zabieg świadomy i jak najbardziej słuszny, dzięki czemu otrzymujemy obraz w niewielkim stopniu przefiltrowany przez postać autora. 

Wróćmy jednak do spotkania, jakie odbyło się poznańskim Empiku. Stawiło się na nim jakieś trzydzieści kilka osób, w większości w wieku grubo przekraczającym czterdziestkę. Byłem więc chyba jedną z najmłodszych osób w tym towarzystwie, nie licząc córki Wiesława Weissa, która również była obecna na tym spotkaniu. Punktualnie (jak to w Poznaniu) o godzinie 16, prowadzący Mariusz Kwaśniewski (ex Radio Merkury), dał sygnał do rozpoczęcia rozmowy. Spotkanie zaplanowane początkowo na godzinę, przeciągnęło się do dwóch godzin. Najpierw głos był po stronie prowadzącego, później to publiczność miała możliwość zadawania pytań. Z rozmowy z Wiesławem Weissem, można było dowiedzieć się wielu ciekawych informacji, które rzucały nowe światło na pewne sprawy. Zarówno o samej książce jak i o osobach z otoczenia Tomka. Przykładowo można było usłyszeć wyjaśnienie dlaczego końcowe fragmenty książki nie są wolne od błędów. Okazało się, że samo zakończenie zostało przeredagowane i pisane niemal w ostatniej chwili. Wpływ na to miała informacja, jaką uzyskał autor od przyjaciela Tomka, który poinformował go, że posiada korespondencję e-mailową, pochodzącą z okresu tuż przed jego samobójstwem. W związku z tym, autor udał się na spotkanie, aby zapoznać się z tymi tekstami. Na miejscu okazało się, że listy co prawda są, ale nie jest to korespondencja przychodząca od Tomka, tylko wysyłana do Tomka. Teczka, w której były wiadomości od Tomka, gdzieś zaginęła. Po pewnym czasie okazało się, że owe wiadomości są też w posiadaniu innej osoby, która jeszcze przed śmiercią Tomka, kręciła dokument o nim. Wtedy materiał się nie ukazał, wypłynął dopiero po jego tragicznym zejściu, a zatytułowany był "Dziennik zapowiedzianej śmierci". Autor tegoż dokumentu, pozyskał wspomnianą korespondencję od Zdzisława Beksińskiego, lecz miała ona na tyle prywatny charakter, że nie zdecydował się on na jej wykorzystanie w swoim filmie. Za zgodą przyjaciela, który korespondował wtedy z Tomkiem, Wiesław Weiss wszedł w posiadanie tychże listów, dzięki czemu miał lepszy wgląd "do głowy" Tomka, w okresie poprzedzającym jego śmierć. Czas oddania książki do druku był jednak na tyle krótki, że autor zdecydował się puścić zakończenie bez korekty, stąd też te błędy i przeoczenia. 

Inna ciekawa sprawa, to historia pozyskiwania informacji przez Dawida Ogrodnika, który jak wiemy wcielił się w postać Tomka, w filmie "Ostatnia rodzina". Zadzwonił on początkowo do pana Wiesława, aby umówić się na spotkanie w celu lepszego zrozumienia granej przez siebie postaci. Niestety na spotkanie się nie stawił, nie powiadamiając o przyczynie nieobecności. Los jednak po pewnym czasie zetknął obu panów. W rozmowie, Dawid wyjawił autorowi, że pozyskał informacje o Tomku od pewnego psychiatry, który rzekomo miał z nim kontakt. Zaintrygowany autor, chcąc wzbogacić swoją książkę o nowe informacje, poprosił o namiary i udał się na spotkanie. Jakież było jego zdziwienie gdy psychiatra, okazał się być człowiekiem na tyle młodym, że nie mógł on znać Tomka. W rozmowie przyznał, że faktycznie nie miał z nim styczności, lecz dotarł do jego raportów psychiatrycznych z lat, gdy Tomek był na obserwacji psychiatrycznej i na tej podstawie nakreślił jego obraz Dawidowi Ogrodnikowi. Po rozmowie z autorem doszedł jednak do wniosku, że chyba faktycznie posunął się za daleko. Nie powinien tworzyć fałszywego obrazu Tomka, gdyż jak sam powiedział, okres obserwacji był zbyt krótki, więc nie można na tej podstawie w sposób wiarygodny nakreślić obrazu pacjenta. Informacje uzyskane przez Dawida Ogrodnika były więc zwykłą konfabulacją. Może właśnie to stąd wziął się ten obraz Tomka, który możemy oglądać na ekranie, a który to zupełnie nie współgra z tym jak postrzegali go najbliżsi.
 
To tylko nieliczne ciekawostki, o jakich można było usłyszeć, więc jeśli będziecie mieli możliwość, to koniecznie wybierzcie się na spotkanie z Wiesławem Weissem. Nie tylko po to by zdobyć dedykację w książce, ale by skonfrontować swoje wyobrażenie na temat Tomka, z informacjami jakie posiada Wiesław Weiss. Zapewniam, że warto.

Jakub Karczyński

04 listopada 2016

THE MISSION - 23-10-2016 - WARSZAWA

Zaznaczę na wstępie, że nie lubię czytać relacji z koncertów, a tym bardziej ich pisać. Osoby, które na koncercie były, wiedzą jak przebiegał, a ci, których zabrakło, raczej nie będą mieli ochoty czytać o tym co stracili. Co zatem sprowokowało mnie do napisania poniższych słów? Po pierwsze, ten koncert był spełnieniem moich marzeń. Po drugie, wyprawie do Warszawy towarzyszyło tyle przedziwnych sytuacji, że aż sam nie mogę uwierzyć, że ostatecznie wszystko znalazło swój szczęśliwy koniec. Po trzecie, miło będzie po latach powrócić do tego tekstu, aby przypomnieć sobie to, co na przestrzeni lat zatarł w pamięci czas. Poniżej więc garść wspomnień, którym daleko do rzetelnej relacji, niemniej tak to sobie wymyśliłem, bowiem opisywanie koncertu utwór po utworze, to straszne nudziarstwo nie tylko dla czytelnika, ale i dla samego autora.

Wyjazd ten planowany od wielu miesięcy, zaczął się serią niefortunnych zdarzeń. Już w Poznaniu przeżyłem podwójny zawał, gdy kolega, z którym wybierałem się na ten koncert (pozdrowienia Pawle), zadzwonił by poinformować mnie, że nocleg, który mieliśmy zarezerwowany, niestety został anulowany. Perspektywa czekania na dworcu niemal do samego rana była mało zachęcająca, więc trzeba było czym prędzej zorganizować coś innego. Jako że mieliśmy jeszcze nieco czasu do odjazdu pociągu, postanowiliśmy poszukać czegoś w trakcie konsumpcji obiadu, na który to byliśmy umówieni. Gdy dotarłem na dworzec, czekała na mnie druga niespodzianka. Bilety na pociąg, które zakupiliśmy dzień wcześniej co prawda są, ale wylegują się na stoliku u kolegi w domu. Cóż było robić, szybko kupiliśmy kolejne i udaliśmy się na obiad. Na szczęście hosteli ci w stolicy dostatek, więc ze znalezieniem lokalu zastępczego nie było większego problemu. Lokalizacja w okolicy dworca była wręcz wymarzona, aby w miarę szybko zostawić bagaże i udać się do "Progresji", w której to odbyć miał się ten koncert. Wyjazd z Poznania opóźnił się chyba o jakieś czterdzieści minut (pozdrowienia dla PKP), ale już dalsza jazda była bardzo komfortowa i przyjemna. Po przyjeździe do Warszawy, (nie bez problemów) odnaleźliśmy nasz hostel, zameldowaliśmy się i czym prędzej udaliśmy się w kierunku "Progresji". Nie obyło się bez bieganiny po przystankach autobusowych, bo to co na mapach internetowych wyglądało dość logicznie i czytelnie, w zetknięciu z rzeczywistością wcale takim nie było. Koniec końców zasięgnęliśmy języka u tubylców, dzięki czemu dotarliśmy na właściwy przystanek ... tramwajowy. Podróż umilał nam głos Tomasza Knapika, który to zapowiadał kolejne przystanki i oswajał nam nieco stolicę. Ciekawiło nas bardzo czy na ostatniej stacji pada sformułowanie "czytał Tomasz Knapik", tak charakterystyczne dla filmów z jego udziałem. Na odpowiedź musieliśmy poczekać do następnego dnia. Niestety warszawskie MZK nie było na tyle szalone, by w ten żartobliwy sposób, umilić podróż pasażerom. Cóż, trudno się mówi i żyje się dalej.
 

Gdy dotarliśmy do "Progresji", swój występ kończył właśnie zespół The Awakening. Po nich już tylko The Mission, gwiazda wieczoru. Jako że nie spodziewaliśmy się, aby ktoś pod sceną odczyniał jakieś tańce pogo, stanęliśmy naprawdę blisko sceny. Chciałem przeżyć ten koncert należycie, tak by później niczego nie żałować. W końcu za chwilę, miałem stanąć niemal twarzą w twarz z samym Waynem Husseyem, człowiekiem, którego nazwisko jest niemalże fundamentem sceny gotyckiej. Mało tego, zaraz obok mieli pojawić się również Simon Hinkler oraz Craig Adams, czyli członkowie oryginalnego składu odpowiedzialni za najlepsze dokonania zespołu. Zabrakło jedynie Micka Browna, którego od kilku lat, za perkusją godnie zastępuje Mike Kelly. Wizyta Misjonarzy w naszym kraju była związana z trzydziestoleciem ich działalności, stąd też można było się spodziewać powrotów do naprawdę odległych czasów. Już na początek zaserwowali nam Beyonde The Pale z mojej ukochanej płyty "Children" (1988), by potem co i rusz rozgrzewać publiczność kolejnymi klasykami w rodzaju Serpent's Kiss czy Like A Hurricane (cover Neila Younga). Nie zabrakło też utworów ze świeżo co wydanej "Another Fall From Grace" (2016), z której to usłyszeliśmy Tyranny Of Secrets, Never Longer Than Forever, Met-Amor-Phosis (już dziś brzmiący jak klasyk) oraz Only You & You Alone. Ten ostatni utwór wykonali na trasie zaledwie siedem razy. Jeszcze rzadziej sięgają po Love Me To Death (trzy wykonania), który to usłyszeliśmy w odsłonie akustycznej ze wspomaganiem wokalnym Evi Vine, znanej choćby z The Eden House. Był to też ten moment, w którym to Hussey ze sceny zapowiedział, że oprócz ich okrągłej rocznicy, swoje dziesięciolecie obchodzi także audycja "Trzecia strona księżyca" nadawana w radiowej Trójce. W związku z tym, na publiczność opadły balony i wielkie dmuchane kule, które to krążyły po całej "Progresji". Wracając jeszcze do Evi Vine, to zaznaczę, że nie był to jedyny utwór, w którym to mogliśmy ją podziwiać. Jej wokalizy ozdobiły jeszcze kilka innych kompozycji, ale niestety nie pamiętam już jakie. Bodajże Naked And Savages oraz Garden Of Delight, ale głowy pod topór nie dam. Równie rzadko wykonywanym nagraniem na trasie co Love Me To Death jest Blood Brother, który to usłyszeliśmy podczas drugiego bisu. Po nim nastąpiło jeszcze tylko Deliverence, które to jest takim idealnym utworem na zakończenie. Publiczność może wtedy pośpiewać refren z zespołem, jak i bez jego udziału. Tak też było w Warszawie, gdzie w końcowym akcie kompozycji, na scenie pozostał tylko Mike Kelly, wygrywający rytm do utworu i zachęcający publiczność do ciągłego śpiewu. Piękny moment, który jak mniemam sprawił publiczności dużą przyjemność. Jeśli już jesteśmy przy publiczności, to należy zaznaczyć, że tłumnie stawiła się ona na koncert Misjonarzy. Pomimo że występ nie był wyprzedany, to "Progresja" wydawała się szczelnie wypełniona ludźmi. Nic dziwnego, przecież była to dopiero druga wizyta grupy w naszym kraju.  Miejmy nadzieję, że nie ostatnia.

Zespół pomimo trzydziestu lat działalności, wciąż działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Sam Hussey wydaje się żyć poza czasem. Owszem, twarz już nieco starsza, za to głos jak za najlepszych lat. Miło było zobaczyć ich w tak dobrej formie i utwierdzić się w przekonaniu, że The Mission to zespół, który nie tylko warto znać z płyt, ale i zobaczyć na żywo. Po koncercie zostaliśmy jeszcze chwilę na tak zwany after party zorganizowanym przez "Trzecią stronę księżyca", dzięki czemu mogłem zdobyć nie tylko autografy Craiga Adamsa i Mike'a Kelly'ego, ale także porozmawiać i zrobić sobie pamiątkową fotografię z przesympatyczną Evi Vine. "Progresję" opuszczałem pełen pięknych wspomnień, dzierżąc pod ręką winylową edycję ostatniego albumu Misjonarzy, której za cholerę nie można u nas dostać. Wprawdzie jest ona uboższa, aż o cztery utwory w stosunku do kompaktu, ale i tak cieszy. To w końcu pamiątka po niezwykle udanym wieczorze, na którą ilekroć spojrzę, przypomni mi ten wyjątkowy czas, spędzony w towarzystwie Misjonarzy.

Jakub Karczyński

PS Zainteresowanych szczegółową rozpiską odsyłam pod ten adres: Set lista - Warszawa, gdzie poza standardową listą utworów można znaleźć wiele innych, ciekawych informacji nie tylko o polskim koncercie, ale i o całej trasie Misjonarzy.