25 stycznia 2016

BELGIJSKA BAZOOKA

Muszę przyznać, że niezwykle ekscytująco rozpoczął się ten rok jeśli chodzi o zdobycze płytowe. Mam nadzieję, że jest to dobry zwiastun na pozostałą część roku. Poza pozyskaniem niemal kompletnej dyskografii The Psychedelic Furs, udało mi się także nabyć mini album belgijskiej* grupy Bazooka Joe "Sugar Island" (1988), który to ukazał się jeszcze przed osławioną "Virtual World" (1990). Zawiera on pięć nagrań - Sugar Island, Soldier's Song (parts 1&2), The Heat, Hiding From The Rentman oraz Hometown. Łącznie mamy tu dwadzieścia pięć minut muzyki, która uzupełnia wspomniany wyżej debiutancki album. Na tym w zasadzie kończy się dyskografia zespołu, który zgasł zanim zdążył rozbłysnąć. Co bardziej zagorzali fani, mogą jeszcze zapolować na single, które jednakże nie zawierają żadnych nowych dźwięków. To inne wersje utworów znanych z albumu "Virtual World". Co ciekawe, single te poza formatem winylowym, mają swój odpowiednik kompaktowy. Wyjątkiem jest "Billy's Fiver", który wydano wyłącznie na czarnej płycie. Najciekawiej choć i najskromniej prezentuje się jednak "Drive", które to również ukazało się na singlu, choć de facto nie było opublikowane na żadnej z regularnych płyt. Poza tytułowym nagraniem, otrzymujemy także utwór No Smoke Without Fire. Niestety nie jestem w stanie o nim nic więcej powiedzieć, gdyż nawet wszechwiedzący Internet nie posiada go w swych zasobach. Pozostaje mi więc zapolować na tego singla i być może w niedalekiej przyszłości opisać wrażenia z jego wysłuchania. Na szczęście o wiele lepiej ma się sprawa z tytułowym utworem, którym to zachwyciłem się od pierwszego przesłuchania. Aż żal, że nie trafił na "Virtual World" bo stanowiłby jej niezwykle mocny punkt. Publikacja na singlu skazała go niestety nie zapomnienie, a zdecydowanie na to nie zasługuje. 

Posłuchajcie zresztą sami ...


Niestety, ten sam los podzielił również zespół, który to wspominany jest dziś tylko przez najwierniejszych fanów. Mało tego, nawet z Internetu trudno wyszarpać jakiekolwiek informacje o grupie. Prędzej traficie na zabawne historyjki komiksowe z gum do żucia, których to bohaterem jest Bazooka Joe, niż dowiecie się czegokolwiek o tym belgijskim zespole. Co ciekawe, nie oni pierwsi posłużyli się tą nazwą. Już w latach siedemdziesiątych istniał taki zespół, z którego to wyłonił się Stuart Goddard znany szerzej jako Adam Ant. Znane są jeszcze co najmniej dwa inne zespoły posługujące się tym szyldem, powiązane ze sceną punk. Wróćmy jednak do naszych belgijskich przyjaciół. Jeśli ktoś dysponuje jakimiś informacjami na temat tej dość tajemniczej grupy, to proszę się dzielić wiedzą w komentarzach niniejszego posta. Mnie poza składem grupy - Paul Dillon, Paul Fryer, The Professor - niewiele udało się ustalić. Wiem tylko, że Paul Dillon przed powołaniem do życia grupy Bazooka Joe, był założycielem i członkiem The Cassandra Complex, która to nie powinna być obca czytelnikom "Czarnych Słońc".  Resztę informacji spowija gęsta mgła, którą mam nadzieję rozwiać z pomocą czytelników.

Jakub Karczyński

* Kwestia narodowości zespołu, jak słusznie zauważył SzyMon, nie jest do końca jednoznaczna. Niewykluczone, że grupa pochodziła z Anglii, ale brak mi na to twardych dowodów. Bazooka Joe jak widać to na tyle tajemniczy zespół, że nawet podstawowe informacje na ich temat trudne są do ustalenia. 

15 stycznia 2016

TOP 10 ~ 2015

Mamy już połowę stycznia, najwyższy więc czas podsumować rok 2015. Tak jak już pisałem, nie był on dla mnie szczególnie ekscytujący, choć na rynku pojawiło się wiele płyt, znanych i uznanych artystów. Niestety rozminęły się one w większości z moim gustem. Niemniej nie ma co narzekać, bo i tak bez większego problemu udało mi się wytypować dziesięć moich ulubionych płyt 2015 roku. Zanim zabrałem się za typowanie, zajrzałem do moich zapisków by zobaczyć ile i jakie albumy zasiliły moją domową płytotekę. Wyszło mi, że ogółem kupiłem 164 płyty, wśród których było tylko 20 nowości. To aż o sześć mniej w stosunku do roku 2014. Mam nadzieję, że w obecnym roku uda mi się nieco polepszyć te statystyki, ale wszystko jednak zależy od artystów i jakości muzyki przez nich tworzonej. Inną sprawę stanowi dostępność płyt, które w przypadku mniej znanych wykonawców trzeba sprowadzać z Anglii, USA bądź Niemiec. Wróćmy jednak do podsumowania i albumów, których słuchałem najczęściej i które to sprawiły mi najwięcej radości w 2015. Oto moja finałowa dziesiątka!

PŁYTĄ ROKU ZOSTAJE ...     


1.   Handful Of Snowdrops "III"

Album Kanadyjczyków z Handful Of Snowdrops to bezapelacyjny zwycięzca, który przewodził stawce od chwili gdy trafił do mych rąk. Ta niezwykle piękna muzyka, to odpowiedź dla wszystkich tych, którzy szukają w muzyce emocji, pięknych melodii i ducha lat osiemdziesiątych. Nie było łatwo ją zdobyć bo nakład był ściśle limitowany, ale każdy komu się to udało, ma w swojej kolekcji skarb, do którego wracać będzie się z taką samą przyjemnością za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. 

2.   Anekdoten "Until All The Ghosts Are Gone"

W moim odczuciu to najpiękniejsza progresywna płyta minionego roku. Zachwyca tu nie tylko muzyka, ale i przecudowna grafika, która nadaje odpowiedniego klimatu. Wejście w ten świat jest naprawdę proste, gorzej jest z jego opuszczeniem. Te dźwięki aż proszą się, aby je zapętlić i słuchać raz za razem. Jeżeli przegapiliście ten album to czym prędzej nadrabiajcie zaległości.

3.   Camouflage "Greyscale"

Powrócili z niebytu. Fani tej niemieckiej grupy, której brzmienie swego czasu trudno było odróżnić od Depeche Mode, musieli uzbroić się w cierpliwość. Aż dziewięć lat zajęło panom nagranie następcy "Relocated" (2006), ale sądzę, że nikt nie myśli kręcić nosem, w obliczu tak udanego powrotu. Wiem, że ich poprzedni album rozczarował część słuchaczy, ale "Greyscale" powinien wynagrodzić im to z nawiązką.

4.   Riverside "Love, Fear And The Time Machine"

Jedyna polska płyta w tym zestawieniu, nad czym ogromnie boleję. Niemniej nie stosuję taryfy ulgowej dla rodzimych produkcji. To, że grupa Riverside sprostała moim oczekiwaniom, świadczy o tym, że to zespół światowego formatu, który śmiało może stawać w szranki z największymi. Dobrze, że grupa wyrwała się z ramion rutyny oraz przewidywalności i zaczęła śmiało eksplorować różne stylistyki. Wychodzi im to tylko na dobre, o czym zaświadcza niezwykle udany album "Love, Fear And The Time Machine". Tak trzymać !!!

5.   Steve Hackett "Wolflight"

"Wolflight" to niezwykle udany album w dorobku tego gitarzysty, którego zgłębianie to nie tylko przyjemność dla uszu, ale i radość dla duszy, bowiem Hackett w końcu nagrał płytę na miarę swych możliwości. Pomimo różnorodności brzmienia, album zachowuje niezwykle spójny charakter i jest niczym podróż po różnych odległych zakątkach naszego globu. Jeśli już zdecydujecie się na jego zakup, to polecam wersję winylową, która jest bogatsza o jeden utwór w stosunku do płyty CD. Niech jednak nie płaczą miłośnicy kompaktów, bowiem analog zawiera również i srebrną płytę, więc jak to mówią, można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

6.   Editors "In Dream"

Już poprzednim albumem udowodnili, że stać ich na tworzenie rzeczy naprawdę pięknych. "In Dream" to tylko potwierdzenie wysokiej formy. Szkoda, że ich polskie koncerty zostały odwołane, bo bardzo chciałem przekonać się jak nowe utwory zabrzmią na żywo. Póki co, muszę zadowolić się płytą, ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogli się przekonać o sile nagrań pokroju Ocean Of Night czy Life Is A Fear. Nie mówiąc już o nastrojowym No Harm, którym to zespół rozłożył mnie na łopatki.

7.   David Gilmour "Rattle That Lock"

Nie od razu poznałem się na tej płycie. Z początku wydawała mi się albumem dobrym, ale bez jakiś większych uniesień. Dopiero po czasie nauczyłem się ją cenić, choć w dalszym ciągu nie udało mi się polubić nagrania The Girl In The Yellow Dress, które wybitnie nie pasuje do charakteru całości. Mimo to, Gilmour stworzył niezwykle udaną płytę, która powinna spodobać się nie tylko miłośnikom jego talentu, ale i dobrej muzyki w ogóle. Dajcie jej szansę, a być może odsłoni przed wami swe piękno, którego jest tu całkiem sporo. 

8.   Dave Gahan & Soulsavers "Angels & Ghosts"

Nie ukrywam, że ich poprzedni album podobał mi się o wiele bardziej, ale nie zmienia to faktu, że to nadal piękna i wartościowa muzyka. Głos Gahan'a jak zwykle pełen emocji i pasji, potrafi zabrać słuchacza w naprawdę interesujące rejony. Jeśli nie wierzycie posłuchajcie choćby utworów Don't Cry i Lately, które są najbardziej przekonującymi fragmentami tej płyty. Szkoda, że nie wystarczyło pomysłów na stworzenie tak emocjonującego działa jakim było "The Light The Dead See" (2012). Widać poprzeczka zawieszona była zbyt wysoko.

9.   Arena "Unquiet Sky"

Skuszony piękną okładką płyty, sięgnąłem po ten album, aby sprawdzić ile prawdy kryją w sobie, wszystkie te nad wyraz pochlebne recenzje, które czytałem. Do tej pory grupa Arena była dla mnie wyłącznie nazwą. Wiedziałem z grubsza, kto tam gra, ale jakoś nigdy nie czułem chęci by posłuchać czegokolwiek. Aż do teraz. Po wysłuchaniu "Unquiet Sky" poczułem, że trzeba jednak ponadrabiać zaległości bo to zdecydowanie muzyka jak najbardziej w moim guście. Może momentami zbyt patetyczna, ale i tak warto poświęcić jej czas.

10. Iron Maiden "The Book Of Souls" 

Długo zastanawiałem się kogo umieścić na ostatniej, premiowanej pozycji. Spośród trzech kandydatów - Killing Joke, Lana Del Rey i Iron Maiden, zdecydowałem się na tych ostatnich. I choć daleko mi do bicia pokłonów przed "The Book Of Souls", to jednak doceniam ogrom pracy jaki zespół włożył, w stworzenie tak monumentalnego dzieła. Do poziomu "Brave New World" (2000) trochę brakuje, ale to i tak jedno z bardziej udanych dzieł Brytyjczyków od wielu lat.

Jakub Karczyński

11 stycznia 2016

ŚMIERĆ CZARNEJ GWIAZDY

Smutny poranek. Trzy dni temu świętowaliśmy 69 urodziny Davida Bowie zgłębiając nowy album "Black Star", a dziś przychodzi się nam z nim pożegnać. Ten wybitny artysta na zawsze odmienił świat muzyki, wyznaczając trendy i pokazując, że nie zawsze trzeba płynąć z prądem rzeki. Może to banał, ale tak w istocie było. O problemach zdrowotnych krążyły słuchy od dłuższego czasu, ale nikt z nas nie dopuszczał do siebie tego najczarniejszego scenariusza. Bowie przegrał walkę z rakiem, niemniej o swoją nieśmiertelność zadbał jeszcze za swojego życia. Wszystko co w sobie miał najpiękniejszego, zostawił w swoich utworach, do których wracać będą zapewne jeszcze przyszłe pokolenia. Wybierając się w swą najdłuższą podróż, pożegnał się z nami tak jak umiał najpiękniej, zostawiając nam Czarną Gwiazdę. To nie tylko jego testament, ale i coś na otarcie łez. Żegnaj człowieku z gwiazd. 

Jakub Karczyński

06 stycznia 2016

PSYCHODELICZNY ODJAZD

Przedwczoraj otrzymałem pokaźną baterię płyt ze stolicy naszego kraju. Ledwie zdążyłem je odebrać, bowiem gdybym zjawił się parę minut później, to odbiłbym się od drzwi urzędu pocztowego. I wcale to nie jest tak, że zjawiam się na ostatni gwizdek, bo szanuję czas pracy i wiem, że każdy po wyrobieniu swej liczby godzin chce jak najszybciej wrócić do domu. Niestety wraz ze skróceniem godzin pracy urzędu, ktoś zapomniał skorygować pieczątki, które w dalszym ciągu informują petentów o dawnym czasie pracy poczty. Zapewne stali bywalcy już się do tego przyzwyczaili, ale dla mnie była to nowość. Na szczęście rzutem na taśmę udało mi się się odebrać moją przesyłkę i pośpiesznym krokiem, wśród dojmującego mrozu, udałem się w drogę powrotną. Przymroziło, nie ma co, ale nie narzekam. Mamy zimę, a jak mawiał klasyk: "Jak jest zima to musi musi być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury". A jak wiadomo z naturą nie wygrasz. Nie ma się więc co rzucać. Trzeba zagryźć zęby i z optymizmem spoglądać naprzód. Zawsze przecież możemy rozgrzać się dobrą muzyką, a tej przecież nie brakuje. Nawet jeśli w tej obecnej, trudno nam znaleźć coś dla siebie, to poprzednie dekady wyprodukowały jej tyle, że nic tylko dać nura i pławić się w dźwiękowej rozkoszy. Tyle jeszcze zostało do odkrycia, tyle płyt do poznania. Z tej też przyczyny, uwielbiam zanurzać się w krainie dźwięków lat osiemdziesiątych, które to nie przestają mnie zaskakiwać i inspirować. Co i rusz, natrafiam na jakieś zespoły czy też płyty, które na nowo definiują dla mnie tę dekadę. Przykładem może być grupa The Psychedelic Furs, którą to polecił mi jeden z czytelników. Jej nazwa nie była dotąd obecna na moim firmamencie, choć panowie obracali się w sferze dźwięków niezwykle mi bliskich. Tak czasem bywa, że pewne rzeczy krążą gdzieś wokół nas, a my nie zdajemy sobie z tego zupełnie sprawy. Bez odpowiedniego impulsu, nie mamy szans na wstrzelenie się w trajektorię ich lotu. Tym bardziej cieszy fakt, że ktoś wyciąga pomocną dłoń i wskazuje miejsca w które warto skierować wzrok. I taka też jest idea tego bloga. Wzajemne inspirowanie się i odkrywanie muzyki, która nie zawsze podawana jest na złotej tacy prosto pod nos. Pięknie więc dziękuję Lizardix'owi za odkrycie dla mnie The Psychodelic Furs, których płyty naprzemiennie pojawiają się dziś w mym odtwarzaczu. To właśnie po nie tak gnałem tego mroźnego dnia na pocztę, by czym prędzej zaspokoić narastającą ciekawość. Na pierwszy ogień poszedł beztytułowy debiut z 1980 roku, następnie "Mirror Moves" (1984), a dopełnieniem całości było "Midnight To Midnight" (1987). Jakby tego było mało, dokupiłem także polecany "World Outside"(1991), a za zupełnie psie pieniądze wyrwałem "Forever Now" (1982). Tym samym jestem posiadaczem pięciu z siedmiu albumów, składających się na ich dyskografię. Jak to mówią, trzeba kuć żelazo póki gorące, stąd też inne płyty musiały zejść na nieco dalszy plan. Wracam więc do słuchania, do czego i Was zachęcam.

Jakub Karczyński
 

29 grudnia 2015

ZNIKAJĄCE KALENDARZE

Do końca roku pozostały już tylko trzy dni. Kalendarze nikną w oczach więc pora brać się za jego podsumowanie. Wypisałem sobie wszystkie tegoroczne nowości płytowe, które udało mi się pozyskać/posłuchać, aby ogarnąć jakoś to wszystko. Jak co roku, nie brakowało muzycznych zaskoczeń, ale i rozczarowań. Niestety tych drugich było zdecydowanie więcej, przez co postrzegam mijający rok jako dość przeciętny. Ktoś powie: "Ale jak to? Przecież ukazało się tyle fantastycznych płyt." Wszystko jak zwykle rozbija się o subiektywizm i preferencje muzyczne. Każdy z nas czego innego szuka w muzyce, co innego docenia i na coś innego czeka. Niestety, moje tegoroczne oczekiwania w większości rozminęły się z propozycjami artystów i twórców. Zapewne ukazało się jeszcze wiele pięknych albumów, które mogłyby radykalnie zmienić moją opinię na temat kończącego się roku, ale niestety nie udało mi się do nich dotrzeć. Nie da się niestety posłuchać wszystkich ukazujących się płyt z danego roku. Jest tego tyle, że nie starczyłoby nam życia, aby to wszystko ogarnąć. Stąd też radzę potraktować wszelkiego typu podsumowania raczej jako zabawę, niż faktyczną ocenę minionego roku. Zresztą wystarczy przyjrzeć się podsumowaniom czynionym przez prasę muzyczną. Co zestawienie to inny zwycięzca. Z ciekawości przewertowałem kilka z nich i szybko stwierdziłem, że to nie moi artyści i nie moja bajka. Zresztą i tak od wielu, wielu lat nie jestem już na czasie jeśli chodzi o muzykę. To co podnieca dzisiejszych słuchaczy, dla mnie nie przedstawia większej wartości. Z kolei to co mnie rozpala i przyprawia o szybsze bicie serca, dla młodziaków jest melodią przeszłości. Muzyką starych, zgrzybiałych panów, którzy próbują jeszcze utrzymać się na falach, choć mało kto ich już słucha. Takie czasy, ale niemniej nie myślę się zmieniać. Znam przecież wartość "swojej muzyki" i wiem najlepiej co mi w duszy gra. Poniżej lista grzybków tzn. lista szacownych artystów, którzy stoczą bój o moją najlepszą dziesiątkę 2015 roku.

Abstrakt "Limbosis"
Anekdoten "Until All The Ghosts Are Gone"
Anderson Ponty Band "Better Late Than Never"
Archive "Restriction"
Arena "Unquiet Sky"
Artrosis "Odi Et Amo"
Camouflage "Greyscale"
Dave Gahan & Soulsavers "Angels & Ghosts"
David Gilmour "Rattle That Lock"
Editors "In Dream"
Handful Of Snowdrops "III"
Hurts "Surrender"
Iron Maiden "The Book Of Souls"
Killing Joke "Pylon"
Lacrimosa "Hoffnung"
Lana Del Rey "Honeymoon"
Mercury Rev "The Light In You"
New Order "Music Complete"
Riverside "Love, Fear And The Time Machine"
Steve Hackett "Wolflight"
The Church "Further/Deeper"
Torul " The Measure"

Rozstrzygnięcie jak zwykle w okolicy połowy stycznia. A co Wam najbardziej zapadło w serce w tym roku?


Jakub Karczyński

19 grudnia 2015

GORĄCZKA ZIMOWEJ NOCY

W kalendarzu już druga połowa grudnia, a śniegu jak nie było, tak nie ma. Co więcej, nie zapowiada się także, abyśmy ujrzeli go w święta. Można by rzec, że ustanowiła nam się już taka tradycja. Widać zbyt wiele osób pomstowało na zimowe temperatury i śnieg, aż w końcu natura dała za wygraną. Chcieliście, to macie grudzień z temperaturami grubo powyżej zera. Nie sądziłem, że zatęsknię za tymi mrozami, za skrzypiącym śniegiem pod nogami i lepieniem bałwana. Zakupione sanki dla córki szwagra, kolejny rok będą musiały przeleżeć w piwnicy, a biedne dziecko niedługo będzie musiało oglądać śnieg tylko w bajkach. Widać taki nastał porządek rzeczy. Niemniej tęsknie do tych zim, a z pewnym sentymentem wspominam przełom roku 2005/06 gdy termometry wskazywały -30 stopni Celsjusza. To była dopiero frajda wyjść z domu. Miejmy nadzieję, że zima jeszcze powróci, choć może w nie aż takim surowym wydaniu. Na pewno przyjemniej słuchałoby się świątecznej muzyki, a i może atmosfera świąt byłaby bardziej odczuwalna. Oczywiście nie mam tu na myśli tej szaleńczej bieganiny po galeriach handlowych, gdzie świąteczna atmosfera staje się jakąś taką karykaturą, a wartości tak ważne w tych dniach, po prostu bledną w oczach. No bo co nam po świątecznych fasadach, którymi się obudowujemy, skoro kulturę, dobre obyczaje i szacunek do drugiego człowieka pozostawiamy w domu. Zalecam więc więcej wyrozumiałości, życzliwości i cierpliwości, bez których trudno będzie nam przetrwać ten gorący czas. Jako że muzyka ponoć łagodzi obyczaje, to zamiast podnosić sobie ciśnienie, a to debatą polityczną, a to kolejkami w sklepie, lepiej włączmy sobie jakąś świąteczną płytę. Polecam zwłaszcza artystów, których nie słychać w co drugim sklepie.

Ja w swojej skromnej kolekcji płyt świątecznych posiadam tylko i wyłącznie jeden album, który mogę zaliczyć w poczet takich dźwięków. Płyta "Iceland" grupy All About Eve to zbiór coverów, ale i utworów własnych tyle, że w nieco odmiennych aranżacjach. Zakupiłem ją w ubiegłym roku, ale dopiero teraz jakoś znalazłem czas, aby jej wysłuchać tak bez pośpiechu, na spokojnie. Cóż zatem znajdziemy na tym świątecznym wydawnictwie? Album rozpoczyna Last Chrimstmas Georg'a Michael'a, które All About Eve zamieniło w dość smętną i nijaką balladę. Oryginał, mimo że tak już oklepany, ma w sobie o wiele więcej uroku. Podobnie jak utwór Walking In The Air Howard'a Blake'a, który tu brzmi wyjątkowo źle i koszmarnie. Właściwie jest tu nie do rozpoznania. Nawet swoją własną, przepiękną kompozycję December, która pojawia się tutaj w aż dwóch odsłonach, grupa przerabia w taki sposób, że aż zęby bolą. Niestety nic tu nie chwyta za serca, nawet temat A Winter's Tale  z repertuaru grupy Queen. Trudno zresztą się dziwić, skoro usłyszeliśmy go przed laty w przepięknym wykonaniu lidera grupy. Cóż można rzec na koniec? Nie jest to jakaś wybitnie tragiczna płyta, ale spoglądając na zestaw utwór można się było spodziewać czegoś dużo, dużo lepszego.

Jakub Karczyński 

11 grudnia 2015

KOPIA MISTRZA


Lord, here comes the flood śpiewał Peter Gabriel w utworze zamykającym jego pierwszy solowy album. Ta poruszająca i niezwykle poetycka pieśń, przywodzi mi na myśl czasy ostateczne, w których to powódź jest oczyszczającą falą, zmywającą z powierzchni wszystko co złe. Podobnie ma się sprawa z falą jaka zalewa w ostatnim czasie moje uszy. Jej siła i oczyszczająca moc jest czymś nad wyraz pięknym i pożądanym. Ta mroczna fala, bierze swój początek w latach osiemdziesiątych i rozlewa się aż do połowy lat dziewięćdziesiątych. Później jakby straciła swój impet i siłę oddziaływania. Oczywiście w dalszym ciągu powstają nowe grupy, które próbują przywrócić jej dawną moc, ale w większości są to tylko nieudane i zapatrzone w swoich idoli klony. Dlatego też częściej sięgam po dokonania dawnych mistrzów, niż po ich epigonów, których twórczość nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Przelatuje ona przeze mnie jak woda przez sito, nie zostawiając po sobie nawet śladu. Mówię to z żalem, bo jakże chętnie powitałbym zespół, który zbliżyłby się do emocji jakie potrafiło wywołać w człowieku Fields Of The Nephilim, Sisters Of Mercy czy The Cure. I wcale nie czekam na ich naśladowców lecz na zespół, który zaproponuje coś świeżego, ale nie wyzbytego tego niepowtarzalnego klimatu. Pozytywnie zaskoczyła mnie przed dwoma laty turecka grupa She Past Away. Jej debiut pomimo nawiązań do muzyki lat osiemdziesiątych, był czymś niezwykle ciekawym i ożywczym w tym skostniałym gatunku. Niestety druga płyta już nie wzbudziła we mnie większych emocji. Podobnie jak twórczość Red Sun Revival czy Sweet Ermengarde. Jedni jak i drudzy usilnie kopiują patenty Fields Of The Nephilim, ale na niewiele się to zdaje. Mistrz przecież jest tylko jeden. Zamiast więc raczyć się setną kopią Fields'ów wolę zanurzyć się w przeszłości i wydobyć na światło dzienne prawdziwe perły skryte przez mrok. W końcu lepiej napić się wody prosto ze źródła, niż z zatęchłej studni. Tym sposobem trafiłem na nieco zapomnianą kanadyjską formację Psyche, której nazwę wyłowiłem na jednym z blogów muzycznych. Jako, że jej szyld pojawiał się w odniesieniu do muzyki grupy The Cassandra Complex, to postanowiłem zagłębić się nieco w jej dorobek. Zacząłem od płyty "The Influence" (1989), którą to szczególnie polecano, a gdy tylko zorientowałem się, że to dźwięki z mojego ogrodu, czym prędzej dokupiłem album "Intimacy" (1994). Oba okazały się nad wyraz celnymi strzałami. A jak ich muzyka ma się do twórczości The Cassandra Complex? Faktycznie, można doszukać się pewnych podobieństw, ale radziłbym traktować te zespoły jako dwa osobne byty. Tak jak już pisałem, obie płyty pięknie zagrały na strunach mej duszy, stąd też słucham ich intensywnie od kilku dni. I pomyśleć, że gdyby nie przypadek, jedna wzmianka na blogu, być może nigdy nie poznałbym twórczości tego zespołu. Przypomina mi to trochę okoliczności odkrycia dla siebie zespołu Eyeless In Gaza. Tam inspiracją była notka z gazety, tu Internet. Dwa jakże odmienne źródła, dla których wspólnym mianownikiem okazała się być piękna muzyka. Oby więcej takich inspiracji.

Jakub Karczyński