21 maja 2015

DUCH W RADIOWYM ETERZE

Wczoraj zacząłem przesłuchiwać archiwalne audycje Tomka Beksińskiego dostępne w Internecie. Słucham ich, by wyłowić nie tylko piękną muzykę, ale przede wszystkim głos Tomka i jego opowieści, które tak silnie oddziaływały i chyba wciąż oddziałują na kolejne pokolenie słuchaczy. Tak misternie przygotowanych i przemyślanych audycji nie miał nikt w całym naszym radiu. W programach, które prowadził wszystko musiało się zgadzać. Nie było miejsca na przypadek. Utwory dostosowane były do określonego nastroju, konwencji programu czy też stanu emocjonalnego w jakim akurat znajdował się Beksa. Niejako wynikały z siebie, prowadząc słuchacza ścieżką jaką wyznaczył im Tomek. Poprzez przefiltrowanie ich przez własne uczucia, nadawał tym programom niezwykle emocjonalny ton. Słuchacz miał wrażenie, że głos z radia, który do niego mówi, jest kimś na kształt przyjaciela, który poprzez fale eteru przemyca fragmenty swego życia. Rozrzuca drobne okruszki, z których potencjalny słuchacz składał sobie jego obraz, a także odnosił jego słowa i muzykę do własnego życia. Nic dziwnego, że audycje Tomka cieszyły się tak wielką popularnością. Szkoda, że jego samobójcza śmierć przerwała tę piękną nić, a w radiowym eterze powstała wielka, czarna dziura, której nic nie jest w stanie zapełnić. 

Na szczęście są jeszcze miejsca w Internecie, gdzie możemy posłuchać sobie jego starych audycji, utrwalonych przez fanów, którzy wciąż marzą, że któregoś dnia włączając radio, usłyszą ten niesamowity głos. Na ironię zakrawa fakt, że pamięć o Tomku kultywowana jest dziś w głównej mierze w Internecie i przy użyciu komputerów, których to Beksa szczerze nienawidził. Niemniej, gdyby nie one, to dziś o jego programach pamiętaliby tylko jego najwierniejsi fani, a tak wciąż mogą one zdobywać kolejnych słuchaczy, którym nie dane było usłyszeć Tomka za życia. Sam jestem tego najlepszym przykładem. O audycjach Beksy, dowiedziałem się kilka lat po jego śmierci. Nie pamiętam już nawet w jakich okolicznościach natknąłem się na jego nazwisko, pamiętam za to z jakim mozołem wyrywałem z internetowych czeluści jego kolejne audycje i nagrywałem je na płyty, skrupulatnie opisując utwory w nich prezentowane. Mam je po dziś dzień i przechowuje jak najcenniejsze relikwie. Nie wiem tylko czy zapis wytrzymał próbę czasu. Może ulotnił się niczym duch, tak jak miało to miejsce z fragmentami jego ostatniej audycji, w której to pojawiły się jakieś szumy i trzaski. Sprawdzę to przy najbliższej okazji. 

Tymczasem jestem jeszcze winien pewne małe wyjaśnienie. Być może niektórzy zadają sobie pytanie, co sprawiło, że akurat dziś postanowiłem wspomnieć o postaci Tomka Beksińskiego. Odpowiedź kryje się w jego ostatniej audycji. Wtedy to, nadawana była płyta "Rajaz" (1999) grupy Camel, którą to Tomek był wręcz oczarowany. Pamiętam jak się nią ekscytował, prezentując nagrania The Final Encore oraz tytułowy Rajaz. Tak się akurat składa, że przed kilkoma dniami i mnie udało się wejść w posiadanie tejże płyty, która to przywołała wspomnienia tamtej audycji, a stąd już prosta droga do postaci tego wyjątkowego prezentera. Mam nadzieję, że muzyka jaka dobiega teraz z głośników, dociera też na ciemną stronę księżyca, gdzie z pewnością zacumował Tomek. Ciekawi mnie tylko czy i tam, wśród tumanów księżycowego pyłu, można gdzieś dostrzec wielbłądzią sylwetkę.

Jakub Karczyński  
  

11 maja 2015

THE CASSANDRA COMPLEX - WETWARE (2000)

Geneza nazwy grupy The Cassandra Complex jest jasna i czytelna dla wszystkich tych, którzy czytali "Illiadę" Homera, bądź chociaż zetknęli się z fragmentami tego dzieła. Pozostałym należy się słówko wyjaśnienia. Termin kompleks Kassandry, wywodzi się z mitologii greckiej i dotyczy córki króla Troi, w której to zakochał się bóg Apollo. W imię tej miłości, obdarzył on ją darem przewidywania przyszłości. Niestety, Kassandra odrzuciła jego zaloty ściągając na siebie jego gniew. Wzgardzony Apollo, rzucił na nią przekleństwo, które sprawiało, że ludzie nie dawali wiary jej przepowiedniom. Pomimo wiedzy o zbliżającej się zagładzie miasta, nie mogła przekonać mieszkańców do swych wizji, ani zmienić biegu wydarzeń. Tyle jeśli chodzi o mitologię. Skupmy się teraz na grupie brytyjskich muzyków, którzy w 1980 roku postanowili zawiązać zespół o nazwie The Cassandra Complex. Muzyka jaką zaproponowali była mieszanką stylów łączących zarówno post punk, gotyckiego rocka, dark wave, a nawet industrial. Wszystkie te style miały swój punkt wspólny - mrok. Pomimo, że grupa ceniona jest w wielu kręgach muzycznych, nigdy nie zyskała na tyle dużej popularności, aby zaistnieć obok gigantów tej sceny. Nie przeszkadzało to jednak grupie nagrywać kolejnych albumów i być aktywną do dziś dnia. Choć jej dorobek płytowy zamyka się w liczbie siedmiu albumów studyjnych, to nie jest powiedziane, że to ich ostatnie słowo. Co prawda od wydania płyty "Wetware" (2000), ostatniej w ich dorobku, mija właśnie piętnaście lat, ale jak udowodniło Fields Of The Nephilim, nadzieja umiera przecież ostatnia. W oczekiwaniu na kolejny album, przyjrzyjmy się płycie "Wetware".

Zaczyna się naprawdę imponująco, od nagrania Valis, które otwiera przed nami bramy do cyberpunk'owego świata znanego choćby z kart powieści William'a Gibson'a. Do tego dochodzi równie mroczny i głęboki głos wokalisty, który spina elementy tej gotyckiej konstrukcji w imponującą całość. I nie myślcie sobie, że to jakieś smętne, trzecioligowe popłuczyny, bo tak energetycznego i zarazem klimatycznego utworu może pozazdrościć im niejeden pierwszoligowy zespół. Spore wrażenie robi też kolejne nagranie, którym jest Twice As Good. Podbite tanecznym rytmem, świetnie łączy gotycką atmosferę z elektronicznymi eksperymentami grupy. Oba te nagrania mogłyby być sporymi przebojami na niezależnych listach przebojów, bo mają ku temu wszelkie predyspozycje. Nieco mniej ciekawie wypada nagranie N.U.D. , które to wkracza w bardziej industrialną strefę dźwięków. Także Bad Faith nie za wiele wnosi do obrazu płyty. W zasadzie takim języczkiem u wagi jest tu transowy klimat, który napędza cały utwór. Jednak najlepsze dopiero przed nami. Pięknie robi się już za sprawą mitycznego fenix'a (Phoenix), który wzlatuje wysoko w niebo, a wraz za nim wznosi się i muzyka. Zwróćcie też uwagę na nagranie When I Fall In Love, udowadniające, że siła tkwi w prostocie. Nie potrzeba żadnych skomplikowanych struktur, aby uzyskać imponujący efekt. Co by nie mówić, mają panowie smykałkę do komponowania pięknych utworów. Nawet jeśli porywają się oni na nieco bardziej skomplikowane dźwięki, nie wyzbywają się oni melodii, które to są ich wielkim atutem. Przykładem mogą tu być nagrania My Possession oraz  Dione Fortune, który to jest wariacją na temat O Fortuna Carl'a Orff'a. Końcówka płyty to już prawdziwy taniec gigantów. Te ponad ośmiominutowe kolosy stanowią prawdziwe wyzwanie dla słuchacza, nie tylko ze względu na czas trwania, ale i na dźwięki tu zawarte. Zarówno Never jak i Blood Vessel, trudno uznać za szczególnie porywające. No może pierwsze z nich jeszcze jakoś się broni, ale drugie z nagrań ciągnie się niemiłosiernie, nie dając żadnej nadziei na koniec. Po sforsowaniu tych wielkich, muzycznych gór, naszym oczom ukazuje się ostatnia, ale i największa góra. Na szczęście z wszystkich trzech kolosów, prezentuje się ono najprzystępniej. It's OK daje nam w końcu chwilę wytchnienia i relaksu, który przyda się każdemu, kto dotrwał do końca tej wcale przecież nie najkrótszej płyty (66:26).  Dobrze też sprawdzi się na koniec ciężkiego dnia, gdy słońce chowa się już za horyzontem, oznajmiając nam, że oto właśnie nastał zasłużony czas odpoczynku.

Powrót po siedmioletniej nieobecności albumem "Wetware", był na pewno sporym wyzwaniem i swoistym testem dla grupy. Nie było przecież pewności, że jest do czego i do kogo wracać. Dawni fani mogli przecież już zapomnieć o grupie, a podjęty przez zespół wysiłek mógł okazać się zbędny. Niestety, trudno mi powiedzieć jak został przyjęty ten album i czy odzew był taki na jaki liczyła grupa. W tej sprawie trzeba by zasięgnąć języka u samego zespołu. Faktem jest, że po wydaniu tej płyty, nastała wydawnicza cisza, która trwa do dziś. Czy doczekamy się następcy albumu "Wetware"? Mam nadzieję, że tak, bo wydaje mi się, że grupa The Cassandra Complex nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. 

Jakub Karczyński

04 maja 2015

EPITAFIUM DLA VISAGE

Wkrótce upłyną równo dwa miesiące od czasu gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Steve'a Strange'a. Mniej więcej w tym czasie naszła mnie myśl, aby uzupełnić braki w dyskografii grupy Visage, której to przewodził nasz bohater. Od razu zaznaczę, że nie należę do ludzi, którzy rzucają się na płyty jakiegoś artysty bo tak się zdarzyło, że dokonał on akurat żywota. Wszelkie akcje pokroju histerii na punkcie Sixto Rodrigueza i filmu z nim związanego, bardziej mnie zniechęcają, niż zachęcają do zapoznania się z danym filmem czy muzyką. Wolę przeczekać te wszystkie ochy oraz achy i na spokojnie zgłębić temat. Niemniej w dniu śmierci Steve'a poczułem, że muszę sięgnąć po ostatni album Visage, wydany przed kilkoma laty. Byłem niezwykle ciekaw utworów, które to stały się swoistym epitafium i pożegnaniem artysty. Oczywiście w czasie ich tworzenia i nagrywania, zapewne przez myśl mu nie przeszło, że będzie to jego ostatnie dzieło, a wraz z ostatnią nutą, definitywnie zamknie się księga z napisem Visage. Na szczęście album "Hearts And Knives" (2013) wstydu artyście nie przynosi. Ba, rzekłbym nawet, że to nad wyraz udana płyta i piękne pożegnanie ze swymi fanami. Pomimo współczesnego brzmienia, cały czas wyczuwa się w tej muzyce ducha lat osiemdziesiątych. Przywodzi mi ona na myśl ostatni album Ultravox "Brilliant" (2012), którym to panowie udanie powrócili po wieloletniej nieobecności. Analogię między tymi dwoma wydawnictwami wyznacza głównie świetna produkcja, klarowne brzmienie, no i bardzo dobre kompozycje. Dla osób wychowanych na tej muzyce, "Hearts And Knives" będzie z pewnością miłą podróżą sentymentalną do czasów młodości, gdy nurt new romantic święcił swe największe triumfy. Czy ma ona szansę zainteresować młode pokolenie? Raczej wątpię, bo to jednak inne myślenie muzyczne, zbyt archaiczne dla współczesnej młodzieży. Poza tym nie czarujmy się, większość z nich zainteresowana jest tylko tym co tu i teraz. Ich nie interesuje muzyka sprzed paru lat, a co dopiero sprzed kilku dekad. Taka widać kolej rzeczy.

Wracając jednak do płyty "Hearts And Knives", to muszę przyznać, że zdobycie jej nie było wcale prostą sprawą. Jakby jakieś fatum zawisło nad tym albumem. Pomimo kilku ofert sprzedaży na rodzimym portalu aukcyjnym, jej zakup okazał się niezwykle problematyczny. Przy pierwszej próbie napisano mi, że okładka jest jednak zniszczona i czekają na dosłanie innego egzemplarza. Uzbroiłem się zatem w cierpliwość i postanowiłem poczekać. Po jakimś czasie dostałem informację, że płyta co prawda dotarła, ale znów coś z nią było nie tak. Pomyślałem sobie, że sprzedawca coś mi tu ściemnia, więc podziękowałem mu za współpracę. Po jakimś czasie spróbowałem szczęścia pod innym adresem. Co prawda czas realizacji mógł wynosić nawet dwadzieścia jeden dni, ale byłem skłonny do poświęceń. Po upływie wyznaczonego terminu, upomniałem się o swój album u sprzedającego. Dostałem zapewnienie, że płyta została wysłana, ale widocznie zaginęła w transporcie. Załamałem ręce, bo sądziłem, że wykorzystałem już przeznaczony mi limit pecha. Jak widać niekoniecznie tak to działa. Z każdym dniem, wiara w pozyskanie tego albumu była coraz mniejsza. Otrzymałem jednak informację, że wkrótce zostanie wysłany do mnie kolejny egzemplarz. Jakoś nieszczególnie wierzyłem w to, że trafi on w moje ręce, ale cóż było robić. Postanowiłem jednak dać sprzedawcy ostatnią szansę. Na szczęście tym razem los okazał się łaskawy. Po ponad miesięcznym oczekiwaniu wreszcie mogłem włożyć płytę do odtwarzacza i zapoznać się z tą jakże wyczekiwaną muzyką.  Jak to mówią, lepiej późno niż wcale, niemniej mam nadzieje, że podobne historie będę mnie w przyszłości omijać nieco szerszym łukiem.

Jakub Karczyński

19 kwietnia 2015

RECORD STORE DAY - 2015

Sobotni poranek przywitał nas w Poznaniu słońcem. Chyba zbyt wiele sobie po nim obiecywaliśmy, bowiem zamiast ubrać się na cebulkę, wyruszyliśmy z żoną w miasto w nieco nonszalanckim odzieniu. Nasz zbytni optymizm miał wkrótce zostać wystawiony na ciężką próbę przez lodowaty wiatr, stąd też tegoroczny Record Store Day odbyliśmy w nieco ekspresowym tempie. Głównym celem była ulica Garncarska, wokół której koncentrowały się uroczystości związane z tym dniem. W zaułku, na skwerze przylegającym do ulicy, rozstawili się więc panowie z winylami jak i płytami CD. Jak się można domyślić tych pierwszych było zdecydowanie więcej i cieszyły się większym zainteresowaniem niż kompakty. Nie miałem więc żadnego problemu by je sobie spokojnie przewertować. Gdy ja skupiałem się na srebrnych krążkach, moja żona wertowała winyle, próbując wyszukać coś w moim guście. Jako że nasze gusta wykluwały się w nieco innych rejonach galaktyki, zadanie miała naprawdę trudne. Na szczęście, pewne nazwy grup i wykonawców pojawiały się na tyle często w naszym domu, że coś niecoś zapamiętała. Efektem było wyłowienie ze sterty płyt winylowego singla "Blue Water" grupy Fields Of The Nephilim, czym wprawiła mnie w dość spore osłupienie. Jak widać muzyczny terror i indoktrynacja przyniosły w końcu skutek. 


Moje wertowanie kompaktów również nie poszło na marne. Wygrzebałem wśród nich dwupłytowy koncert The Cure "Bestival" (2011), który jeśli chodzi o jakość nagrania, nie jest może powalający i na pewno nie umywa się do wcześniejszych albumów koncertowych pokroju "Show" (1993), a już z pewnością do "Paris" (1993), niemniej gdy usłyszałem, że gość chce za nią tylko 25 zł, to wszelkie moje wątpliwości rozwiały się niczym dym. Świetna cena jak za zupełnie nową płytę. 

Pewnie powertowalibyśmy jeszcze nieco dłużej w płytach, ale wiatr był tego dnia szczególnie dokuczliwy. Ewakuując się wstąpiliśmy jeszcze w drodze powrotnej do znajomego, który prowadzi swój sklep płytowy, aby zobaczyć czy coś ciekawego nie trafiło może do komisu. Szybki rzut oka pozwolił dostrzec płytę "Stardom Road" (2007) Marc'a Almond'a, której stan jak i cena były równie rewelacyjne. Jako że lubię zarówno Soft Cell jak i solową twórczość Almond'a, postanowiłem kupić ten album w ciemno, w myśl zasady: "Nie ma ryzyka, nie ma zabawy". 

Można więc uznać, że tegoroczny Record Store Day był dla mnie nad wyraz udany. Nie dość, że udało kupić się ciekawe płyty, to jeszcze przy okazji nie ucierpiał na tym zbytnio portfel. Myślę, że i sprzedający byli zadowoleni, w końcu dzięki tej inicjatywie mieli dużo klientów i jak mniemam przyzwoity obrót. Pozostaje więc liczyć na to, że ludzie zaczną kupować płyty na co dzień, a nie tylko od święta. 

Jakub Karczyński

PS Jeśli i Wy upolowaliście coś ciekawego w tym dniu, pochwalcie się tym w komentarzach.
 

15 kwietnia 2015

NICE WORK !!!

Muszę podzielić się z kimś tą radością. Nie myślcie sobie jednak, że to jakieś samochwalstwo czy coś z tych rzeczy. To raczej chęć wyrażenia szczęścia, gdy odnajdzie się coś o czym się marzyło. Po raz kolejny okazało się, że determinacja, nieustępliwość i cierpliwość zostają w końcu nagrodzone. Kiedy sporządzałem przed paroma miesiącami listę moich upragnionych, białych kruków nie sądziłem, że jednego z nich uda mi się upolować w tak krótkim czasie. Zazwyczaj takie przedsięwzięcia ciągną się latami i przypominają bezcelowe uganianie się za zjawami, które zamajaczyły nam na horyzoncie. Mimo to, zdarza się nam podejmować to wyzwanie licząc, że może tym razem się uda. Ta naiwność pomimo całej swej bezsensowności ma jedną pozytywną rzecz. Pozwala podtrzymywać w nas ten ogień pożądania, który motywuje i napędza nas do działania. Nawet jeśli w większości przypadków kończy się to fiaskiem, to i tak ten nikły procent powodzenia jest w stanie osłodzić mi całą tę gorycz. Dlaczego o tym piszę. Otóż, przed kilkoma dniami zakupiłem poprzez wiadomy portal aukcyjny, czwartą płytę grupy The Cassandra Complex, zatytułowaną "Cyberpunx" (1990). Owszem, mam ją na winylu, ale w przeciwieństwie do dzisiejszych hipsterów, nie odwróciłem się plecami do srebrnego krążka. Pisałem o tym już wcześniej, więc nie zamierzam rozwijać tego tematu. Czemu je zbieram? Nie wiem, ale wciąż odczuwam dziką rozkosz przy zakupie kompaktu i raczej nic już tego nie zmieni. Wracając jednak do The Cassandra Complex, to jak do tej pory, udało mi się zgromadzić trzy z ich siedmiu albumów. Poza wymienioną wyżej płytą "Cyberpunx", wszedłem wcześniej w posiadanie jego wspaniałego następcy, w postaci "The War Against Sleep" (1992) oraz ostatniej nagranej przez zespół płyty "Wetware" (2000). Nie odpuszczam też pozostałej części ich dyskografii. Za punkt honoru przyjąłem sobie, tak jak uprzednio w przypadku grupy Clan Of Xymox i The Mission, zebrać wszystkie jej studyjne krążki. Z winylami nie ma problemu, ale znaleźć kompakt, to dopiero wyzwanie. Nie mam wątpliwości, że kiedyś mi się to uda. Kiedy? Może za dwadzieścia lat, a może szczęście uśmiechnie się do mnie już w kolejnym tygodniu. 

Trzymajcie kciuki, kolekcjonerzy.

Jakub Karczyński

PS Przypominam, że w najbliższą sobotę odbywa się Record Store Day, więc nie zapomnijcie odwiedzić małych, niezależnych sklepów płytowych i podreperujcie im budżety. Dla Was wydatek rzędu 20 zł może być niewielkim kosztem, a dla takich miejsc to często być albo nie być. Nie dajcie się prosić i weźcie udział w tej jakże szlachetnej inicjatywie.
 

10 kwietnia 2015

HANDFUL OF SNOWDROPS - III (2015)


Choć istnieją od 1984 roku, ich dorobek płytowy jest niezwykle skromny. Do dnia dzisiejszego zdołali nagrać zaledwie trzy studyjne płyty, z czego ostatnia ukazała się na początku tego roku, po 24 latach przerwy. I choć od dnia premiery minęło zaledwie kilka miesięcy, to jak donosi strona artystów, jej nakład został już wyczerpany, podobnie jak miało to miejsce w przypadku ich poprzednich albumów. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że zdołałem załapać się na najnowsze dzieło kanadyjskiej grupy Handful Of Snowdrops.

Pomimo tylu lat działalności świadomość ich istnienia wydaje się być znana nielicznej grupce zagorzałych fanów. Jak mniemam, nawet fani mrocznej elektroniki czy gotyckiego rocka, mieliby problem z rozpoznawalnością szyldu grupy. Szczerze mówiąc, to sam dowiedziałem się o ich istnieniu zaledwie przed paroma laty i to jeszcze przez zupełny przypadek. Traf chciał, że znajomy otrzymał do przesłuchania pierwszy album grupy, który zrobił na nim piorunujące wrażenie. Znając moje preferencje muzyczne, polecił mi zapoznać się z twórczością tej grupy, bowiem jak to określił, Handful Of Snowdrops grają niczym Clan Of Xymox za swych najlepszych lat. Po takich słowach wyczuliłem swe receptory na płyty sygnowane tą nazwą. Niestety, zdobycie ich graniczy dziś z cudem, dlatego też pogodziłem się z tą świadomością i dopisałem albumy tej formacji do listy białych kruków. Gdy tylko dotarła do mnie informacja, że zespół nagrał nową płytę i sprzedaje ją poprzez swoją stronę, poruszyłem niebo i ziemię, aby ją zdobyć. Czy było warto? Pozwólcie, że odłożę nieco w czasie odpowiedź na to pytanie, aby nie wykładać od razu wszystkich kart na stół.

Na zawartość albumu składa się dziesięć utworów, których łączny czas to jakieś 54 minuty. Osoby, które wsparły zespół poprzez akcję crowdfunding'ową otrzymały dodatkowo czteroutworową EP-kę, na której zarejestrowano cover Colin'a Newman'a Better Later Than Never, remix tegoż nagrania wykonanego przez byłego członka Handful Of Snowdrops oraz dwa premierowe nagrania. Niestety, trudno mi się odnieść do zawartości tej EP-ki, bo zwyczajnie nie załapałem się na nią. Wróćmy zatem do podstawowego krążka, który rozpoczyna się utworem instrumentalnym. Jego spokojny i stonowany charakter dobrze wprowadza w nastrój, ale trudno mówić tu o jakiejś rewelacji. Ot zwyczajny instrumental, dobrze nastrajający, ale i też będący swoistą zmyłką, bowiem tak spokojnego grania jest tu tyle co kot napłakał. Gdy nasza czujność zostanie już uśpiona, zespół detonuje pierwszą bombę w postaci nagrania Deadcity, które jak na moje ucho jest jednym z najlepszych utworów, jakie dane mi było usłyszeć w tym roku. Nie zliczę ileż to razy słuchałem już tego nagrania, a ono wciąż nie straciło nic ze swej świeżości, podobnie jak następujące po nim The Man I Show The World, które oczarowało mnie równie mocno. Jeśli ktoś zapytałby mnie jaką muzykę kocham najbardziej, puściłbym mu właśnie te dwa nagrania, bo to kwintesencja tego czego poszukuję w muzyce. Są tu świetne, niebanalne melodie, piękna elektronika i do tego ten nastrój starego romantyzmu, jakiemu hołdował nieodżałowany Tomasz Beksiński. Po takich petardach, aż trudno złapać oddech, a to przecież dopiero samo początek płyty. Jeśli myślicie, że zespół wystrzelał się już na wstępie, to grubo się mylicie. Dalej jest równie pięknie jak choćby w utworze Wreckage, gdzie zespół uderza w nieco bardziej nastrojowe tony. Ledwie zdążymy złapać oddech, a tu już atakuje nas kolejna rzecz warta odnotowania. Nagranie Breaking Bones, posiada wyrazisty, mocny bit, ale charakter kompozycji wyznacza raczej nutka marzycielskiego romantyzmu. Jakże tu nie kochać tej grupy, skoro potrafi ona wyczarować tak zniewalające i powalające dźwięki. Chyba nie ma specjalnie sensu rozpisywać się o każdym z nagrań z osobna, bo zwyczajnie brak tu jakichkolwiek chybionych kompozycji. Wszystko tu niemal zachwyca, a jeśli nie zachwyca to przynajmniej trzyma wysoki poziom. Jeśli na takie płyty trzeba czekać po dwadzieścia lat, to jestem skłonny zagryźć zęby i trwać w oczekiwaniu na tak genialne dźwięki. Jeśli mi nie wierzycie to posłuchajcie choćby utworu Forever It Goes, którego zaraźliwa przebojowość jest w stanie zainfekować niemal chyba każdego. To jakby wrzucić do miksera kilka płyt OMD, doprawić albumami Pet Shop Boys i zalać wywarem z Clan Of Xymox. Sprawdźcie sami, a może dorzucicie jeszcze do tego kilka swoich składników. Pomimo że w kalendarzu mamy dopiero kwiecień, to będę bardzo zdziwiony, jeśli znajdzie się w tym roku płyta, która przebije chłopaków z Handful Of Snowdrops. Śmiem wątpić, ale niemniej zachęcam do podjęcia wyzwania i podniesienia tej kanadyjskiej rękawicy.

Na zakończenie dodam, że nowy album Handful Of Snowdrops to nie tylko tegoroczne największe zaskoczenie in plus, ale i nadzieja wlana w serce na kolejne piękne płyty. Oby tylko nie kazali czekać nam kolejnych dwudziestu lat, piętnaście w zupełności wystarczy. Poza tym kto wie czego będę słuchał dobijając do pięćdziesiątki. Mam nadzieję, że równie pięknej i poruszającej muzyki, czego sobie i Wam życzę.

Jakub Karczyński

03 kwietnia 2015

PAST, POST & PRESENT


Przez te dwa tygodnie nazbierało się tyle spraw, że właściwie nie wiadomo od czego tu zacząć. W kolekcji przybyło kilka płyt, regały z książkami także się zapełniły, ale gdy otrzymasz postrzał od życia to wypadasz z toru i skupiasz się na sprawach najważniejszych. Powrót do normalności wymaga wyregulowania samoświadomości jak i stanu emocjonalnego. Na szczęście, po nocy dzień nastaje i roztacza przed nami nowe perspektywy. Muzyka znów zaczyna smakować, a litery z kart książek ponownie składają się w piękne zdania. Jeśli już przy książkach jesteśmy to polecam szczególnie zainteresować się pozycją "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984" autorem, której jest Simon Reynolds. Ten opasły tom, to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat postpunku, której próżno szukać nie tylko w Internecie, ale i na naszym księgarskim rynku. Cieszy więc fakt, że Krytyka Polityczna zdecydowała się wydać tak ważną i znaczącą książkę. Wstępem opatrzył ją Rafał Księżyk, co dodatkowo dodaje jej smaku i tylko żal, że brak tu polskiej perspektywy, ale widocznie nie można mieć wszystkiego. Kto wie, może kiedyś doczekamy się merytorycznego opracowania historii rodzimego postpunku i gatunków mu pokrewnych. Nie ukrywam, że czekam na taką pozycję z ogromną niecierpliwością. Oby tylko dorównywała ona poziomem i stylem pisarskim książce Simon'a Reynolds'a. Aby skrócić sobie czas oczekiwania, ruszajcie do księgarń po "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984" i dawkujcie ją sobie niczym najlepszy przysmak. Pozycja obowiązkowa na półce każdego szanującego się fana muzyki alternatywnej. Bez dwóch zdań.

Jakub Karczyński