30 września 2015

PRZYGASZENIE ŚWIATEŁ

Bywają takie chwile, że muzyka przestaje smakować. Nie sprawia już takiej radości jak jeszcze kilka dni wcześniej. Nowe płyty piętrzą się w stosach, a chęci na ich przesłuchanie po prostu brakuje. Mało tego, nie tylko muzyka schodzi na dalszy plan, ale i wszystko to, co dotychczas sprawiało radość. Leży człowiek na kanapie i mógłby tak trwać całe wieki niczym wampir w swej wygodnej trumnie. Wiem, brzmi to jak objaw depresji, ale wolę myśleć, że zniechęcenie jakie mnie ostatnio dopadło, to raczej wynik jakiegoś przesilenia bądź muzycznego przesytu. Trzymało cholerstwo prawie trzy tygodnie. Na szczęście mam to już za sobą. Powróciłem nie tylko do muzyki, ale i do bardziej regularnego prowadzenia tego bloga. Właśnie rozpieczętowałem analogowe wydanie "Fugazi" Marillionu by uczcić ten swoisty powrót do żywych. Aż serce skacze z radości na widok tej pięknej okładki, a uszy chłoną każdą nutę niczym gąbka wodę. I pomyśleć, że przez dłuższy czas traktowałem ten album ze sporą rezerwą. Widać trafił w nieodpowiedni czas. Na szczęście płyty to nie towar jednorazowego użytku. Można do nich wracać wielokrotnie i odkrywać to, co do tej pory pozostawało zakryte. Nie traćmy więc zapału i nie gaśmy za wcześnie tego światła.

Jakub Karczyński 

29 września 2015

THE CHURCH "FURTHER / DEEPER" (2014)


Informacje o kolejnej mszy (czyt. płycie) tego australijskiego zespołu, rozchodziły się niczym echo w pustym kościele. Odbijały się od ścian świątyni, ale w żaden sposób nie chciały się zmaterializować. I tak też de facto było z tym albumem. Niby został wydany w ubiegłym roku, ale jakoś nie udało mi się go wtedy namierzyć. Mijały miesiące, a tu płyty jak nie było, tak nie ma. Nim album trafił w moje ręce, zdążyłem zaopatrzyć się w nowy kalendarz, przywitać wiosnę oraz wyjechać na letnie wakacje. Na szczęście moja wytrwałość została nagrodzona wraz z pierwszymi dniami sierpnia. 

Zanim poznałem zawartość albumu, znany był mi już singiel promujący to wydawnictwo. Nagranie Pride Before A Fall, choć nie ma zadatku na przebój, utkwiło w mej pamięci nie tylko za sprawą samej muzyki, ale i pięknego teledysku. To w zupełności wystarczyło bym zaczął zacierać ręce i niecierpliwie wyczekiwać całego albumu. Czy miałem jakieś oczekiwania względem nowej muzyki The Church? Pewnie jakieś miałem, ale nie zastanawiałem się nad tym, zdając się w tej materii na zespół. Tak na dobrą sprawę, to nawet trudno było mi nakreślić ramy stylu w jakim grupa obecnie się porusza, bowiem ostatni znany mi album zespołu to płyta "Sometime Anywhere" z 1994 roku. Jak łatwo policzyć, od tego czasu mięło już dwadzieścia jeden lat, a grupa zdążyła nagrać w tym czasie jedenaście albumów. Z tej też przyczyny, płyta "Further/Deeper" była dla mnie swoistą zagadką. Warto również nadmienić, że to nie tylko pierwsza płyta grupy od pięciu lat, ale również pierwszy album, na którym nie uświadczymy obecności ich długoletniego gitarzysty Marty Willson-Piper'a. Znalazł się on za burtą niejako na własne życzenie. Jak wyjaśnia wokalista, próby skontaktowania się z gitarzystą w celu nagrania nowej płyty okazały się bezowocne. W związku z tym, funkcję gitarzysty objął Ian Haug, występujący wcześniej w grupach Powdrefinger oraz Predators. 

Wróćmy jednak do samej płyty. Okładka utrzymana w kolorach szarości, przyciąga uwagę swoją dwuznacznością. Zdjęcie upadającej kropli po odpowiedniej obróbce i zmianie perspektywy, jawi się nam bowiem jako krzyż. Ta dość tajemnicza obwoluta, skrywa w sobie dwanaście nagrań w części podstawowej oraz trzy bonusy dodane do wersji digipack. Gdyby chcieć określić charakter nowych nagrań zespołu to byłby to punkt na przecięciu rocka, psychodelii oraz dream popu. Na dobrą sprawę jest to dosyć logiczna droga i nie kłóci się za bardzo z muzyką jaką zespół debiutował w 1981 roku. Oczywiście próżno szukać tu post punk'owego sznytu, ale przecież to już dawno wybrzmiała melodia. Jaka jest więc ta nowa muzyka? W mojej ocenie jest to dość nierówny album, dzielący się na dwie części. Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się pierwsza połowa płyty, w której to zgromadzono ciekawsze kompozycje. I choć nie ma tu aż tak pięknych utworów, jakie zdarzały się na płycie "Starfish" (1988), to nie sposób nie ulec urokowi sześciu pierwszych nagrań, począwszy od Vanishing Man, a na rozmarzonym Love Philtre skończywszy. Później napięcie nieco siada, a zespół nie bardzo wie jak temu zaradzić. Błądzi gdzieś wśród majaków sennych, gubiąc ścieżkę, a przy okazji słuchacza, który zasypia gdzieś po drodze. W ogóle brak tej płycie momentami odpowiedniej mocy, wszystko nurza się w jakiś gitarowych pogłosach i bardziej przypomina ścieżkę dźwiękową z jakiegoś odrealnionego filmu, niż solidny rockowy album. Przez to płyta wydaje się być jakaś taka rozwodniona, brak tu konkretów, na których można by oprzeć ten album. Trzeba naprawdę sporo samozaparcia, aby wysłuchać płyty jednym ciągiem, bowiem druga połowa już najzwyczajniej nudzi. Wyjątkiem jest tu nagranie Miami, które jednak nie ma w sobie, aż takiej siły by przesłonić sobą te wcześniejsze mielizny. Sytuacji nie ratują nawet nagrania dodatkowe, które niepotrzebnie przedłużają tę agonię. Jeśli ktoś oczekiwał czegoś na miarę ich najlepszych dokonań, to może się srodze rozczarować. Te najwyraźniej grupa ma już za sobą. Żeby być precyzyjnym, dodam, że album ten nie jest też jakąś totalną katastrofą. To taki solidny średniak, z kilkoma pięknymi momentami, który ani niczym szczególnie nie zaskoczy, ani też specjalnie nie rozczaruje. Niemniej skłamałbym gdybym napisał, że nie odczuwam pewnego niedosytu. Apetyt był jednak nieco większy. Wierzę, że jeszcze kiedyś w murach tej świątyni zapłonie żywy ogień, jakiego nie udało się wzniecić na tym albumie. Skąd takie przeświadczenie? Nadzieja przecież umiera ponoć ostatnia.

Cieszy mnie, że grupa The Church wciąż nie składa broni i raczy nas kolejnymi płytami. I choć nowe nagrania nie przyprawiły mnie o szybsze bicie serce, ani też o ciarki na plecach, to i tak niecierpliwie będę wypatrywał kolejnych płyt. Taki to już los fana, który powinien być z zespołem nie tylko w chwilach triumfu, ale też i w tych nieco gorszych momentach. Amen.

Jakub Karczyński

11 września 2015

POTRAWY RYBNE

Właśnie wkraczamy w mój ulubiony okres roku. Pomału żegnam się z latem, wypatrując niecierpliwie na horyzoncie jesieni. Przyniesie ona ze sobą nie tylko całe spektrum barw, ale i nowe płyty, które wraz z początkiem września zaczęły wyrastać nam jak te przysłowiowe grzyby po deszczu. Cieszę się, że wkrótce będę mógł posłuchać nowych nagrań Davida Gilomour'a, Mercury Rev, Blackmore's Night, Duran Duran, New Order czy Killing Joke. 

Na początek nowego roku swój album anonsuje też grupa Marillion. Pomimo że od odejścia Fish'a minęło już tyle lat, a i Steve Hogarth radzi sobie nad wyraz dobrze, to czasem nachodzi mnie taka myśl, aby wrócił stary, dobry Marillion. Te dwa światy z upływem kolejnych lat, mają coraz mniej wspólnych punktów. Nawet Steve Rothery gra teraz tak, aby nie przypominać siebie sprzed lat. Co ciekawe, rozgraniczenie na dwa skrajnie różne obozy, dostrzegli też przedstawiciele hip hopu. Tak, tak, nie przywidziało się wam. Potwierdzeniem moich słów jest fragment utworu Slums Attack CNO2, w którym to pojawiają się takie oto słowa: "Ile razy ktoś tu krzyczał, że te nowe tracki Rysia są jak Fish bez Marillionu lub Marillion bez Fisha". Gdy to pierwszy raz usłyszałem, niemal spadłem z krzesła. Po czasie naszła mnie myśl, czy aby odbiorcy tej muzyki, rozumieją znaczenie tego tekstu. Czy w ogóle wiedzą co to za Marillion i kim do diabła jest ten Fish. Nie pytałem, bo nie obracam się w tych kręgach, ale chętnie bym to kiedyś sprawdził. Kto wie, może sam Rychu Peja zdradzi mi kulisy tego tekstu. Wróćmy jednak do współczesnego oblicza Marillion. Ten z Hogarth'em gra już na nieco innych strunach moich emocji. Tworzy nadal piękną muzykę jak choćby albumy "Marbles" (2004) czy "Sounds That Can't Be Made" (2013) by daleko nie szukać, niemniej brak tam już tego krwawiącego serca wyrwanego z piersi samego Fish'a. Także Steve Rothery nie gra już tak malowniczych i poruszających solówek. Teraz jego gitara jest jakby podporządkowana reszcie zespołu. Aż chciałoby się zakrzyknąć, że to zbrodnia tak marnować tego wyśmienitego gitarzystę. Wystarczy posłuchać sobie "Misplaced Childhood" (1985) lub "Clutching At Straws" (1987) i porównać z tym co grupa nagrywa współcześnie, aby zrozumieć o co mi chodzi. Obie wspomniane płyty, mają w sobie taki ładunek emocjonalny, że po ich wysłuchaniu człowiek czuje się jak uzbrojona bomba. Siedzi i czeka na moment, gdy ostatnie sekundy zegara dadzą znak do emocjonalnej eksplozji. Och, jakże ja kocham te płyty i te emocje jakie ze sobą niosą. Śmiało mogę wpisać je na listę moich albumów życia. A współczesny Marillion? Nadal uwielbiam, cenię i kupuję w ciemno każdą nową płytę. Tak samo jak i solowe albumy Fish'a. I choć zespół zaistniał dla mnie na dobre już za sprawą Hogarth'a, to właśnie albumy z Fish'em pokochałem najmocniej. Niemniej nie przekreślałbym dorobku jego następcy, bowiem i tu znajdziemy niejedną perłę jak choćby cudowne "Seasons End" (1989), do którego przyjemnie wraca się i po latach.

Jakub Karczyński

31 sierpnia 2015

ABSTRAKCYJNE MIASTECZKO

Policzyłem. Znalazłem chwilę czasu i zadałem sobie trud policzenia płyt, które muszę jeszcze przesłuchać oraz dosłuchać. Wyszło tego sto pięćdziesiąt tytułów !!! Aż złapałem się z tego wszystkiego za głowę. Moje przerażenie wynikało nie tylko z moich ogromnych zaległości, ale i ze świadomości, że za chwilę jesień zasypie nas kolejnymi premierami. Za dużo tego, oj za dużo. Żeby się z tego wygrzebać, potrzeba by lat i zatrzymania procesu wydawniczego. Obecnie tworzymy tyle muzyki, że nie starczyłoby nam życia, aby jej wysłuchać, a co dopiero dogłębnie poznać. Z tej też przyczyny, wiele albumów leżakuje na półkach i czeka na dogodną chwilę, aby móc zaprezentować mi swe walory. Mało tego, przed kilkoma tygodniami otrzymałem także możliwość przedpremierowego odsłuchania dwóch płyt z Alchera Vision. Pierwszym tytułem był debiutancki album Hidden By Ivy "Acedia", drugim Dogs In Trees "Pióra mew". Jako że nie za bardzo miałem czas, a i jakoś trudno tak wczuć mi się w cyfrowy odsłuch, skorzystałem z tego dopiero teraz. Postanowiłem sprawdzić czy zawarte tam dźwięki są tymi, które mi w duszy grają. Poza tym, zawsze to jakieś poszerzenie horyzontów i powiew świeżego powietrza. Trochę mi tego ostatnio brakowało. Stąd też zakupiłem zupełnie w ciemno, debiutancki album poznańskiej grupy Abstrakt. Pomimo że zespół pochodzi z mojego miasta, jakoś nie natknąłem się wcześniej na niego. Dopiero pozytywna recenzja na jednym z blogów, zachęciła mnie do zakupienia płyty. Najbliżej tym dźwiękom do tego co robi grupa Riverside, choć nie chciałbym już na początku, zbytnio etykietować grupy. Mają swój styl, pomysł na muzykę, a i pozytywnych recenzji nie brakuje ("Teraz rock" nr 9 (151) wrzesień 2015). Sprawdźcie jeśli jesteście ciekawi. Oto link ich strony http://abstraktband.com/pl/.

Oprócz muzyki, ostatnimi czasy nadrabiam też zaległości czytelnicze. Jestem świeżo po przeczytaniu reportażu Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania". Historia dolnośląskiego miasteczka, które zapadło się pod ziemię, działa niezwykle na wyobraźnię, a i czyta się to jak dobrą książkę sensacyjną. Znam nawet kilka osób, które wybrały się tam, aby na własne oczy zobaczyć ... No właśnie, co? Niewiele tam już zostało do oglądania. Niemniej pustka, też może być wymowna, a opowieści snute przez jej dawnych mieszkańców, powinny wynagrodzić ten wizualny niedosyt. Historie to doprawdy niesamowite, więc warto nadstawić ucha. Kto nie planuje podróży do Miedzianki, niech chociaż sięgnie po książkę Filipa Springera, by przekonać się jak niebanalna to opowieść. Satysfakcja gwarantowana. 

Jakub Karczyński


20 sierpnia 2015

THE CHURCH - THE BLURRED CRUSADE (1982)

Album "The Blurred Crusade" (1982) przez długi czas pozostawał w sferze moich niezrealizowanych marzeń płytowych. Zdobycie go na srebrzystej płycie CD, graniczy dziś niemal z cudem. Tym bardziej cieszę się, że ktoś postanowił się go pozbyć, dzięki czemu mam wreszcie okazję posłuchać go w należytej formie. Następca albumu "Of Skins And Heart" (1981) powstał w tempie wręcz ekspresowym i nie były to w żadnym razie popłuczyny po pierwszej płycie. Tak się kiedyś nagrywało. Odstępy między płytami były stosunkowo krótkie, bowiem dłuższe przerwy skazywały zespół na wypadnięcie z obiegu. Trzeba było kuć żelazo póki gorące. I tak też robili Australijczycy z The Church, którzy podtrzymują ten ogień już od trzydziestu pięciu lat. Niezwykły to wynik, zwłaszcza jeśli dodamy do tego dwadzieścia zrealizowanych albumów. My dzisiaj skupimy się na ich drugiej płycie, która poza piękną muzyką, intrygowała także albumową okładką. Na niej to grupa rycerzy, podziwia barwnego ptaka, który to przysiadł na rękawicy jednego z nich. Widok to iście niespotykany i każący zadać sobie pytanie, czy aby pod tą ciężką zbroją, nie kryje się nazbyt wrażliwe serce? A może jest to odniesienie do współczesnego życia, w którym to ludzie chowają się za grubym pancerzem, aby ochronić oraz ukryć przed światem swe delikatne i wrażliwe wnętrze? Barwny ptak może też być symbolem czegoś pięknego, co zostało bezpowrotnie utracone, a do czego tęsknią owi rycerze. Może to wspomnienie czasów, gdy trawa była zieleńsza, a życie mniej skomplikowane? Kto wie. Oczywiście powyższe interpretacje nie aspirują w żadnym wypadku do wyjaśnienia zamysłu twórcy okładki. To tylko i wyłącznie moje przemyślenia, które mogą być bliskie prawdy, ale wcale nie muszą. Ba, mogą być od niej nawet dalekie, ale to właśnie jest potęga sztuki. Ma ona zmuszać do myślenia, a nie dawać gotowe odpowiedzi. Wróćmy jednak do muzyki.

Na płycie "The Blurred Crusade" znajdziecie dziesięć nagrań, które to są logiczną kontynuacją debiutu "Of Skins And Heart". Może mniej tu tej surowości jaka zdarzała się momentami na debiucie, a która to dodawała zadziorności muzyce The Church, ale nie znaczy to, że muzycy jakoś drastycznie przedefiniowali swój styl. Owszem jest melodyjniej i przebojowo, ale nie ma przecież co robić o to zespołowi wyrzutów. Już pierwszym nagraniem Almost With You potrafią skutecznie się obronić i skraść serca słuchaczom. Otwarcie godne mistrzów. Mało tego, jest ono tak naturalne i bezpretensjonalne, że ręce same składają się do oklasków. Dalej wcale nie jest gorzej. When You Were Mine dla odmiany jest nieco bardziej zadziorne, ale bynajmniej nie wyzbyte melodii. Za sprawą tego utworu, powracają do mnie skojarzenia z debiutanckim albumem The Cure. Być może to ta motoryczna perkusja napędzająca ten utwór, każe mi doszukiwać się podobieństw między tymi grupami. Co by nie mówić, to właśnie w tej post-punk'owej odsłonie, The Church wypada najlepiej. Szkoda, że tak niewiele już tej drapieżności tutaj pozostało. Na szczęście, nie stracili panowie ręki do komponowania pięknych ballad. Udowadniają to już w kolejnym utworze, zatytułowanym Field Of Mars, który daje nam chwilę wytchnienia po dwóch pierwszych kompozycjach. Jest więc czas, aby nabrać powietrza w płuca, nim popłyniemy dalej. An Interlude w dalszym ciągu podtrzymuje balladową konwencję, choć pod koniec przyspiesza niczym pies, który zerwał się ze smyczy. I kiedy można by się było spodziewać większej dynamiki, zespół wstrzymuje nas jeszcze skądinąd sympatyczną miniaturką o balladowym posmaku, ale nasycić się tym nie sposób. Nieco dynamiczniej robi się za sprawą Just For You, które jest jak powiew orzeźwiającego powietrza. Dość skutecznie wyrywa nas z tej krainy łagodności, podobnie jak kolejne nagranie w postaci A Fire Burns. To jednak dopiero przedsmak, bowiem prawdziwy pazur, grupa pokazuje nam w ośmiominutowym nagraniu You Took. Ten utwór, stanowi powielenie patentu, zastosowanego na debiutanckiej płycie. Tam również zespół zdecydował się na bardziej rozbudowany utwór, jakim był Is This Where You Live i ponownie wyszedł z tej potyczki zwycięsko. Album wieńczy kolejna miniaturka, która również i tym razem pozostawia w słuchaczu odczucie niedosytu. Utwór nie ma szansy rozkwitnąć w uszach słuchacza, bowiem nie pozwala mu na to czas jego trwania. Być może zespół wyszedł z założenia, że lepszy niedosyt, niż przesyt kompozycyjny. Zresztą, na nowe dźwięki fani nie musieli czekać zbyt długo, ponieważ trzecia płyta wyszła już w kolejnym roku. Wróćmy jednak do albumu "The Blurred Crusade", który śmiało możemy uznać, za godnego następcę płyty "Of Skins And Heart". To co szczególnie zasługuje na pochwałę, to świetna praca sekcji rytmicznej oraz gitar, które doskonale się uzupełniają, a niekiedy prowadzą ze sobą wspaniały dialog. Jeśli dodamy do tego całkiem zgrabne kompozycje, to wyłania nam się nad wyraz udany album. Dziwi więc dlaczego amerykański wydawca nie był zadowolony z poziomu zaprezentowanych mu utworów. Zapewne liczył na coś bardziej komercyjnego, ale na szczęście The Church trzymali się swej jasno wytyczonej ścieżki i nie szli na wątpliwe kompromisy. Dzięki temu, otrzymaliśmy niezwykle spójny i udany krążek, który doceniany jest zarówno przez fanów jak i dziennikarzy. W dowód uznania, album "The Blurred Crusade" został uwzględniony w książce "100 najlepszych Australijskich albumów", podobnie jak ich największe dzieło jakim jest płyta "Starfish".

The Church wydając "The Blurred Crusade" dowiedli, że w ich przypadku tzw. "syndrom drugiej płyty", po prostu nie ma zastosowania. Niestety, nie wszyscy mieli tyle szczęścia by zaliczyć ten swoisty test. Porażka niejednokrotnie skazywała zespół nie utratę fanów i kończyła obiecująco zapowiadające się kariery. Jak to ktoś kiedyś pięknie powiedział, na nagranie swojej debiutanckiej płyty masz całe życie, na nagranie kolejnego albumu tylko kilka lat. I to od twego talentu, determinacji i pracowitości zależeć będzie, czy wrócisz z tej wyprawy z tarczą czy na tarczy. Australijczycy z The Church szczęśliwie zachowali swą tarczę i dumnie dzierżą ją do dziś dnia.

Jakub Karczyński

08 sierpnia 2015

GŁUPIA KOLEKCJA PŁYT MOJEGO MĘŻA

Wracając wczoraj z wakacji, zerknąłem do skrzynki na listy. Nie było nas ledwie pięć dni, a tu skrzynka zapchana prawie do pełna. Po przejrzeniu jej zawartości, okazało się, że wśród ton reklamowego śmiecia, są też i skarby. Dwie koperty skrywały w swych wnętrzach płyty i to w dodatku tej samej grupy. Pierwsza przesyłka jaka wpadła mi w ręce, była nadana z Królestwa Albionu (czyt. Anglia), a w jej wnętrzu tkwił najnowszy album Australijczyków z The Church. Wspominałem już o nim przy okazji wpisu "Kościół widmo". To co w tamtym czasie było tylko majakiem sennym, wreszcie nabrało materialnego kształtu. Płyta CD, wydana w efektownym digipacku, prezentuje się całkiem nieźle, ale i tak wolałbym stare, niezawodne plastikowe pudełko. Mniejsza jednak z tym. Najważniejsze, że nowa muzyka od The Church nareszcie trafiła w moje ręce. Nowy album niezwykle mnie uradował, ale prawdziwa perła przyszła do mnie w drugiej przesyłce. Po jej otwarciu mym oczom ukazał się album "The Blurred Crusade" (1982), którego poszukiwałem od dłuższego czasu. To właśnie o nim wspominałem w poprzednim wpisie, jako o zbirze, na którego się właśnie zasadzam. Szczęśliwie obława przebiegła bezproblemowo, a pojmany rewolwerowiec już trafił za kraty (czyt. na półkę).

Kiedy dziś przeszukiwałem Internet, natrafiłem na ciekawy blog. Co prawda jest on w języku angielskim, ale i tak warto zajrzeć. Nazywa się on "My Husband's Stupid Record Collection". O co w nim chodzi? Otóż jego autorka, wygrzebuje spośród kolekcji męża, jakiegoś przypadkowego winyla, przesłuchuje go i dzieli się swymi wrażeniami z czytelnikami. Wśród wielu płyt, jest też i recenzja albumu "The Blurred Crusade", gdzie autorka z poziomu laika, opisuje zarówno muzykę jak i wszystko to co się z nią wiąże. Pisze między innymi o tym, że nigdy nie słyszała o tym zespole. Ani nazwa grupy, ani tym bardziej średniowieczna okładka, nie naprowadzają jej na żaden trop, dzięki któremu mogłaby rozszyfrować gatunek muzyki, zawarty na tym krążku. Po zdjęciach wewnątrz płyty wnioskuje, że to typowy rock, ale pewności nie ma. Dzięki cioci Wikipedii dowiedziała się, że ma do czynienia z zespołem z Australii. Zapewne uznała, że to dość egzotyczny twór. Z ciekawości zapytała więc męża, jak on dowiedział się o ich istnieniu. Odpowiedział, że gdy pracował w sklepie płytowym "Encore", ktoś powiedział mu, aby koniecznie sprawdził ten zespół, co ten niezwłocznie uczynił*. Ona miała trudniej, bowiem nikt jej niczego nie wskazywał. Sama podjęła trud zapoznania się ze zbiorami płytowymi męża, dzięki czemu dowiedziała się między innymi o grupie The Church. Mało tego, cierpliwie wysłuchała całej płyty, opisała swe wrażenia i zapewne zaimponowała mężowi. Czym? Nie wiedzą, bo jak sama pisze jest totalnym laikiem, a chęcią zrozumienia pasji męża, którą wcześniej zapewne traktowała jako niegroźne dziwactwo. Jak mniemam, nie jest to odosobniony przypadek. Ilu z nas ma przy boku partnerki podzielające nasze pasje? Śmiem twierdzić, że niewielu. Jeśli więc spotkaliście takową na swojej drodze, to dbajcie o nią jak o najcenniejszy skarb. Pozostali niestety muszą zmagać się z niezrozumieniem i z etykietką "głupiej kolekcji płyt mojego męża". Nie traćcie jednak nadziei. Kto wie, może za jakiś czas nakryjecie żonę/dziewczynę na tym, że zamiast nastawić kolejne pranie, nastawia płytę na gramofonie.

Jakub Karczyński


* Historia jakich wiele, ale pomyślmy ilu zespołów byśmy nie poznali, gdyby nie czyjaś życzliwa rekomendacja. Moja przygoda z grupą The Church wyglądała podobnie, z tą różnicą, że ja byłem po drugiej stronie lady. Gdyby nie sugestywna zachęta sprzedawcy, być może dziś byłbym jak ta żona, która nie miała bladego pojęcia o istnieniu takowej grupy. Żal byłoby nie posłuchać tak pięknych albumów jak "Starfish" (1988), "Heyday"(1985) czy wspomnianego już "The Blurred Crusade" (1982). Jeśli nie znacie, sięgnijcie. Polecam zwłaszcza "Starfish", który to jest bezkonkurencyjny i co tu dużo mówić, najpiękniejszy w bogatej dyskografii grupy.

27 lipca 2015

POSZUKIWANI. ŻYWI LUB MARTWI

Od kilkunastu dni namiętnie oglądam westerny. Przerobiłem już "Niesamowitego jeźdźca" (1985) z Clint'em Eastwood'em, "Śmierć jeździ konno" (1967), "Prawdziwe męstwo" (2010), a dziś przymierzam się do "Powieście go wysoko" (1968). Siłą rzeczy, sięgnąłem też po muzykę Ennio Morricone, którego nazwisko jest synonimem westernu. Jego kompozycje na stałe weszły nie tylko do historii tego gatunku, ale i historii muzyki w ogóle. Któż z nas nie słyszał motywu z filmu "Dobry, zły i brzydki"? Chyba nie ma takowej osoby, a jeśli jest, to niech szybko nadrabia zaległości. Niemniej, dzisiejszy wpis wbrew pozorom nie będzie dotyczyć westernów. Będzie z nimi związany pośrednio, a to za sprawą elementu nieodzownie kojarzonego z tym gatunkiem jakim jest list gończy. Postanowiłem przenieść ten rekwizyt na grunt muzyki, bowiem tak jak szeryfowie, tak i ja nieustannie poszukuję jakiś typów spod ciemnej gwiazdy. Osiągnięcia mam niezgorsze. Wytropiłem już kilkunastu przestępców i wpakowałem do ciemnej celi. Spoglądają oni teraz posępnym wzrokiem zza krat, bo perspektywy malujące się przed nimi nie napawają optymizmem. Z tego więzienia wychodzą nieliczni i to raczej drobni złodziejaszkowie, a nie zatwardziali przestępcy. Lista mych sukcesów jest dość długa, więc wymienię tylko najciemniejsze gwiazdy, które to udało mi się doprowadzić przed wymiar sprawiedliwości. Na mym koncie widnieją takie nazwy i nazwiska jak:
 
  • The Mission "Grains Of Sand" (1990) CD, 
  • Love Club "Lime Twigs And Treachery" (1990) CD,
  • Ikon "In The Shadow Of The Angel" (1995) CD, 
  • Ikon "Flowers Of The Gathering"(1996) CD, 
  • Ikon "This Quiet Earth" (1998) CD, 
  • Ikon "Destroying The World To Save It" (2005) CD, 
  • All About Eve "Touched By The Jesus" (1991) CD, 
  • All About Eve "Ultraviolet" (1992) CD, 
  • The Cassandra Complex "Cyberpunx" (1990) CD, 
  • The Cassandra Complex "War Against Sleep" (1992) CD,
  • The Cassandra Complex "Wetware" (2000) CD,
  • Gene Loves Jezebel "The House Of Dools" (1987) CD,
  • Justin Sullivan "Navigating By The Stars" (2003) CD,
  • Bel Canto "White-Out Conditions" (1987) CD,
  • Bel Canto "Birds Of Passange" (1989) CD,
  • Xymox "Twist Of Shadows" (1989) CD,
  • Pieter Nooten, Michael Brook "Sleeps With The Fishes" (1987) CD,
  • The Alarm " Eye Of The Hurricane" (1987) CD,
  • Wishbone Ash "There's The Rub" (1974) CD 

Na tym poprzestańmy. To tylko lista wybranych rewolwerowców, których dotknęła ręka sprawiedliwości. Niestety, jakkolwiek imponująco przedstawiałaby się ta wyliczanka, nie zmienia to faktu, że na wolności pozostają jeszcze całe zastępy przestępców, śmiejących się szeryfom prosto w twarz. Na nic zdają się obławy czy też zasadzki. Pewnych typów nie widuje się w miasteczkach, ani nawet w okolicznych stanach od wielu lat. Niemniej nie tracę czujności i z nie mniejszą determinacją tropię tych zbirów. Moje wysiłki nie poszły na marne, bowiem przed tygodniem wpadłem na trop pewnego typka. Gdy tylko zorientował się, że wiem o jego przybyciu, momentalnie dał nogę z miasta. Na szczęście nie dałem szybko za wygraną i w sobotę 25 lipca dopadłem drania. Nie stawiał większego oporu. Widać mój rewolwer i gwiazda szeryfa zrobiły swoje. Schwytany przestępca to Strawbs "Deadlines" (1977) CD, którego personalia podesłał mi szeryf z sąsiedniego stanu. Gdyby nie to, być może do dziś cieszyłby się wolnością, nękając praworządnych obywateli. Informacja o jego aresztowaniu szybko rozniosła się po okolicy, wzbudzając pewne poruszenie w szeregach przestępców. Dzięki temu, wpadłem już na kolejny trop. Wraz ze swym zastępcą, planujemy wkrótce ująć kolejnego zbira, ale sami rozumiecie, że o szczegółach akcji, nie mogę powiedzieć w tym momencie ani słowa. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to rzeczony delikwent, powinien trafić do paki jeszcze przed końcem tygodnia. Trzymajcie więc kciuki i pamiętajcie o tym, aby pomagać lokalnym stróżom prawa. Tylko z waszą pomocą, uda się wyłapać wszystkich tych przestępców i zaprowadzić w mieście porządek. Zerknijcie raz jeszcze na list gończy zamieszczony powyżej. Kto wie, być może widzieliście gdzieś w okolicy tych typów spod ciemnej gwiazdy.

Jakub Karczyński