04 września 2022

HANDFUL OF SNOWDROPS - HOPE

Handful Of Snowdrops wydało właśnie wirtualnego singla, którego to możecie zakupić za pomocą platformy Bandcamp. Singiel zatytułowany Hope ma postać wirtualną, ale niech nie martwią się miłośnicy płyt bowiem jest szansa, że w przyszłym roku otrzymamy nowy album zatytułowany "Tu me crois la marée et je suis le déluge". Nie przywiązujcie się jeszcze do tego tytułu bo ma on póki co postać roboczą. Jak zapowiedział Jean-Pierre, nowy album ma być wypełniony długimi, nastrojowymi kompozycjami o progresywnym charakterze. Singiel Hope został wytypowany by sprwdzić jak wielkie jest zainteresowanie muzyką Handful Of Snowdrops. Jeśli sprzedaż okaże się zadowalająca wtedy z pewnością możemy liczyć na więcej dźwięków sygnowanych tym logiem. Trzymam zatem kciuki by fani stanęli na wysokości zadania. Ja ze swej strony także postanowiłem dorzucić parę groszy choć dobrze wiecie, że pliki to nie jest moja ulubiona forma słuchania muzyki. W tym wypadku zrobiłem wyjątek bowiem liczy się sama akcja wsparcia, no i rzecz jasna nadzieja na nową płytę, którą z przyjemnością postawię na półce. Tak więc jeden chętny już jest, a myślę, że znajdzie się jeszcze trochę takich szaleńców, którzy dadzą HOS na tyle duże wsparcie by nowe nagrania przybrały bardziej materialną formę. Jeśli nie jest wam obojętna taka muzyka to dajcie znak, że jesteście i czekacie. Zakup singla to koszt około 20 zł, ale możecie też wpłacić więcej do czego serdecznie zachęcam. Po szczegóły odsyłam pod ten adres: https://handfulofsnowdrops.bandcamp.com/album/hope-single

Jeśli przegapiliście to przypominam, że "Czarne słońca" przeprowadziły niedawno wywiad z liderem Handful Of Snowdrops, który znajdziecie tutaj: https://czarne-slonca.blogspot.com/2022/04/jean-pierre-mercier-handful-of.html


Jakub Karczyński

30 sierpnia 2022

LONGPLAY

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem hej. Kiedy byłem małym chłopcem, to świat był zupełnie inny. Muzyki słuchało się z kaset magnetofonowych, a adapter do płyt winylowych służył mi do zgłębiania świata bajek. Z czasem kasety poszły w odstawkę, a ich miejsce zajęły CD, które nie miały w naszym kraju łatwego życia bowiem chwila ich świetności to zaledwie kilka lat. Gdy do gry weszły komputery wyposażone w programy do kopiowania CD, bazary zaroiły się od podróbek. Z chwilą upowszechnienia Internetu, każdy użytkownik mógł sobie nielegalnie ściągać i wypalać w domowych warunkach nie tylko całe albumy, ale i tworzyć składanki według własnego pomysłu. Rynek CD nie miał czasu by nabrać rozpędu, wytworzyć w społeczeństwie szerokiej kultury słuchania muzyki z tego właśnie nośnika bo już musiał się bronić przed naporem piractwa. Była to niejako powtórka z historii ponieważ zanim wprowadzono prawo autorskie, kasety również były masowo kopiowane i sprzedawane na lewo. Oryginalna kaseta jednak miała tę przewagę nad CD, że była dużo tańsza więc różnica w cenie nie była aż tak drastyczna dla nabywcy jak w przypadku kompaktów choć chętnych na lewe taśmy nie brakowało. Rodziło to więc pokusę szybkiego zarobku małym kosztem. Rynek płyt CD nie miał więc czasu by okrzepnąć, ale co ciekawe pomimo naporu piractwa, wejścia na rynek platform streamingowych wciąż trwa. Nie podzielił losu kaset, które dość szybko odeszły do lamusa tak jak i sprzęt służący do ich odtwarzania.

Czemu o tym piszę? Powodem tego jest miejsce, które niedawno miałem okazję odwiedzić. Korzystając z faktu, że dzieci spędzały czas na wakacjach u dziadków, wybrałem się by odwiedzić sklep "Longplay", który to mieści się w Poznaniu przy ulicy Polnej 22. Funkcjonuje on jak się dowiedziałem od blisko trzech lat, serwując swoim klientom kawę, herbatę, wino, piwo rzemieślnicze, a nade wszystko płyty winylowe, CD jak i kasety. Cieszy mnie fakt powstawania tego typu miejsc, choć mam wrażenie, że miłośnicy fizycznych nośników poświęcają zbyt mało czasu by w nich bywać i przede wszystkim wspierać finansowo taką działalność. Gdyby było inaczej, takich miejsc mielibyśmy mnóstwo, a tak pozostają takimi pierwiosnkami na mapie naszych miast. Czyż nie fajnie jest przyjść do takiego sklepu i zrelaksować się przy dźwiękach płynących z gramofonu? Jeżeli wolicie jednak posiedzieć w domu to już wasz wybór, ale nie miejmy wtedy pretensji, że tego typu miejsca upadają. Jeśli więc masz w swoim mieście taki sklep, to daj mu sygnał, że jest on dla ciebie ważny. W jaki sposób? Najlepiej finansowy bo przecież bez tego żadna działalność nie może trwać. I na koniec jedna ważna rzecz. Nie targujcie się w tego typu sklepach bo to nie sieciówki z marżami rzędu 20%. Tu każda złotówka jest na wagę złota więc miejcie tego świadomość.


Odwiedzając Longplay nie wyszedłem więc z pustymi rękami, zabierając ze sobą dwa kompakty. Pierwszym był album "White Light/White Heat" (1968) grupy The Velvet Underground, drugim płyta "Gotham!" zespołu Radio 4 (2002). Połączyłem więc tradycję z nowoczesnością choć przecież od wydania płyty "Gotham!" minęło już przecież dwadzieścia lat. Jednak dla mnie ta muzyka wciąż brzmi świeżo i przede wszystkim młodzieńczo. Poza tym jej wydanie przypadło na czas new rock revolution, gdy muzyka rockowa znów stała się modna. Były to czasy grup pokroju Franz Ferdinand, The White Stripes, Razorlight, The Rapture, Black Rebel Motorcycle Club czy choćby Interpol. Piękne czasy, gdy znów można było uwierzyć w siłę tej muzyki. Ta energia i moc wciąż tam jest, zawarta na płytach, które dziś możecie odnaleźć w miejscach takich jak choćby "Longplay". Nie dajcie im obumierać w kurzu, zabierzcie je ze sobą do domu i cieszcie się tą muzyką.


Jakub Karczyński

20 sierpnia 2022

GANG OF FOUR - ENTERTAINMENT! (1979)


Są takie zespoły, które choć stworzyły znaczące albumy będące źródłem inspiracji dla następnych pokoleń, gdy stawiają swoją stopę na naszym krajowym gruncie, są niemal zupełnie anonimowe. Tak jakby dopiero co weszli na szlak swej kariery, a płyty, które uczyniły ich sławnymi nigdy nie zostały nagrane. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że to co popularne lub znane na Wyspach Brytyjskich niekoniecznie musiało zakorzenić się na naszym gruncie. Wszak gust gustowi nierówny. 

Płyta "Entertainment!" (1979) może nie jest w naszym kraju tak zupełnie anonimowa, ale z pewnością nie cieszy się takim uznaniem na jakie zasługuje. Warto więc przypomnieć sobie jej zawartość jak i zastanowić się na jak wielu polach to ziarno wydało plon, począwszy od Fugazi poprzez Jane's Addiction, R.E.M., by na The Futureheads chwilowo poprzestać. Myślę, że tych nazw możnaby tu jeszcze sporo dopisać, ale niech każdy sam spróbuje wytropić te wpływy. 

Jeśli napiszę, że połowa tego albumu rozkłada mnie na łopatki, a druga sprawia, że niecierpliwie spoglądam na zegarek to będzie to chyba najlepsze podsumowanie jego zawartości. Pierwsze siedem nagrań to jak postrzał w brzuch z Magnum 44. Po czymś takim nie tylko trudno utrzymać się na nogach, ale próżno też szukać perspektyw na dalsze życie. Niestety po utworze I Found That Essence Rare następuje gwałtowne hamowanie, po czym wrzucamy poszczególne biegi, ale już niestety nie udaje nam się rozpędzić tego auta do prędkości, którą jeszcze przed chwilą mieliśmy na liczniku. Owszem, jest tu też kilka niezłych nagrań, ale dość szybko zbledną w Waszych uszach, gdy przypomnicie sobie wszystko to co już usłyszeliście. Nie zmienia to jednak faktu, że album "Entertainment!" to niezwykle ważna płyta, która jak już wspominałem, zainspirowała niezliczoną ilość grup. Co ciekawe, niekiedy wykroiły one dla siebie dużo większy kawałek tortu niż ten, który przypadł grupie Gang Of Four. Niestety tak to już niekiedy bywa, że sukces artystyczny, nie zawsze idzie w parze z sukcesem komercyjnym. Coś na ten temat mogliby powiedzieć członkowie Killing Joke, których muzyczne patenty również słychać na wielu płytach. Najgłośniejszym zapożyczeniem było nagranie Come As You Are z albumu "Nevermind" (1991) Nirvany, które to otarło się o salę sądową, ale po samobójczej śmierci Kurta Cobaina, Killing Joke odpuścili temat. W przypadku Gang Of Four, zapożyczenia te nie były, aż tak bezczelne, ale bez problemu można było je wyłowić. To co zwraca szczególną uwagę, to praca sekcji rytmicznej oraz charakterystyczny sposób gry gitarzysty Andy'ego Gilla. Brzmienie Gang Of Four jest na tyle charakterystyczne, że nie sposób pomylić ich z nikim innym. To jak znak firmowy, który wyróżnia cię spośród tłumów i sprawia, że masz swój styl. To coś, o czym marzy wielu, ale nie każdemu jest dane to osiągnąć.
 
Gang Of Four to kolejny zasłużony zespół, którego muzyczny wkład był dużo większy, niż plon, który przyszło im zebrać. Nie dane im było ogrzać się w promieniach sukcesu choć bez wątpienia na to zasługiwali. Z tej też przyczyny warto przypominać takie albumy jak "Entertainment!" by nie tylko nie ulotniły się z naszej pamięci, ale by infekowały swoją zawartością kolejne pokolenia.
 
Jakub Karczyński
  

10 sierpnia 2022

MIEJSKA PARTYZANTKA


Pod koniec kwietnia miałem przyjemność być na dość nietypowym koncercie grupy Visions In Clouds w "Nowym Amore" na poznańskich Jeżycach. To była prawdziwa organizacyjna partyzantka bowiem do chwili rozpoczęcia koncertu nikt nie był w stanie powiedzieć ile kosztować będą bilety. Było to później dogadywane na szybko z zespołami, ale odbywało się to w tak sympatycznej i przyjaznej atmosferze, że do głowy by nam nie przyszło by mieć o to do kogoś pretensję. Właściciel tego miejsca okazał się być niezłym freakiem, dzięki czemu czas do koncertów ani trochę nam się nie dłużył. Pogadaliśmy sobie o muzyce, o lokalnych piwach jak i obejrzeliśmy od kulis przygotowania do koncertu. Zanim jednak na scenie zainstalowało się Visions In Clouds, mieliśmy przyjemność obejrzeć występ lokalnego przedstawiciela sceny post rock. Aura7 zaprezentowała nam bardzo interesujący zestaw utworów, które to dobrze rozgrzały publiczność przed występem Szwajcarów. Granie post rocka to spore wyzwanie bowiem muzyka instrumentalna musi być na tyle interesująca by widz nie popadł w znudzenie. Na szczęście poznaniacy nie mieli z tym większego problemu, a publiczność żywo oklaskiwała ich występ. Jeśli już przy publiczności jesteśmy to trzeba zaznaczyć, że zebrało się tam około dwudziestu osób więc wydarzenie to miało naprawdę kameralny charakter. Dzięki temu nie było problemu by porozmawiać z muzykami, zrobić sobie pamiątkową fotografię czy wziąć autografy. Niestety zespół chyba jeszcze nie dorobił się własnej płyty stąd też chcąc zapoznać się z ich muzyką musimy poszukać jej w sieci. 

Gdy na scenę wkroczyli Visions In Clouds zrobiło się nieco bardziej tanecznie. Rozpoczęli od genialnego utworu ze swej ostatniej płyty - Two In A Row - który to doskonale nastroił mnie na resztę wieczoru. Żałuję tylko, że jest on tak krótki bo z chęcią zanurzyłbym się w nim na nieco dłuższą chwilę. Niestety trudno jest mi przedstawić szczegółową setlistę bo po pierwsze, nie znam aż tak dobrze ich dyskografii, a po drugie wolałem skupić się na przyjemności płynącej ze słuchania muzyki na żywo. Pamiętam jednak, że zagrali utwór Thieves, który to wytypowano na singla by promować ich najnowsze wydawnictwo, sięgnęli po kapitalne No Way Out z "What If There is No Way Out" (2018) oraz Runaway. Największe wrażenie jednak zrobiły na mnie utwory, w których pojawiała się trąbka. Po prostu cudo. Zespół na scenie tworzył śpiewający gitarzysta z perkusistą, a tylko w kilku utworach dołączał do nich wspomniany trębacz. Nad wszystkim czuwał jeszcze jeden członek zespołu odpowiedzialny za programowanie muzyki i aspekty techniczne. Całość wypadła niezwykle ciekawie choć muzyka w części wspomagana była przez laptopa. Ciekawi mnie jakby to było gdyby całość rozpisano na żywe instrumenty. Z pewnością dźwięki zyskałyby mocy, a i zespół byłby bardziej kompletny. Może z czasem nabierze to właśnie takiej formy, ale póki co, polecam Waszej uwadze twórczość tej grupy. Mają chłopaki zadatki na to by stać się naprawdę ważnym graczem na tej scenie. Trzymam zatem za nich kciuki i wypatruję kolejnych płyt stworzonych pod szyldem Visions In Clouds.


Jakub Karczyński

30 lipca 2022

TUXEDOMOON - DESIRE (1981)


Im więcej wiosen za mną tym bardziej zauważam w sobie jakieś takie podświadome dążenie do prostoty. Jakby głowa zmęczona hałasem szukała wytchnienia w dźwiękach nieco cichszych, mniej natarczywych. Uczę się w związku z tym doceniać ciszę, tak w muzyce jak i otoczeniu. Bywa jednak i tak, że sięgam po rzeczy nieco bardziej złożone by dać szarym komórkom pole do działania. Z tej też przyczyny poświęcam w ostatnich tygodniach nieco więcej czasu grupie Tuxedomoon. Ten amerykański zespół tworzący muzykę, która dość zgrabnie wymyka się z szufladek gatunkowych, ma swoje wierne grono odbiorców zarówno wśród fanów awangardowego rocka jak i wielbicieli nowej fali czy post punku. Ich muzyka może czasem nastręczać trudności, wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu, ale jest w niej coś takiego co zjednuje jej moją sympatię. Trudno to tak jednoznacznie zdefiniować, ale mniemam, że spory udział mają w tym niebanalne melodie. Nawet jeśli oplecione jest to jakąś bardziej skomplikowaną strukturą, to gdzieś w tle możemy wyłowić bardziej przyjazne faktury dźwięku. 

Na przetarcie szlaku polecam posłuchać sobie albumu "Desire" (1981), który to na kompakcie został wzbogacony o materiał z EP-ki "No Tears". Nie przepadam za tego typu zabiegami bowiem wszelkie tego typu doklejki zaburzają rytm i nastrój płyty. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Album "Desire" pokazuje nam jak wielkie zmiany zaszły w głowach muzyków. Podczas gdy EP-ka "No Tears" stanowi jeszcze dość jasne świadectwo wpływów punk rocka, tak "Desire" ukazuje nam Tuxedomoon w zupełnie innym świetle. Rzekłbym, że ich muzyka stała się niezwykle wysublimowana, ale bez popadania w pretensjonalność. Obok kompozycji czarujących słuchacza pięknymi melodiami, znajdziemy także te nieco bardziej eksperymentalne. Jeśli zapaliła Wam się w tym momencie lampka ostrzegawcza i szukacie już najbliższego skrzyżowania, na którym to możnaby odbić w inną stronę, to śmiało możecie ją zgasić. Uspokajam. "Desire" pomimo swych awangardowych wycieczek w żaden sposób krzywdy słuchaczowi nie czyni. Wbrew pozorom sporo tu melodii, które prędzej czy później owiną Wam się wokół ucha. Dajcie im tylko szansę, a zobaczycie, że poświęcony czas nie pójdzie na marne. Album zanurzony jest w dźwiękowej melancholii stąd też bardziej polecam słuchać go jesienią niż upalnym latem. Nastrój jednak nie jest jednorodny bowiem zdarza się, że w obrębie jednego nagrania doświadczymy skrajnie różnych doznań muzycznych. Dobrym przykładem jest utwór Holiday For Plywood, który z każdą minutą staje się coraz bardziej kakofoniczny. Innym razem gnamy na złamanie karku wraz z dźwiękami Incubus (Blue Suit), w którym to w tle pobrzmiewają nuty kojarzące się z twórczością Jean Michael Jarre'a. Z kolei nagranie Again brzmi tak jakby do jego nagrania zaproszono The Legendary Pink Dots. Każdy kto choć pobieżnie zna ich twórczość chyba przyzna mi rację. Sprawdźcie zresztą sami. Koniecznie też posłuchajcie East/Jinx/.../Music#1, Victims Of The Dance oraz In The Name Of Talent (Italian Western Two), które to pozostawiłem sobie na koniec bo to fragmenty, które najsilniej do mnie przemawiają. Pierwszy z nich to właściwie trzy kompozycje połączone w jedną, z których to dwie pierwsze części zasługują na szczególną uwagę. Victims Of The Dance to z kolei nagranie, które najczęściej nuciłem więc możnaby zaryzykować twierdzenie, że ma ono pewien potencjał singlowy. Najbardziej zaskakująca kompozycja to z pewnością In The Name Of Talent (Italian Western Two), gdzie połączono ogień z wodą bowiem udało się stworzyć utwór niezwykle dynamiczny lecz do tego zawierający w sobie spore pokłady melancholii. Brzmi niedorzecznie? Bynajmniej. Dla Tuxedomoon nie ma rzeczy niemożliwych.

"Desire" to punkt obowiązkowy na trasie każdej szanującej się wycieczki, chcącej zgłębić twórczość Tuxedomoon. Rzecz jasna nie jedyny, ale o tym wspomnę przy jakieś innej okazji. Tymczasem zachęcam serdecznie do intensywnej eksploracji tego muzycznego wszechświata. Być może znajdziecie tam coś czego od dawna szukaliście. Mnie ta płyta zapewniła mnóstwo pięknych wrażeń i zachęciła do zbadania także innych fragmentów przebogatej galaktyki płyt sygnowanej logiem Tuxedomoon.

 

Jakub Karczyński

21 lipca 2022

LETNIE ŁOWY


Za oknem jak i w kalendarzu lato czyli czas odpoczynku. Niestety mój letni urlop mam już za sobą, ale pomimo wielu zajęć nie zapomniałem o muzyce. Na nią zawsze musi znaleźć się czas i miejsce. W ostatnim czasie zdarza mi się zawędrować na terytoria nieco bardziej eksperymentalne stąd też obecność pod ręką takich płyt jak Tuxedomoon czy Budzyński/Jacaszek. Badam nowe rejony dźwiękowe by sprawdzić jak rezonuje we mnie ta muzyka. Nie można przecież cały czas żyć w strefie komfortu. Ciekawość świata to podstawa choć próbuje się nam wmówić, że to pierwszy stopień do piekła. Bez niej wciąż tkwilibyśmy w miejscu, a przecież z czasem każdy widok człowiekowi powszednieje. W związku z tym w ostatnim czasie najczęściej sięgam po takie albumy jak:

BUDZYŃSKI/JACASZEK "Legenda" - zauroczony ostatnią płytą Tomka Budzyńskiego - "Pod wulkanem",  sięgnąłem po album nagrany z Michałem Jacaszkiem. Już sama okładka będąca obrazem Caspara Davida Friedricha robi tu dużą robotę, a muzyka doskonale wpisuje się w ten romantyczny klimat. Udało mi się kupić to jeszcze w normalnej cenie bo na Allegro już wróbelki śpiewają sobie za ten album 200 zł. Spieszmy się więc kupować płyty, tak szybko drożeją.

MINIMAL COMPACT "Deadly Weapons + Next One Is Real" - odkąd pierwszy raz usłyszałem muzykę graną przez ten izraelski zespół wiedziałem już, że nie poprzestanę na jednym albumie. To już trzecia płyta w mych zbiorach i wciąż mam apetyt na więcej. Jeśli znacie to nie muszę Was szczególnie namawiać, jeśli jednak nie mieliście okazji zetknąć się z tą muzyką to gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. Minimal Compact klasowo odświeżyli nurt post punk, przeciskając go przez filtr z napisem muzyka izraelska. Ta unikalna mieszanka sprawia, że dźwięki tak dobrze znane nabierają nowych barw i smaków. To jazda obowiązkowa dla miłośników tego gatunku.

MOLCHAT DOMA "Etazhi" - ich popularność jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Gdy czytałem o nich przed laty będąc w trasie między Wrocławiem, a Poznaniem ich kariera dopiero nabierała tempa. W krótkim odstępie czasu wypracowali swój charakterystyczny styl i zjednali sobie całkiem spore grono fanów w najróżniejszych krajach. Kilkukrotnie zawitali także do Poznania, gdzie udało mi się zakupić ich dwie płyty. Jedną z nich była właśnie "Etazhi", która to choć wydana w efektownym digipacku była zwykłym CD-Rem. Mój sprzęt kategorycznie odmawiał odtwarzania takiego nośnika i dopiero przeczyszczenie lasera przekonało go do zmiany decyzji. Wolałem jednak nie ryzykować więc gdy zobaczyłem ofertę sprzedaży tej płyty w innym wydaniu nie zastanawiałem się ani chwili. Nie żałuję bo muzyka zawarta na tej płycie warta jest każdej ceny.

SCHROTTERSBURG "Om Shanti Om" - jeden z ciekawszych polskich zespołów, inspirujących się muzyką z okolic cold wave. Na tyle mi się spodobali, że kupuję ich już teraz w ciemno. Tym razem zaproponowali nam podróż w nieco bardziej orientalne strony. Cały czas podszyte jest to jednak pewnym takim niepokojem i mrokiem. Z każdą płytą rosną w siłę, ewoluują i poszukują. Nie pozostaje więc nic innego jak pilnie śledzić ich karierę i wspierać poprzez nabywanie kolejnych albumów.

 

Jakub Karczyński

07 lipca 2022

CZASEM NA GIEŁDZIE ...


Giełdy płytowe to nie miejsca, w których to można upolować jakieś okazje, ale i tak ceny tam bywają bardziej przyziemne niż na portalach aukcyjnych, gdzie niejednokrotnie przyprawiają mnie o zawrót głowy. Powystawiają te płyty za setki złotych i liczą na to, że ktoś się na to skusi. Jeleni w lasach nie brakuje, ale co innego spotkać je na łonie przyrody, a co innego w internecie. W dobie streamingu to tym bardziej spory wyczyn bo kto przy zdrowych zmysłach zapłaci sześćset złotych za płytę. Sam mimo wielkiej miłości do srebrnego krążka, nie daję się ponieść aż takiej fali szaleństwa. Wolę poczekać na bardziej sensowne propozycje bo jak uczy doświadczenie, cierpliwość to jedna z ważniejszych cnót w tym hobby.  Pośpiech niekiedy bywa nie tyle złym co drogim doradcą. Osobiście nie dałem za płytę więcej niż 120 zł choć gdyby doliczyć do tego koszt wysyłki to czasem kwota dobijała do 200 zł. Są to jednak wypadki na tyle incydentalne, że można by policzyć je na palcach jednej ręki.

Na ostatnią giełdę trafiłem zupełnie przypadkowo bowiem odbywała się na terenie centrum handlowego Posnania. Wpadłem tam na dwadzieścia minut przed jej zamknięciem, ale tyle wystarczyło mi by przewertować wszystkie kompakty i znaleźć wśród nich coś dla siebie. Jak widać na powyższym zdjęciu zdecydowałem się na album "B-sides And Abandoned Tracks" (1994) od New Model Army. Sam tytuł zdradza właściwie już wszystko więc chyba nie ma potrzeby tłumaczyć co zawiera ten album. Jako wielki fan New Model Army nie mogłem przejść obok tej płyty obojętnie. Nabyłem ją właściwie w ciemno bowiem mam ogromne zaufanie do załogi z Bradford. Być może "From Here" (2019) czyli ich ostatni krążek, nie był jakimś wybitnym albumem, co nie zmienia faktu, że kolejna płyta także znajdzie swoją bezpieczną przystań w moim domu. To taka relacja, którą budowałem z zespołem przez lata i jestem z nimi jak to się mówi na dobre i złe. "B-sides And Abandoned Tracks" choć wśród regularnych płyt stanowi zaledwie za ciekawostkę to i tak warto się w nią zaopatrzyć nawet jeśli mamy już na półce wszystkie single i EP-ki, które wchodzą w skład tego wydawnictwa. O wiele łatwiej przecież wrzucić do odtwarzacza jeden dysk, niż przeskakiwać między singlami i EP-kami. Jest tu czego słuchać, a czy jest się czym zachwycać? O tym przekonam się w najbliższych dniach.


Jakub Karczyński