06 marca 2014

POWIEW MELANCHOLII


Nie przypuszczałem, że nowy album Clan Of Xymox trafi w moje ręce już po trzech tygodniach od wyznaczonej premiery. Byłem raczej skłonny sądzić, że jego zdobycie wiązać się będzie z poszukiwaniem go poza granicami naszego kraju. Sprawdzając ofertę polskich sklepów internetowych, nie żywiłem nadziei, że ujrzę tam ową płytę. Ku memu zaskoczeniu, natrafiłem na nią już po tygodniu, ale jej cena była wręcz zaporowa. Pomimo mojego wielkiego oddania dla grupy Clan Of Xymox, wydatek rzędu 90 zł, skutecznie ostudził mój zapał. Pomyślałem sobie: "Nie bądź głupi i poczekaj chwilę". Głos rozsądku jak zwykle nie współgrał z podszeptami serca, ale tym razem postanowiłem powściągnąć emocje. Czy żałuję? Absolutnie nie. Nie minęło wiele czasu, a firma Mystic Production podjęła się dystrybucji "Matters Of Mind, Body And Soul" na polskim rynku. Na szczęście odbiło się to również na cenie, która nie nadwyręża nadmiernie naszego portfela. Nie zastanawiałem się ani chwili. Zamówiłem sobie ten album i po kilku dniach oczekiwania, wreszcie trafił do mojego odtwarzacza. Z zapowiedzi czynionych przed premierą wynikało, że płyta ma być bardziej nastrojowa i romantyczna. Wydanie jej w dniu zakochanych też nie było bez znaczenia. Często jednak bywa tak, że zapowiedzi swoje, a życie swoje. Nauczony tym doświadczeniem, raczej spokojnie wyczekiwałem tej premiery. Znając dyskotekowe ciągoty Ronny'ego Moorings'a wolałem powściągnąć emocje, niż doznać rozczarowania. Po pierwszym przesłuchaniu muszę powiedzieć, że to najbardziej spójny album od wielu lat. Nie ma tu miejsca na tak zwaną "niemiecką dyskotekę". Sporo tu długich, nastrojowych kompozycji, w które warto się wsłuchać, bo to taki album na kilkanaście wieczorów. Myślę, że dobrze będzie się go słuchało w pochmurne dni, gdy słońce schowane za  stalowymi chmurami stworzy nam odpowiedni klimat. Gdy już zapoznam się z tymi dźwiękami, na pewno podzielę się wrażeniami z czytelnikami Czarnych słońc. Tymczasem pora na trzeci odsłuch, więc kłaniam się w pas.

Jakub Karczyński

25 lutego 2014

GROBOWIEC RODZINY BEKSIŃSKICH


W związku z premierą książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny", ponownie uchyliło się wieko trumny. Wyleciała z niej chmara nietoperzy, wypełzły węże oraz czmychnęły pająki. Wreszcie można odgarnąć pajęczyny i zajrzeć do wnętrza. Podniecenie miesza się z grozą, niezdrowa ciekawość każe trwać, choćby za chwilę z trumny miał powstać sam hrabia Dracula. Krople potu spływają po czole, nogi drżą, ale stoimy niczym terakotowa armia. Zaspokojenie ciekawości jest ważniejsze od strachu. Mijają sekundy, które w obecnej sytuacji wydają się całą wiecznością. Czekając sensacji łapiemy się na tym, że chyba stoimy przy niewłaściwej trumnie. Przecież zaglądając do grobowca rodziny Beksińskich powinniśmy trafić w sam środek apokalipsy, dotrzeć do dna piekła. Tymczasem okazuje się, że wszystkie nasze wyobrażenia są wyolbrzymione, zniekształcone jak odbicia w gabinecie luster. Wertujemy kolejne strony żywiąc się niekiedy niezwykle intymnymi fragmentami, ale to wciąż mało. Czekamy wyznania, które upewnią nas, że nasz dotychczasowy obraz rodziny Beksińskich był tym jedynym słusznym. Okazuje się jednak, że książka ta nie oferuje prostych rozwiązań. Tu zwyczajność miesza się z ekstrawagancją, sława z upokorzeniem, a miłości czasem brak instrumentów do jej wyrażania. Jeśli więc chcecie wkroczyć do tego domu stąpajcie ostrożnie, bo chodzicie po fragmentach czyjegoś życia. 

Do tej pory zwiedziłem zaledwie kilka pokoi, lecz przede mną jeszcze długa droga do ostatniej stronicy. Niemniej, lektura owej książki poruszyła też inne klocki, które zdążył pokryć kurz. Swój wkład miał w to także mój znajomy, który zafascynowany utworem "Bela Lugosi's Dead" przypomniał mi o grupie Bauhaus. To za jej sprawą w odtwarzaczu znów popiskują nietoperze, a kły stały się jakby dłuższe. Peleryna znów majestatycznie powiewa na wietrze, a w świat niosą się słowa wspominające najsławniejszego węgierskiego wampira. Przed momentem otrzymałem przesyłkę, zawierającą koncert grupy Bauhaus, zarejestrowany w 1998 roku w Nowym Jorku. W związku z tym, wyjąłem z półki całą dyskografię Bauhausu i wracam pamięcią do czasów, gdy po raz pierwszy odkrywałem tę muzykę. Lata mijają, a ona wciąż potrafi zauroczyć człowieka swą tajemniczością, gwałtownością oraz niekonwencjonalnymi pomysłami. Jak widać wszystko doskonale się ze sobą łączy, przenika i uaktywnia kolejne procesy. To jak z klockami domina, które wprawione w ruch, uruchamiają całą lawinę następstw.

Jakub Karczyński

17 lutego 2014

CELTYCKA MISJA


  Z ostatniej wyprawy do miasta wróciłem z dwoma nowymi nabytkami. Pierwszy, to przecudnej urody płyta Loreeny McKennitt "The Mask And Mirror" (1994), która urzeka niesamowitym klimatem i na długo zapada w pamięć. Ta kanadyjska artystka, parająca się muzyką celtycką, skradła me serce już za sprawą płyty "The Visit" (1991), będącą starszą siostrą płyty "The Mask And The Mirror". Jej doskonałość sprawiła, że długo nie mogłem wykonać kolejnego kroku wśród jej bogatej dyskografii. Obawiałem się, że inne płyty będą już tylko cieniem nagrań z albumu "The Visit", a przecież nie chciałem doznawać zawodu. Wolałem pielęgnować w sobie wyobrażenie Loreeny, jako artystki doskonałej. Dopiero niedawno postanowiłem zaryzykować i zaczerpnąć ze źródła jej twórczości kolejny łyk. Kierując się zmysłem estetycznym, wybrałem płytę z najładniejszą okładką dostępną w sklepie. Wcześniej pozwoliłem sobie przesłuchać kilka utworów z owego krążka, aby upewnić się w swym wyborze. Trafiłem idealnie, bowiem "The Mask And Mirror" okazała się godnym następcą albumu "The Visit". Czar celtyckich pieśni uwodzi nie gorzej, niż zapach kwiatów bzu. Omamia zmysły, mąci w głowie, uzależnia i każe wracać do siebie. Zauroczyć się jak widać nie jest trudno, a odkochać to już chyba nie sposób. Zapewne ta podróż tak szybko się nie skończy. Jak tylko nasycę się moją nową zdobyczą, na pewno sięgnę po kolejne płyty Loreeny. Coś czuję, że znajdę tam jeszcze niejedną, muzyczną perłę.


  Drugą z płyt jaką przyniosłem ze sobą tego dnia, był winyl "Gods Own Medicine" (1986) The Mission. O swym uwielbieniu dla dokonań tej grupy pisałem tu wielokrotnie. Nic więc dziwnego, że poza edycjami kompaktowymi, przybywa mi także edycji na czarnych krążkach. To już trzeci winyl Misjonarzy jaki udało mi się kupić. Oprócz debiutu, posiadam także albumy "The First Chapter" (1987) oraz "Children" (1988), od którego to zaczęła się moja fascynacją grupą Wayne'a Hussey'a. Wielka szkoda, że edycjom winylowym poskąpiono tworzywa, przez co płyty są stosunkowo cienkie. Przekłada się to na płytsze rowki, stąd też igła nie tkwi tak pewnie w swym torze. Na szczęście pomimo upływu lat, wszystkie płyty grają fantastycznie. I choć daleko mi do tego obecnego szaleństwa na punkcie analogów, to doceniam ten nośnik i od czasu do czasu korzystam z jego usług. Zazwyczaj jednak sięgam po muzykę zapisaną na małych, srebrzystych płytach. Jeżeli ktoś deprecjonuje kompakty i uważa, że liczy się tylko analog, to traci w ten sposób wiele pięknych nagrań. Może nie wszyscy wiedzą, ale nośnik winylowy z racji swych ograniczeń pojemnościowych, w wielu przypadkach został pozbawiony niektórych utworów. Nie ominęło to również analogów grupy The Mission. Na debiucie brakuje nagrań Blood Brother oraz wieńczącego album Island In Stream. Z albumu "Children" wypadły z kolei Fabienne oraz Dream On będący coverem Aerosmith. Warto więc mieć oba nośniki, aby w pełni cieszyć się muzyką Misjonarzy. 
  W najbliższym czasie, planuję zakupić "The Brightest Light" na czarnym krążku. Już nawet złożyłem stosowne zamówienie w zaprzyjaźnionym sklepie. Po przyjrzeniu się rozpisce okazuje się, że i ta edycja nie ustrzegła się ingerencji skalpela. Na szczęście amputacja tyczy się tylko i wyłącznie dwóch utworów z materiału dodatkowego. Właściwy program płyty został nietknięty, choć różni się nieco od edycji kompaktowej. Czym? Tego nie zdradzę. Kto ciekaw, sam znajdzie.

Jakub Karczyński

12 lutego 2014

WIERNOŚĆ W STEREO


Jakże miło rozpocząć dzień od widoku pięknego słońca za oknem, dobrej kawy i paczki z płytami dostarczonymi przez listonosza. Obiecywałem sobie ograniczyć w najbliższym czasie zakupy kolejnych albumów, ale jak się gdzieś wypatrzy okazje, to trudno się nie skusić. Zresztą bycie kolekcjonerem polega właśnie na szukaniu, tropieniu i upolowaniu pożądanej płyty. W tym hobby nie ma miejsca na odpoczynek. Jeśli nie skorzystasz ty, zrobi to z pewnością ktoś inny. Nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby przeszły mi koło nosa takie albumy jak "Elodia" (Lacrimosa), "Destroying The World To Save It" (Ikon) czy "In The Shadow Of The Angel" (Ikon). Co prawda, ten ostatni mam już w swej płytotece, ale w nieco innym wydaniu. Wiem, że trudno to zrozumieć, ale w zbieraniu płyt poza samą muzyką, liczy się też forma wydania. Stąd też niektóre tytuły dublują mi się na półce. Staram się jednak nie pozbywać starych wydań, bo to przecież kawał historii. Poza tym, w reedycjach nie zawsze rzetelnie odzwierciedla się poligrafię, co jak dla mnie jest wręcz karygodne. Dowodem tego są wzbogacone reedycje grupy Marillion, gdzie postanowiono wdrukować niebieską ramkę, kosztem okładki. Nie wystarczyłoby nakleić na pudełku informacji o zremasterowanej, dwupłytowej edycji? Poza tym okładki przy kompaktach i tak już są stosunkowo małe, po co je jeszcze pomniejszać?


Ostatnio odwiedziłem także kilka sklepów z płytami. Nie tam żadne markety, ale takie malutkie, gdzie czuć atmosferę pasji i wielkiej miłości do muzyki. Zajrzałem tam, aby zobaczyć jak radzą sobie one w tych trudnych czasach. Byłem ciekaw kto tam zagląda i czego szukają dzisiejsi melomani. Udałem się w okolice poznańskiego rynku, gdzie mieszczą się, aż dwa takie sklepy. Niestety nie miałem zbyt wiele szczęścia, gdyż akurat byłem jedynym klientem. Wielka szkoda, bo na półkach tyle ciekawych płyt, a chętnych brak. Szczególnie lubię zaglądać do dwóch sklepów. Jeden znajduje się pod arkadami, tuż przy Stary Rynku. "Fripp", którego szyld nawiązuje do nazwiska gitarzysty King Crimson, to niezwykle uroczy zakątek. Pełen strzelistych regałów, wypełnionych po brzegi kompaktami. Nie brak tu też płyt winylowych, przeżywających obecnie swój renesans. Jego wirtualną formę stanowi internetowy sklep Multikulti. Pomimo że w asortymencie dominuje klasyka, jazz oraz muzyka etniczna, jest też miejsce dla rocka czy alternatywy. Warto zajrzeć, bo na pewno znajdziecie tu albumy, których próżno szukać gdzie indziej. Doceniają to zapewne klienci sklepu internetowego, dla których przygotowywano właśnie wysyłkę płyt. Szkoda, że stacjonarnym melomanom jakoś nie po drodze.


Drugim przybytkiem dla miłośników muzyki, jest wspominany tu już kilkakrotnie, sklep na ulicy Taczaka. To tutaj zaglądają wszyscy ci, którzy cenią sobie dobrego rocka, pop, heavy metal, ale i jazz oraz klasykę. Na stosunkowo niedużym metrażu mieści się tam ogromna ilość winyli i kompaktów. Funkcjonuje tu również potężny komis, do którego ludzie oddają płyty, na których im już nie zależy. Sam upolowałem w nim wiele wspaniałych albumów, jak choćby Nosferatu "Prince Of Darkness" (CD), The Mission "Children" (winyl), All About Eve "Scarlet And Other Stories" (winyl) czy ostatnio płytę Lisy Germano "Geek The Girl" (CD). Niebagatelną rolę stanowi tu także postać właściciela, którego ogromna wiedza muzyczna zapewnia fachowe doradztwo. Z tej też przyczyny jestem wielkim orędownikiem takich miejsc. Wspieram je jak tylko mogę i was również zachęcam do takiej działalności. Rozejrzyjcie się po swoich miastach, być może znajdziecie tam jeszcze miejsca, w których nie brak wspaniałej atmosfery jak i prawdziwych, muzycznych skarbów.

Jakub Karczyński

30 stycznia 2014

CLOSTERKELLER "NERO" (2003)


Płyta "Graphite" w 1999 roku miała definitywnie zamknąć dyskografię grupy Closterkeller. Anja wydała oświadczenie i wydawało się, że ikona gotyckiego rocka, podtrzymywać będzie swą legendę wyłącznie na koncertach. Na szczęście deklaracje artystów, nie zawsze się spełniają, dzięki czemu od tamtego czasu otrzymaliśmy jeszcze trzy albumy sygnowane logiem Closterkeller.

Ponowne wejście do kolorowego świata Anji Orthodox, rozpoczęliśmy od zanurzenia się w czerni. Zmysłowa, ale i niezwykle mroczna okładka, doskonale komponuje się z tytułem płyty. "Nero" w języku włoskim oznacza bowiem kolor czarny i nie brak tu dźwięków zrodzonych z tych barw. Pierwsze zetknięcie z tym albumem może być zaskakujące dla dotychczasowych fanów. Przede wszystkim zauważalnie wzrósł udział elektroniki, która odświeżyła nieco przykurzone szaty i nadała innego wymiaru tej muzyce. Zmiany nastąpiły też w sferze konstruowania piosenek. Przykładem może być utwór Patrząc jak toniesz, który pozbawiony jest klasycznej struktury zwrotka - refren - zwrotka. Początkowy mrok i motoryka zostają zestawione z cudownie lekkimi (folkowymi?) zaśpiewami Anji, w końcówce utworu. Ten kontrast sprawia, że kompozycja nabiera mniej oczywistego charakteru i doskonale odświeża formułę gotyckiego rocka. Nawet w bardziej konwencjonalnych utworach jak choćby Podziemny krąg zespół wplata intrygujące fragmenty muzyczne (męski chór). Inspiracją do jego napisania stanowił film Davida Finchera "Fight Club" z niezapomnianymi kreacjami Edwarda Nortona oraz Brada Pitta. Warto także zwrócić uwagę na utwór Jak o kamień deszcz, bowiem to jedna z perełek tego albumu. Niczym specjalnie nie zaskakuje, ale wszystkie klocki są na swoim miejscu. Tak właśnie w mojej opinii, brzmi sztandarowy Closterkeller. Świetny tekst dotyczący kobiecych manipulacji, dopełnia równie wspaniała muzyka, do której powracam z największą przyjemnością.
Przed laty w wywiadach prasowych, Anja opowiadała o utworze Królowa, jako o najmocniejszym punkcie tego albumu. Osobiście wskazałbym raczej na monumentalny jak gotycka katedra utwór Miraż. Niezwykle sugestywny tekst opowiadający o zmarnowanym czasie poświęconym na służenie Bogu, to kolejny głos w sprawie wiary. Jego ateistyczny wydźwięk nie powinien nikogo dziwić, bowiem Anja to zdeklarowana ateistka. Poza wspaniałą warstwą tekstową, równie wielkie wrażenie robi oprawa muzyczna. Dźwięki fletu wprowadzające w utwór, kojarzą mi się z pastuszkiem, który prowadzi stado bezmyślnych owiec gdzieś w dal. Przypadek? Być może, ale doskonale wpisuje się on w tę opowieść. Osobną sprawą są wokalizy Anji, które wzbijają się tu na szczyty swoich możliwości i nie pozostawiają wątpliwości, kto dzierży ster na krajowej scenie gotyckiego rocka. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, to polecam wysłuchać utworu Poza granicą dotyku, będącego jedną z najpiękniejszych ballad w dorobku Closterkellera.

Ucieszył mnie ich powrót w 2003 roku i nadal pilnie przyglądam się ich karierze oraz niecierpliwie wyczekuję kolejnych nagrań. Albumem "Nero" udowodnili, że w ich głowach wciąż są wspaniałe pomysły, których nie warto chować do szuflady. Odświeżenie formuły grania za sprawą włączenia do niej elektroniki, okazało się strzałem w dziesiątkę. Lata płyną, a Closterkeller nabiera smaku, niczym wino z najlepszych winnic. Udowodnili to płytami "Nero" (2003), "Aurum" (2009) czy "Bordeaux" (2011). Mam nadzieję, że ta historia będzie jeszcze trwać, bo żal kończyć opowieść w najsmakowitszym momencie.

Jakub Karczyński

25 stycznia 2014

NA WZBURZONYM MORZU MUZYKI


Styczeń to czas, kiedy można nadrobić zaległości w słuchaniu muzyki, na którą nie starczyło czasu w ciągu minionego roku. Premiery płytowe dopiero niemrawo raczkują, więc warto przejrzeć swoje półki i wydobyć z nich albumy, którym nie poświęciliśmy dostatecznej uwagi. Sam mam kilkanaście takich płyt. Nie po to je kupuję by patrzeć jak zbierają kurz na regale. Postanowiłem więc ograniczyć na pewien czas kupowanie kolejnych albumów i skupić się na tym co do tej pory udało mi się zgromadzić. W lutym wpadnie kilka dni zaległego urlopu, który planuję przeznaczyć na niwelowanie tych zaległości. W kolejce czeka kilka albumów Secret Discovery, ostatni Pieter Nooten, Faith And The Muse, Red Sun Revival czy kupiony niedawno ostatni krążek grupy Cranes. To tylko kilka pierwszych przykładów z brzegu, bo wyliczanka ta mogłaby jeszcze trochę potrwać. Problem jak widać tkwi w nieproporcjonalnej ilości muzyki, w stosunku do czasu, którego z każdym rokiem zdaje się ubywać. I pomyśleć, że w Polsce lat osiemdziesiątych, ludzie mieli nieco inne problemy. Czasu było pod dostatkiem, ale za to brakowało płyt. Jeśli już takowe się pojawiały, to znikały ze sklepowych półek w mgnieniu oka. Przeskoczyliśmy zatem z niedoboru w nadmiar, w którym niełatwo jest się odnaleźć. Potrzeba jakiegoś kompasu lub latarni morskiej, aby nie zabłądzić na tym wzburzonym morzu. Roztrzaskać się o skały tandety lub podryfować na manowce jest bardzo łatwo. Trudniej odnaleźć drogę do portu, w którym rozbrzmiewa interesująca muzyka. Mam nadzieję, że takowej w tym roku nam nie zabraknie.

Jakub Karczyński

PS Do zilustrowania niniejszego postu, posłużył mi obraz "Wędrowiec nad morzem mgły", autorem, którego jest Caspar David Friedrich. Ten majestatyczny obraz doby romantyzmu, jakoś tak idealnie wpasował mi się w koncepcję tego wpisu. Nie pierwszy zresztą raz sięgam po prace tego malarza. Wychodzi więc na to, że Caspar David Friedrich stał się etatowym ilustratorem Czarnych słońc.
  

14 stycznia 2014

KSIĄŻKI PEŁNE WSPOMNIEŃ

 
Lubię czytać wspomnienia ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. Stąd też moja domowa biblioteczka obfituje w tego typu książki. Jako że muzyka przenika niemal wszystkie aspekty mojego życia, to nie brak w mym zbiorze wspomnień ludzi związanych bezpośrednio lub pośrednio z muzyką. Po lekturach "Szukaj Burz Buduj" Franciszka Walickiego, "Rock-Mann" Wojciecha Manna oraz "Nie wierzę w życie pozaradiowe" Marka Niedźwieckiego, przyszedł czas na książkę "Ludzkie gadanie" Marii Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka.

Wspomnienia mają swój urok, choć po latach wszystko jawi nam się piękniejsze, niż w rzeczywistości było. Nie powinno więc dziwić, że opowieści bywają ubarwiane, a czasem nawet przeinaczane. Na szczęście są książki, które weryfikują niektóre legendy. Wspomina o tym Maria Szabłowska przypominając historię sławnej prywatki, na którą udało się zaprosić grupę The Animals. Impreza odbyła się w prywatnym, niewielkim mieszkaniu, stąd też na imprezie było nie więcej jak dwadzieścia osób. Po latach okazuje się, że niemal każdy tam był i bawił się z grupą The Animals. Tak samo przedstawia się historia koncertu The Rolling Stones w naszym kraju. Widać chęć uczestnictwa w takich wydarzeniach była na tyle duża, że warto było tam być choćby w marzeniach. To tylko nieliczne opowieści jaki zawarte są w tej książce. Każdy kto żywo zainteresowany jest muzyką, powinien sięgnąć po te wspomnienia. To nie tylko opowieści o muzyce, ale i o Polsce tamtych lat, gdzie płyty były luksusem, a moda kształtowała się w myśl zasady "zrób to sam". Nic dziwnego, że krawcowe miały pełne ręce roboty, a każdy kto choć trochę wyróżniał się spośród szarej rzeczywistości wzbudzał sensację.


Inną, nie mniej interesującą pozycją, będzie książka "Beksińscy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej. Jej premiera przewidziana jest na 17 lutego 2014 roku. Wysłuchałem radiowego wywiadu z autorką, która przyznała, że zdecydowała się napisać tę książkę, bo obraz obu jej bohaterów jest daleki od tego jakimi byli naprawdę. Czy owa pozycja ma szansę zburzyć legendy i mity, jakie narosły wokół rodziny Beksińskich? Tego nie wiem, ale na pewno zmąci wodę i ukaże nam Beksińskich z nieco innej perspektywy. Rzuci też nieco światła na sferę samej rodziny i jej funkcjonowania. Zdzisław Beksiński nigdy nie ukrywał, że był kiepskim ojcem, a ich relacje z Tomkiem były raczej osobliwe. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o tym wydawnictwie, to odsyłam do noty zamieszczonej jak mniemam na okładce książki. Brzmi ona następująco:  

To nie jest książka o znanym i modnym malarzu, który malował dziwne i straszne obrazy. To nie jest książka o jego mrocznym synu, który fascynował się śmiercią i tak długo próbował popełnić samobójstwo, aż mu się udało. Ani też książka o obsesjach, natręctwach, fobiach i artystycznych szałach. Ani też o karierze, pieniądzach, wystawach i krytykach. To nie jest książka o dziwnych uczuciowych związkach, fascynacji muzyką i filmem oraz nowymi technologiami. To nawet nie jest książka o ludziach, którzy pisali dużo listów.

To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.

Zaciekawieni? Podekscytowani? No to 17 lutego zapraszam do księgarń.

Jakub Karczyński