29 stycznia 2026

WEEKEND Z BLONDYNKĄ


Któż z nas nie słyszał o Blondie? Chyba każdy zna Marię, Heart Of Glass czy Call Me. Co bardziej osłuchani wymienią jeszcze Hanging On The Telephone i One Way To Another. Ilu jednak z nas zadało sobie trud posłuchania ich regularnych albumów? No właśnie, ja również przez wiele lat żyłem w świecie składającym się wyłącznie z przebojów Blondie i jakoś nie czułem presji by ten stan zmienić. Być może wpływ na to miał mój gust muzyczny, który postrzegał grupę jako zespół pop rockowy, o melodyjnych i miękkich brzmieniach. Jakoś nigdy nie mogłem skleić ich muzyki z punk rockiem, z którego to środowiska się wywodzili. Ramones też niby grali melodyjnie, ale był w tym jakiś punkowy sznyt. Tutaj nic nie drażniło ucha, nie mówiąc już o tym by je solidnie wytarmosić. Ot, taki nieinwazyjny pop rock, przy którym nikt nie zatnie się przy goleniu, ani też żadna gospodyni domowa nie przypali kotletów. Coś mnie jednak tknęło by skonfrontować się z dorobkiem grupy. Czułem jakiś wewnętrzny dyskomfort, który nie pozwalał mi przejść nad tym do porządku dziennego. Zakupiłem sobie jakiś czas temu dwie płyty Blondie bo przecież od czegoś trzeba zacząć podróż, ale jakoś nie miałem serca by się za nie zabrać. Zawsze było coś pilniejszego co absorbowało moją uwagę. Dopiero niedawno naszła mnie chęć na ich muzykę. Droga od pomysłu do wykonania była dość krótka. Zbytnia zwłoka mogła zaowocować tym, że owa chęć mogła szybko wyparować z mej głowy. Nie było na co czekać. Chwyciłem za nożyk i jednym ruchem pozbyłem się folii z debiutanckiej płyty Blondie. Rzut oka na okładkę, na której to zespół nie prezentuje się jakoś szczególnie rock&rollowo. Już prędzej posądziłbym ich o to, że hołdują muzyce lat sześćdziesiątych aniżeli punk rockowi. Jak się miało wkrótce okazać moje skojarzenie nie było wcale tak dalekie od prawdy. Debiutancki album Blondie wypełniają bardzo melodyjne i zgrabne kompozycje, które aż dziw, że nie odniosły takiego sukcesu na jaki zasługiwały. Jak widać w show biznesie poza talentem trzeba mieć także i szczęście. Na swoje pięć minut Blondie musiało jeszcze chwilę poczekać. Konkretnie dwa lata, aż świat poznał nagranie Heart Of Glass z płyty "Parallel Lines" (1978), dla którego kompletnie stracił głowę. Ja z kolei swoją straciłem dla debiutu Blondie, który owładnął mną do tego stopnia, że słuchałem go raz za razem. Ulubione fragmenty? X Offender, In The Flesh, In The Sun, A Shark In Jets Clothing, Man Overboard, a przecież pozostałym nagraniom też niczego nie brakuje. Spokojnie można odłożyć pilota na bok i oddać się muzycznej konsumpcji od pierwszych do ostatnich nut. Gdy już nasycimy się tą muzyką, myślę, że nikogo nie trzeba będzie namawiać, aby wykonać kolejny krok, wszak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dobrze, że zawczasu zaopatrzyłem się także w album "Plastic Letters" (1977), który wkrótce zajmie miejsce debiutu w odtwarzaczu. Idąc za ciosem, zakupiłem niedawno książkę "Face It" Debbie Harry, aby lepiej poznać świat tej farbowanej blond piękności. Zarezerwowałem nawet miejsce na salonowej kanapie bowiem marzy mi się weekend w objęciach Blondie. Cudowna perspektywa, tylko jak wytłumaczyć to żonie?


Jakub Karczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz