Piękny wiosenny dzień zmobilizował mnie do opuszczenia swej krypty. Wsiadłem więc w tramwaj nr 1, który po niespełna dwudziestu minutach, dowiózł mnie w okolice ronda Jana Nowaka Jeziorańskiego. Stamtąd czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy spacer, zwieńczony przekroczeniem progu sklepu na ulicy Polnej 22. To właśnie tam mieści się "Longplay", do którego zaglądam od czasu do czasu, by wzbogacić swoją płytotekę. Co prawda w ofercie sklepu dominują winyle, ale i kompaktów tam nie brak. Przejrzałem sobie niespiesznie interesujące mnie kategorie, mając nadzieję znaleźć pośród nich coś przy czym pojawiłby się w mym oku jakiś błysk. Niestety większość rzeczy, albo już posiadam, albo też znajdują się poza strefą moich zainteresowań. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, natknąłem się na pewnego "japończyka". Kolekcjonerzy płyt wiedzą w czym rzecz, jednakże osobom niewtajemniczonym należy się słówko wyjaśnienia. "Japończyk", jak nietrudno się domyślić, wskazuje nam na kraj pochodzenia płyty. Takie wydania charakteryzują się nie tylko paskami obi, ale i lepszą jakością dźwięku, a niekiedy także dodatkową zawartością muzyczną. Z tej też przyczyny są one niezwykle pożądane przez kolekcjonerów. Nigdy jakoś nie miałem zapędów audiofilskich, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z tymi japońskimi edycjami. Punk rock może nie jest najlepszym gatunkiem do oceniania jakości dźwięku, ale cóż poradzić skoro już tak się przydarzyło. Bez zbytniego entuzjazmu wrzuciłem na talerz swojego remastera, by po kilku chwilach załączyć wersję japońską. Myślałem, że trzeba mieć ucho niezwykle wrażliwe na dźwięki, takie co to usłyszy odgłos upadającej szpilki w zakładach szwalniczych pracujących pełną parą, aby dostrzec różnicę. Ku mojemu zdziwieniu, nawet średnio wyrobione ucho, da radę zauważyć różnicę. Japończyk jest jakby selektywniejszy, co w przypadku jazgotliwego punk rocka ma niebagatelne znaczenie. Szkoda, że to nie Japończycy ustalają standardy brzmień na nośnikach, bo jak widać znają się na tej robocie jak nikt inny. To co dla przeciętnego Japończyka jest standardem, dla nas jest luksusem, za który musimy dodatkowo płacić. Wspominałem powyżej, że wersje z krzaczkami, czasem posiadają dodatkowe utwory, które to stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów. Próżno ich szukać na pozostałych edycjach przeznaczonych na inne rynki. To taka nagroda za wierność tradycyjnym nośnikom, które w Japonii wciąż trzymają się mocno. Lech Wałęsa mówił niegdyś, że Polska będzie drugą Japonią, ale mówiąc to, nie miał chyba na myśli rynku płytowego. Swoją drogą byłoby fajnie, gdybyśmy dorównali w tym aspekcie Japończykom. Może czas więc zakasać rękawy i wziąć się za pracę u podstaw. Kto wie, może kiedyś to Polska będzie wyznaczać standardy w tej materii i to do nas będą puszczać zalotnie oko kolekcjonerzy. Zatem - Hey Ho! Let's Go!
Jakub Karczyński
PS Dla chętnych, wklejam link do wsparcia mojej pracy https://buycoffee.to/czarne-slonca Ta symboliczna kawa, to nie tylko motywacja do cięższej pracy, ale i realne wsparcie, które pozwala mi uczestniczyć w koncertach, poznawać nowe jak i stare płyty, o których to możecie poczytać na łamach "Czarnych słońc". Serdeczne dzięki więc, dla tych, którzy zdecydowali się udzielić mi takowego wsparcia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz