Na ścianach, w biurach i urzędach zawisły nowe kalendarze. Rok 2026 stał się faktem. Każdy z nas rozpoczął go na swój sposób. Jedni z większym, inni z mniejszym przytupem. Część z nas zrobiła sobie zapewne nawet jakieś postanowienia noworoczne, których z większą lub mniejszą konsekwencją będą się ich trzymać. Osobiście nigdy w takie rzeczy się nie bawiłem bo nie widziałem w tym większego sensu. To trochę tak jakbym założył sobie w styczniu, że w tym roku będę kupował mniej płyt. No bzdura, sam wiem po sobie, że jak tylko znajdę interesujący mnie album, to mój mózg wyprodukuje odpowiednio wiarygodne i logiczne usprawiedliwienie, abym wszedł w jego posiadanie. Przykład? Proszę bardzo. Gdy natknąłem się niedawno na boks The Lords Of The New Church zbierający pierwsze płyty grupy, to choć rozsądek starał się walczyć z sercem, to i tak ten pojedynek przegrał. Koronny argument rozsądku zawsze jest ten sam. To stanowczo za drogo. A jakim arsenałem środków dysponuje serce? Pierwszy. To wspaniała okazja pozyskać trzy płyty za jednym zamachem. Po podzieleniu wartości boksu na poszczególne płyty nie jest wcale, aż tak drogo. Drugi. Jeden, ale za to konkretny zakup. Najwyżej nic więcej już w tym miesiącu nie kupisz. To mój ulubiony argument, którym oszukuje mnie serce. Zawsze się na niego łapię, a po kilku dniach orientuję się, że nie dotrzymałem danego sobie słowa. Trzeci. Taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Spójrz na Discogs, tam ta oferta jest dużo droższa, a jak doliczysz sobie koszty przesyłki to już w ogóle robi się kosmos. Cztery. To jedyna taka okazja by nabyć te płyty w takiej formie. Każda z nich zapakowana jest w plastikowe pudełko, a nie w jakieś badziewne digipaki. Przecież kochasz plastikowe pudełka. Piąte. Jeśli nie kupisz ty, z pewnością zrobi to ktoś inny, a potem będziesz tego żałował. No sami powiedzcie czy w obliczu takiego naporu argumentów można nie pęknąć? Ja już wymiękam przy drugim, a co dopiero gdy otrzymuję promocję wiązaną. Problem w tym, że moje serce dość szybko ulega emocjom. Wystarczy, że przeczytam jakiś interesujący wywiad, gdzie ktoś wspomni o walorach jakiegoś albumu, a już dostaję od serca e-maila zatytułowanego "zerknij na Allegro, może ktoś sprzedaje". Idź za głosem serca mówią i ja idę jak ta owieczka prowadzona na rzeź tyle tylko, że zamiast smutku, w oczach pojawia się niezdrowa ekscytacja. Tak było w przypadku Meluzyny (wywiad w "Chaos w mojej głowie") oraz grupy Gotterdammerung (wywiad w zinie "Cold"). Czasem jednak sam prowokuję poszukiwania, a niekiedy wpadam w sieci zastawione przez algorytmy, które sprytnie podsuwają mi swoje propozycje. Jak wiadomo sprofilowane są one pod kątem tego w co ostatnio klikaliśmy lub oglądaliśmy. Efektem tych wszystkich działań są kolejne płyty, które zasilają moją kolekcję i sprawiają, że odczuwam autentyczną radość na samą myśl o i przesłuchiwaniu.
Co zatem padło moim łupem? Trzypłytowy boks The Lords Of The New Church, który jest absolutnym obowiązkiem dla fanów, którzy chcą zgłębić regularne albumy tej formacji, a nie tylko bazować na składankach. Cieszy mnie szczególnie fakt, że na płytach nie ma żadnych dogrywek w postaci wersji live czy nie daj boże remiksów. Tylko sama esencja. Tylko tyle i aż tyle. Wygrzebałem też debiutancki album holenderskiej grupy Gotterdammerung, z którą to wcześniej nie miałem przyjemności obcować. Nazwa nie była mi obca, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się posłuchać choćby fragmentu ich muzyki. Teraz w końcu nadeszła ta chwila. Sięgnąłem do zina Cold, w którym to ukazał się wywiad z zespołem przeprowadzony przez Tomasza Zrąbkowskiego późniejszego redaktora naczelnego nieodżałowanego czasopisma Zine. Z jego treści dość szybko wywnioskowałem jakimi albumami w dyskografii Gotterdammerung warto się zainteresować. Dodatkową rekomendacją były dla mnie odnośniki muzyczne wskazujące na powinowactwo z muzyką Red Lorry Yellow Lorry, Play Dead, a nawet z The Sisters Of Mercy. Ta iskra wystarczyła, aby w mojej głowie rozgorzał pożar, który to ugasić mógł tylko album "A Body And Birthmark" (1994). Szybki internetowy rekonesans sprawił, że po kilku dniach mogłem cieszyć się już muzyką. Nie jest to materiał łatwy w odbiorze, ale myślę, że warto poświęcić mu swój czas. Właśnie przedzieram się przez jego kolce, dostrajam swoją wrażliwość by złapać jak najwięcej wspólnych fal. Czas pokaże jaki był tego skutek.
Poza zakupami internetowymi staram się raz na jakiś czas zaglądać do sklepów stacjonarnych. Zimowa aura może nie zachęca do opuszczania domostw, ale jednak czego się nie robi dla muzyki. W planach miałem jeszcze zregenerowanie dwóch płyt, ale jak się okazało punkt, gdzie do tej pory to robiłem nie świadczy już od roku takich usług. No tak, chętnych pewnie było tyle co kot napłakał. Szkoda, bo czasami zdarzy mi się zakupić płyty, które choć grają to jednak nie wyglądają zbyt dobrze. Takie odświeżenie dobrze im robiło, a i dawało pewność, że album nie tylko zyska na wartości, ale i dłużej posłuży. Udałem się więc w drogę do sklepu płytowego zlokalizowanego na Starym Rynku. W podcieniach mieści się najbardziej klimatyczny zakątek dla miłośników muzyki, w jakim kiedykolwiek byłem. "Fripp", o którym tu już wielokrotnie wspominałem oferuje szeroką gamę muzyki, choć jazz i klasyka są zdecydowanie na uprzywilejowanych pozycjach. Nie brak tam jednak rocka oraz alternatywnych brzmień. Jeśli szukacie skarbów wydanych w latach dziewięćdziesiątych, to jest duże prawdopodobieństwo, że je tam znajdziecie. Mnie zwabił tam akurat album "Exaudia" (2022) Lisy Gerrard. Postanowiłem się z nim w końcu skonfrontować, choć nie jestem specjalnym entuzjastą solowych płyt Lisy. Tym razem jednak uparcie powracała do mnie myśl o zakupie tej płyty, aż w końcu jej uległem. Myślę, że styczniowa aura z zaokiennym śniegiem będzie jej sprzyjać.
Jako odskocznię od melancholii polecam zajrzeć na płytę "Electriclarryland" (1996) Butthole Surfers. Przyznacie, że nazwę mają zjawiskową. Powstała ona przez przypadek, gdy spiker zapomniał jak nazywa się zespół, który miał za chwilę wystąpić i zapowiedział ich nazwą jednego z ich utworów. Zespołowi spodobało się to tak bardzo, że postanowili od tej pory występować pod tym właśnie szyldem. Co ich do tego skłoniło? Może chcieli na koncertach usłyszeć tłum skandujący Surferzy odbytu!!! Surferzy odbytu!!! Surferzy odbytu!!! Przyznaję, że chyba też nie oparłbym się tej pokusie.
By zatopić się w tej muzyce, trzeba spuścić nieco powietrza ze swego balonika, przymrużyć nieco oczy a wtedy wejdziecie w to jak przysłowiowy nóż w masło. O zespole usłyszałem za sprawą facebookowego profilu Tomasza Zrąbkowskiego, o którym to szepnąłem już słówko powyżej. Co jakiś czas poleca on płyty warte przesłuchania, a ja chętnie korzystam z tych rekomendacji. Co prawda tego albumu, o którym pisał nie udało mi się zdobyć, ale płyta "Electriclarryland" też wydaje mi się dobrym strzałem. Co prawda nie mam jeszcze rozeznania jakie płyty są bardziej cenione przez fanów, a jakie uchodzą za te mniej udane, ale po kilku przesłuchaniach tej płyty, parę utworów już zakotwiczyło w mym uchu. Skrzypcowe zakończenie Cough Syrup przywodzi mi na myśl płyty New Model Army, gdy także oni sięgali po ten instrument. Z kolei nagranie Pepper pojawiło się nawet na liście Billboard 200 osiągając trzydziestą pierwszą lokatę więc chyba to całkiem dobry prognostyk.
Na koniec zostawiłem sobie dwie płyty Brytyjczyków z The Rose Of Avalanche, których to dwa ostatnie albumy są już w mym posiadaniu od pewnego czasu. Brakowało mi zatem tych trzech pierwszych. Gdy więc natrafiłem na składankę albumowych singli pomyślałem, że na początek powinna wystarczyć. Jak to mówią lepszy rydz niż nic. Zakupiłem więc rzeczoną płytę, a po kilku dniach dostaję informację od sprzedającego, że ma on jeszcze w swych zbiorach ich debiutancki album. Oczy zapłonęły mi żywym ogniem, który ugasić mógł tylko debiut The Rose Of Avalanche. He, he, he. Historia lubi się powtarzać, niemniej nie było nad czym się zastanawiać, bo i pieniądze za obie płyty raczej symboliczne. Będzie czego słuchać w tych pierwszych dniach nowego roku.
Pięknie zaczyna się ten rok i po cichu liczę, że napięcie będzie narastać jak u Hitchcocka. Martwi tylko fakt, że skończyło się miejsce na regałach. Może czas przewietrzyć trochę płytotekę, a może po prostu dołożę kolejny segment, choć w miejsca w domu coraz mniej.
Jakub Karczyński
PS W kąciku literackim dziś jedna, ale za to niezwykle obszerna pozycja, która powinna zainteresować szczególnie osoby zgłębiające temat muzyki rockowej zza żelaznej kurtyny. Może pamiętacie książkę "Oczami radzieckiej zabawki" jaką przed laty wydał Konstanty Usenko. Tym razem otrzymujemy spojrzenie Amerykanki, która wzięła sobie za cel spopularyzowanie radzieckiej muzyki rockowej lat osiemdziesiątych. W obliczu agresji Rosji na Ukrainę, temat może niezbyt popularny, ale abstrahując od polityki, myślę, że warto sięgać po tego typu publikacje, bo jeśli o zachodnim rocku wiemy dość dużo, to wiedza na temat muzyki w demoludach nie jest tak spopularyzowana. Tu mamy wgląd do samego serca imperium zła, w którym to rock, nie miał łatwego życia.
PS2 Przypominam nienachalnie o kawowym wsparciu, którego można udzielić "Czarnym słońcom" na stronie https://buycoffee.to/czarne-slonca

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz