21 marca 2026

FABRYKA MUZYKI KALENDARZOWEJ


Wiosna!!! Tak, tak, to już dziś przychodzi witać nam tę jedną z najpiękniejszych pór roku. Wkrótce soczysta zieleń wypełni zaokienne krajobrazy, a ptaki zaprezentują nam swój repertuar, nad którym to tak pieczołowicie pracowały przez całą jesień i zimę. Wsłuchajmy się w niego, bo niesie ze sobą mnóstwo nadziei, radości i szczęścia, które każdemu z nas na pewno się przydadzą. W domu jednakże zalecam wygrzebać z półek płyty "Seasons End" (1989) Marillion oraz "Colour Of Spring" (1986) Talk Talk, bo to dwa najpiękniejsze albumy tego świata, idealnie komponujące się z wiosną. Tyle w nich światła, pozytywnej energii, ale i zadumy, więc nie ma co się dziwić, że rok rocznie powracają na wiosenną playlistę. "Seasons End" to pierwszy album Marillion, gdzie obowiązki wokalne przejął Steve Hogarth. Wejście w buty po tak charyzmatycznym wokaliście jakim był Fish, było nie lada wyzwaniem. Z perspektywy lat uważam, że Steve sprostał temu zadaniu, czego nie można powiedzieć o wielu fanach, którzy po tej wolcie, odwrócili się od zespołu. Sam Tomasz Beksiński był zdegustowany tym albumem. Muzyka wprawdzie mu się podobała, ale wokal Steve'a nie przypadł mu do gustu. Ciekawe co dziś powiedziałby o Marillion. Czy wciąż obstawałby przy swoim, czy może zmieniłby zdanie, wszak takim albumom jak "Marbles" (2004) trudno odmówić piękna. Także tego wokalnego. Po latach najczęściej powracam właśnie do "Marbles" i "Seasons End", z którymi to mam wiele pięknych wspomnień. Towarzyszyły mi one w czasie studiów, gdy dopiero poznawałem różne odcienie muzyki, chcąc znaleźć w niej swoją bezpieczną przystań. Często zabierałem je w podróż autobusami PKS, którymi to wracałem do rodzinnego miasta. "Seasons End" była także ze mną w studenckim radiu. 

Przed dwudziestu laty, wraz z moim kolegą mieliśmy przyjemność zasiąść przed mikrofonem w Radiu Afera, gdzie przez pół roku prezentowaliśmy muzykę kojarzącą się nam z porami roku. Program nazywał się "Fabryka muzyki kalendarzowej" i dawał nam mnóstwo radości. Prezentowaliśmy tam tak różnorodne dźwięki, że ciężko byłoby znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. Od Marka Grechuty poprzez The Cure do Slayera. Niestety, nasze ambicje i radiowe umiejętności leżały na dwóch różnych biegunach, stąd też nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Wspominam jednak o tym, bo album "Seasons End" tak jakoś mi się z tą audycją kojarzy. Co prawda wyemitowaliśmy tam tylko Easter, ale jakoś to właśnie on, skleił mi się z tym programem najbardziej. Przed mikrofon powróciłem jeszcze na kilka zastępstw, ale były to już tylko audycje incydentalne. Dzięki tej krótkotrwałej przygodzie, przekonałem się, że to nie radio, a pisanie jest tym, w czym mogę się w pełni wyrazić. Musiało minąć jednak jeszcze pięć długich lat nim "Czarne słońca" wzeszły nad horyzont. 

Dziś jednak cieszmy się wiosną, słuchajmy muzyki i łapmy pierwsze promienie wiosennego słońca. To właśnie one naładują nam akumulatory, wleją w nasze serca optymizm i dadzą zastrzyk pozytywnej energii na resztę roku. Czegoż więc mamy sobie życzyć w ten sobotni dzień? Pięknej i długiej wiosny.


Jakub Karczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz