27 czerwca 2024
POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI
13 czerwca 2024
CLAN OF XYMOX - EXODUS (2024)
"Exodus" daje nam odpowiednio dużo przestrzeni do refleksji nad stanem świata. Muzyka zawarta na płycie jest w większości niespieszna i odmalowana w zdecydowanie ciemnych barwach choć uważny słuchacz odnajdzie tu także promyki nadziei. Stonowane refleksy muzycznej melancholii bynajmniej nie oznaczają, że wieje tu nudą. Niestety i z takimi opiniami zetknąłem się w przestrzeni internetowej lecz sądzę, że można je w większości złożyć na karb zbytniego pośpiechu towarzyszącemu przesłuchaniu płyty. Może być też i tak, że każdy z nas szuka w muzyce Clan Of Xymox czegoś zupełnie innego. To co dla jednego jest nudne, dla kogoś innego może być kwintesencją piękna i melancholii. Nie ma w tym nic dziwnego. Różnimy się jako ludzie w kwestii poglądów, odbierania sztuki wizualnej więc dlaczego mielibyśmy mieć wszyscy takie samo zdanie w sprawie muzyki? Sam na początku byłem tym albumem dość mocno rozczarowany. Wydawał mi się co najwyżej dobry i nie za bardzo wierzyłem w to, że zmienię na jego temat zdanie. Wystarczyło jednak spędzić z tą płytą nieco więcej czasu by ujrzeć ją w zupełnie innym świetle. Jak powszechnie wiadomo pośpiech bywa złym doradcą więc nie warto się na niego zdawać. Wracając jednak do najnowszej płyty Clan Of Xymox warto zaznaczyć, że jest to już osiemnaste wydawnictwo zespołu. Przy tak rozbudowanym katalogu nie trudno o znużenie i powtarzalność. Ciężko też dokonywać jakiś stylistycznych wolt bo każde odstępstwo od reguły może skończyć się nałożeniem ekskomuniki przez najwierniejszych fanów. Nie lubię, gdy zespół staje się zakładnikiem własnych odbiorców. Wolę, gdy podąża ścieżką, którą sam obiera, a nie tą, którą wyznaczają mu słuchacze. Na szczęście Clan Of Xymox tworzy muzykę pod swoje własne dyktando, nie oglądając się na niczyje oczekiwania.
Czego zatem możecie spodziewać się jeśli sięgniecie po "Exodus"? Przede wszystkim materiału, który jest jednorodny stylistycznie, a przy okazji jego dawka jest idealnie dostosowana do stopnia skupiania naszej uwagi. Album zamyka się w czterdziestu pięciu minutach, dzięki czemu nie przytłacza on słuchacza nadmiarem dźwięków. Sama nazwa albumu choć odnosi się do opuszczenia Egiptu przez plemiona hebrajskie, tym razem kieruje naszą uwagę na ludność Ukrainy, która zmuszona została do opuszczenia swego kraju. Ten masowy napływ ludności do krajów europejskich nie umknął uwadze Ronny'ego Mooringsa. Czegoś takiego ludność naszego kontynentu nie doświadczyła od czasów II wojny światowej. Nic więc dziwnego, że muzyka zawarta na tej płycie jest dość ponura i melancholijna. Na szczęście mamy tu też i odstępstwa od tej reguły, o czym zaświadczają te nieco żywsze fragmenty muzyczne w postaci nagrań Blood Of Christ, X-Odus, I Always Feel The Same oraz Once Upon A Time. Są to też jedne z najjaśniejszych punktów tej płyty, do których to powracam zdecydowanie najczęściej. Na wyróżnienie z pewnością zasługują także i te bardziej minorowe kompozycje spośród których największe wrażenie zrobiły na mnie The Afterglow oraz We Are Who We Are. Zanurzone w oparach melancholii, oplatają niekiedy słuchacza swymi mackami tak mocno, że aż brak tchu. I pomyśleć, że jeszcze niedawno nie dawałem tej płycie większych szans. Jak widać pierwsze wrażenia bywają niekiedy zwodnicze.
"Exodus" to płyta, która ma tyluż zwolenników co i przeciwników. Zanim jednak zapiszemy się do jednego z obozów dajmy tej płycie szansę. Kluczowym elementem jest tutaj czas, który jej poświęcimy. Nie mniej ważne jest też skupienie jak i wprawne ucho, które dotrze do tych nieco głębszych warstw dźwiękowych. Dopiero wtedy możemy pokusić się o rzetelną ocenę tego albumu, który w mojej opinii jest jednym z najciekawszych wydawnictw jakie Clan Of Xymox zaprezentowało nam na przestrzeni ostatnich lat. Wracam do niego raz za razem i coś czuję, że nie jest to tylko chwilowe zauroczenie lecz zaczątek czegoś dużo poważniejszego.
Jakub Karczyński
10 czerwca 2024
NOWY W RODZINIE
By sprawdzić możliwości nowego sprzętu przetestowałem kilka albumów lecz bezkonkurencyjnym okazał się "Nonetheless" (2024), który uwydatnił mi wszystkie ważne aspekty dźwiękowe. Poza tym to naprawdę świetna płyta, którą to Pet Shop Boys udowadniają, że w tej grze są po prostu mistrzami. Pięknie brzmieniowo jak i merytorycznie prezentuje się także nowe wydawnictwo grupy The Cassandra Complex, ale o tym wspominałem już w poprzednim wpisie. Teraz mogę jednak doświadczyć tego na domowym stereo. Wrażenia niesamowite. Wspaniale zrealizowany materiał, który brzmi klarownie i dynamicznie. Słuchanie takich płyt to prawdziwa przyjemność. Mam nadzieję, że nowa płyta The Cure jeśli już się łaskawie ukaże też będzie zrealizowana na tak wysokim poziomie bo nie ukrywam, że produkcja "4:13 Dream" (2008) wołała o pomstę do nieba.
Jak widzicie, nowy odtwarzacz został od razu zaprzęgnięty do pracy i mam nadzieję, że będzie służył mi tak dobrze jak mój nieodżałowany Panasonic SC-PM41. Aktualnie zgłębiam zawartość albumu "Exodus" (2024), będącego najnowszym wydawnictwem Clan Of Xymox. Słucha się go naprawdę dobrze, ale początkowo miałem jakieś takie poczucie delikatnego zawodu względem poprzednika. Płyta "Limbo" (2021) dość wysoko zawiesiła poprzeczkę, której chyba tym razem nie udało się dosięgnąć. Nie myślcie sobie jednak, że "Exodus" to ekspresowy zjazd po równi pochyłej bo tak absolutnie nie jest. Clan Of Xymox wciąż trzyma dość wysoki poziom więc śmiało mogę zarekomendować to wydawnictwo. Aby uczciwie ją ocenić warto dać tej płycie czas by spokojnie mogła osadzić się w głowie. Nie ma co ferować wyroków po kilku przesłuchaniach ani bezmyślnie powielać cudzych opinii. Zaufajcie swoim uszom, zdajcie się na swój gust, a przede wszystkim dajcie sobie czas na spokojną lekturę tejże płyty. Myślę, że album ten będzie zyskiwał z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Na koniec niniejszego wpisu pochwalę się jeszcze pewną zdobyczą płytową, która to wkrótce trafi do mych rąk. Jako człowiek ciekawy nowych dźwięków, postanowiłem spenetrować nieznany mi obszar foniczny. Nazwa zespołu przewijała mi się co jakiś czas na horyzoncie lecz nigdy na tyle blisko by sprawdzić cóż też kryje się pod szyldem 23 Skidoo. Pamiętam, że czytałem o grupie w książce Simona Reynoldsa "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Post Punk 1978 - 1984". Była ona bohaterem jednego z rozdziału niemniej słowa rzadko kiedy potrafią odmalować w głowie człowieka dźwięki stąd też dopiero teraz będę mógł skonfrontować swoje wyobrażenie, z tym co faktycznie zawarte jest na płycie "Seven Songs" (1982). Traf chciał, że w zasobach pewnego antykwariatu pojawił się ten właśnie album więc postanowiłem zaryzykować. Cena nie była zbyt wygórowana więc dałem się namówić. Czekam więc niecierpliwie za przesyłką, która powinna na dniach zaszczycić me progi. Tymczasem wracam zapełniać przestrzeń innymi dźwiękami bo jak wiadomo pokój nie lubi ciszy.
Jakub Karczyński
30 maja 2024
POWROTY W CHWALE
Jakub Karczyński
22 maja 2024
CISZA WŚRÓD CZTERECH ŚCIAN
Dziś ponoć World Goth Day, więc wypadałoby posłuchać coś z tej działki, ale jakoś typowy gotyk mnie nie kręci. Zawsze wolałem grupy, które nie zanurzały się w tym klimacie aż po same uszy. Gotyckie uniformy też raczej mnie odstraszają więc chyba skończy się na tym, że posłucham Bauhausu, wyjąc z Peterem do księżyca nieśmiertelne undead, undead, undead i tym sposobem obejdę sobie to święto. Zatem happy goth day.
Jakub Karczyński
11 maja 2024
THE DANSE SOCIETY - WYWIAD
Niedawno wydaliście nowy, bardzo dobry album. Opowiedzcie nam coś więcej o tym wydawnictwie.
Paul Nash: "The Loop" jest reakcją i komentarzem na współczesne życie zwykłych ludzi, takich jak ja i ty. Zacząłem myśleć o tym, jak ogólnie przeżywamy nasz czas na ziemi i jak te wzorce codziennego, tygodniowego, miesięcznego życia powtarzają się jak pętla. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej oczywiste stawały się te wzorce, powtarzające się nawet przez wieki. Manipulowani przez media, kontrolowani przez elitarnych miliarderów, aby dostosować się do tych ścieżek, podzieleni, abyśmy byli posłuszni, patrzyli i obwiniali naszych sąsiadów, od starych do młodych, wiadomości, którymi jesteśmy karmieni, są sprytnie zaprojektowane do kontrolowania. Przesłanie albumu jest takie, że kiedy jesteśmy świadomi, możemy się obudzić i przełamać ten schemat, żyjąc naszym życiem z pewną dozą wolności, jednocząc się, aby dokonać zmian. Muzycznie, podobnie jak w przypadku wszystkich naszych albumów, piszemy razem - nasze indywidualne wpływy łączą się, tworząc interesujące i potężne (i ogólnie mroczne) dźwięki.
Ciekawi mnie również okładka albumu. Jak byś ją zinterpretował?
Paul Nash: Miałem wizję okładki podczas pisania albumu i chciałem zbudować model pętli, kupiłem elementy do budowy modelu (jest dość duży, ma około 2 metrów), ale jego złożenie zajęło sporo czasu. Model pętli to pętla Möbiusa lub nieskończoności z małymi postaciami chodzącymi wokół niej. Po zbudowaniu sfotografowaliśmy go i być może zauważyłeś, że ma również numer 8 z boku, ponieważ jest to nasz 8. album studyjny.
Wydaliście album samodzielnie. Dlaczego? Nie znaleźliście wydawcy czy po prostu go nie szukaliście?
Paul Nash: Tak naprawdę nie szukaliśmy, lubię mieć kontrolę nad projektem i swobodę produkowania dokładnie tego, co chcemy, bez ingerencji z zewnątrz, co nie znaczy, że w przyszłości nie moglibyśmy nawiązać współpracy z inną wytwórnią lub wydawcą, ale musiałaby to być właściwa osoba.
Maethelyiah: Z wyjątkiem Aristy w latach 80-tych, wszystkie nasze wydawnictwa ukazały się w Society Records, która jest niezależną wytwórnią. Posiadanie wytwórni oznacza, że masz większą kontrolę nad swoimi ruchami i jesteś tym, który wykorzystuje jej owoce. To trochę tak, jakby wybrać pracę na etacie lub samozatrudnienie. Oba sposoby mają plusy i minusy, które każdy musi wybrać w zależności od priorytetów, potrzeb i ambicji.
Kto w zespole jest odpowiedzialny za wyznaczanie kierunku muzycznego?
Maethelyiah: Zespół, ale jako oryginalny członek-założyciel to Paul nosi koronę 😉
Loop był głównie jego pomysłem, który wszyscy współtworzyliśmy, dopracowując każdy szczegół. Kierunek jest nadawany przez zespół wiosłujący, ponieważ wpływ każdego z nas determinuje brzmienie, a to, do którego zmierzamy, jest moim zdaniem najlepszym, jakie kiedykolwiek mieliśmy.
Czy The Danse Society to Twoje hobby po pracy czy pełnoetatowa praca?
Maethelyiah: Jedno i drugie ❤️
Paul Nash: To powołanie - uczę muzyki w college'u dla 16-18-latków i kocham swoją pracę, ale nie mógłbym żyć bez tworzenia muzyki - muzyka to życie!
Wróćmy na chwilę do przeszłości. Interesują mnie zmiany personalne w zespole. Dlaczego Steve Rawlings nie jest już członkiem The Danse Society?
Paul Nash: Steve odszedł w 1987 roku, aby kontynuować karierę solową (wierzę, że mocno namówiony przez Jazza Summersa, naszego ówczesnego managera) po 2 nieudanych singlach jako The Society wyjechał do Ameryki i osiadł w Los Angeles. Straciliśmy kontakt, na krótko połączyliśmy się ponownie podczas reformacji w 2011 roku, nagrywając jeden utwór, po czym ponownie zniknęliśmy. Myślę, że muzyka nie jest już częścią jego życia i życzę mu powodzenia w tym, co teraz robi.
Zastąpiłaś Steve'a przy mikrofonie. Domyślam się, że nie było łatwo wejść w jego buty. Pamiętasz jak się wtedy czułaś i jak fani zareagowali na nową twarz zespołu?
Maethelyiah: Era Steve'a na zawsze pozostanie w mojej pamięci i zawsze myślę o nim z najwyższym szacunkiem. Jest jednym z powodów, dla których zawsze kochałam The Danse Society, odkąd byłam nastolatkiem. Zostałam zaproszona do zastąpienia go, ponieważ po tym, jak zgodził się wziąć udział w reformacji, zmienił zdanie. Wiem, że mieszka w Stanach Zjednoczonych, a to ogromna odległość do wspólnej pracy. Mam również wrażenie, że mogły istnieć inne powody osobiste, ale dopóki nie padnie wyjaśnienie z jego ust, nie padnie ono z moich. Początkowa reakcja była nieco szokująca dla wszystkich, zarówno w dobrych, jak i złych stronach. Jestem pokorna wobec ogromnego wsparcia, jakie otrzymuję, a także wdzięczna kilku osobom, które poświęciły energię i czas, próbując przekonać mnie do rezygnacji z mojej pozycji na początku. Co cię nie zabije, to cię wzmocni - to nie tylko cytat.
Czuję się dumna stojąc na czele The Danse Society.
Kocham muzykę, otaczają mnie najlepsi koledzy z zespołu i szczerze mówiąc nasi Danserzy (tak nazywamy naszych sympatyków) są najlepsi. Czuję się bardzo, bardzo szczęśliwa i mam nadzieję, że Steve ma się dobrze.
Czy jesteś w kontakcie ze Stevem? Czy wiesz co u niego słychać i czy nadal jest aktywnym muzykiem?
Paul Nash: Jak powiedziałem wcześniej, niestety nie i o ile wiem, nie jest on zaangażowany w przemysł muzyczny.
Wcześniej grałaś w grupie Blooding Mask. Opowiedz nam więcej o tym zespole.
Maethelyiah: Blooding Mask to projekt, który prowadzę od 1992 roku i jest prawdopodobnie najbardziej niedocenianą włoską ezoteryczną nazwą z klasycznym electro, jaką kiedykolwiek znajdziesz. Paul (Nash) dołączył do mnie w 2020 roku i wydaliśmy "Autopsy Of A Dream". Nigdy wcześniej nie było bardziej odpowiedniego tytułu dla naszej obecnej ery. To taka nietypowa muzyka, która ma tendencję do przerażania słuchaczy i to mi się podoba. Kilka utworów pojawiło się również w międzynarodowym filmie "Upside Down".
Jakie płyty inspirowały Cię w przeszłości, a jakiej muzyki słuchasz dzisiaj?
Maethelyiah: Danse Society, Joy Division, Adam & the Ants, Peter Gabriel, Pink Floyd są zdecydowanie wśród nich.
Paul Nash: Jako nauczyciel muzyki mam bardzo eklektyczny gust, zbyt wiele do wymienienia, od klasyki po jazz i nowoczesność, ale ostatnie 3 nowe albumy, które kupiłem w tym miesiącu to Elbows "Audio Vertigo", The Smile "Wall of Eyes" i najnowszy album Stevena Wilsona "Harmony Codex". Oczywiście wciąż cenię wszystkie albumy z wczesnych lat 70-tych i 80-tych, na których dorastałem, od Floydów, Sabbathów przez Bowiego po Genesis, potem Joy Division przez The Cure po KJ itd. Zbyt dużo by wszystko wymieniać.
Co sądzisz o powrocie płyt winylowych? Czy to znak, że ludzie nadal potrzebują fizycznych nośników, czy to tylko moda? Wiele osób kupuje płyty winylowe tylko po to, by postawić je na półce, a to nie o to chodzi.
Maethelyiah: Winyle są być może naszym najlepiej sprzedającym się formatem. Ludzie je kochają i nie mówię tu tylko o starszych fanach muzyki. Jedną z rzeczy, które najbardziej uwielbiam, jest bycie oznaczanym w naszych postach na Dansers, gdzie nasze winyle są odtwarzane na gramofonach. Wygląda jak prawdziwy wybieg. Tyle piękności się popisuje.
Paul Nash: Myślę, że nie ma nic lepszego niż słuchanie albumu z okładką w ręku, czytając teksty i informacje oraz ciesząc się grafiką, która uzupełnia muzykę. Dla mnie płyta to dwie strony muzyki, utwory, które są przeznaczone do odtwarzania w sekwencji, a nie tylko jeden utwór na liście odtwarzania Spotify - to nie jest całe doświadczenie. Prawdopodobnie wydaję o wiele za dużo pieniędzy na winyle i tak, siedzą one na półkach, ale są też z nich zdejmowane i odtwarzane. Nie sądzę, że to kiedykolwiek umrze, niektórzy z moich młodych studentów już zbierają winyle i kochają je, więc nie jest to tylko nostalgia dla nas, staruszków.
Na koniec powiedz nam, jakie macie plany na najbliższą przyszłość.
Maethelyiah: Planujemy więcej koncertów w nowym roku, jednak właśnie zostaliśmy zaproszeni na Wave Gothik Treffen, gdzie wystąpimy 19 maja. Oczywiście może być kilka koncertów w UE, zanim sfinalizujemy daty w USA i miejmy nadzieję w Japonii.
Pomijając koncerty, pracujemy nad nowymi rzeczami z włoskim filmowcem Lucą Tornatore i jestem prawie pewna, że nowy album wkrótce zacznie nabierać kształtów. Na tym polega trud pracy z niesamowicie kreatywnymi i wspaniałymi kolegami z zespołu.
Dziękuję za poświęcony czas. Pozdrawiam Was serdecznie i czekam na Wasze (polskie?) koncerty jak i kolejne albumy.
Bardzo dziękujemy za zaproszenie. Kochamy Polskę. Jest tam kilku uroczych Danserów, a Marcjanna, jeden z naszych specjalnych gości na płycie "The Loop", również pochodzi z Polski. Mamy nadzieję, że wkrótce wystąpimy w pobliżu.
Paul Nash: Dziękuję! Mam nadzieję, że wkrótce znów odwiedzę to wyjątkowe miejsce.
Jakub Karczyński
25 kwietnia 2024
RECORD STORE DAY - ZACIEMNIANIE IDEI
Za nami kolejny Record Store Day, który nie wiedzieć czemu w mediach reklamowany jest jako święto płyty winylowej. Bzdury takie można usłyszeć nie tylko w radiu, ale i przeczytać w Wikipedii. Doszło już nawet do tego, że idea stojąca za Record Store Day zeszła na drugi plan. Przypomnijmy więc o co chodzi w tym święcie. Powołali je do życia właściciele małych, niezależnych sklepów płytowych w USA. Chcieli w ten sposób zwrócić uwagę na ciężką sytuację takich miejsc prosząc niejako by w tym dniu ludzie wspomogli ich finansowo. W związku z tym namówili oni artystów by przygotowali oni specjalne wersje płyt, które będą do kupienia tylko i wyłącznie w niezależnych sklepach. Wyeliminowano w ten sposób z gry wielkie sieci i korporacje. Coś mi jednak mówi, że nie złożyły one broni i ostro główkowały jak tu podłączyć się pod ten trend. Nie wykluczone, że jakiś spec stwierdził, że skoro tak, to utworzą oni święto płyty winylowej. Święto takie nie ma wpisane w swym statucie wspomagania małych, niezależnych sklepów płytowych więc można je obchodzić w zasadzie wszędzie. Korporacje zacierały ręce bo tym sposobem znów były w grze i mogły liczyć swe zyski. Święto płyty winylowej na tyle mocno wgryzło się w świadomość konsumentów, że mogą oni nawet nie zdawać sobie sprawy, że świętują nie to co powinni i nie tam gdzie powinni. Temat ten poruszałem już we wpisie "Dark side of the record (store) day" https://czarne-slonca.blogspot.com/2018/04/record-store-day.html. Zainteresowanych odsyłam więc do owego posta sprzed sześciu lat. Odświeżyłem ten temat ponieważ wydaje mi się istotne by przypominać ludziom co stoi za ideą Record Store Day.
W tę trzecią sobotę kwietnia udałem się do sklepu "Longplay", który to jest modelowym przykładem niezależnego sklepu płytowego. Miłośnicy czarnych jak i srebrnych płyt mogą sobie tam buszować do woli, a przy okazji napić się kawy czy piwa. Piękna sprawa więc gdy tylko mogę wspomagam takie miejsca. Tego dnia spędziłem tam niemal trzy godziny głowiąc się nad tym co kupić. Na winylach mają tam prawdziwe skarby, szkoda tylko, że srebrne płyty nie obfitowały w tak smakowite kąski. Sam właściciel przyznał, że zaniedbał nieco kompakty, ale obiecał poprawę w tym temacie. Jak widać prym wiodą dziś winyle, ale przecież płyta kompaktowa też ma liczne grono amatorów więc nie deprecjonowałbym jej znaczenia. Przejrzałem zawartość skrzynek i wybrałem kilka płyt. Niestety nic z klimatów jakie opisuję na moim blogu, ale dobrej alternatywy także lubię posłuchać. Stanęło więc na albumie "Hotel" (2005) Moby'ego, do której to płyty mam szczególny sentyment. Kojarzy mi się z czasami studiów, które to są już niestety melodią odległej przeszłości. Manic Street Preachers z kolei polubiłem przy okazji ich ostatnich płyt więc zagłębiam się obecnie w nieco wcześniejszą twórczość. Tym razem padło na album "Know Your Enemy" (2001). Ostatnim łupem padł album "Some Cities" (2005) grupy Doves. Posiadam już ich dwie inne płyty więc postanowiłem dokupić kolejną by sprawdzić czy będzie równie dobra. Poza płytą Moby'ego resztę brałem absolutnie w ciemno. Bez sprawdzania, próbkowania. W końcu muzyka to emocje, także te związane z kupowaniem płyt. Warto o tym pamiętać, gdy zawędrujecie do miejsc takich jak poznański "Longplay".
Jakub Karczyński






