01 lutego 2023

TOM VERLAINE (1949 - 2023)


Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po ostatnim nekrologu jaki wystawiono na nazwisko Alan Rankine, a tu spada nam na głowę kolejny cios. W dniu 28 stycznia odszedł od nas Tom Verlaine, wokalista i gitarzysta grupy Television. Ten filar amerykańskiej sceny punkowej tworzył podwaliny po tenże nurt wraz z takimi grupami jak Ramones, Blondie czy Pattie Smith. Tom Verlaine naprawdę nazywał się Thoumas Miller, a swoje nazwisko artystyczne zaczerpnął od francuskiego poety Paula Verlaine'a. Wraz z grupą Television nagrał zaledwie dwa albumu po czym rozwiązali zespół by powrócić jeszcze raz na początku lat dziewiędziesiątych z trzecią i ostatnią płytą. Każdy z tych albumów to elementarz dla miłośnika muzyki z kręgu punk i post punk. Jak ważna była to postać, nich świadczy długa lista nazwisk, oddająca mu hołd w mediach społecznościowych, Jedną z nich był David J (Bauhaus), który napisał, że widział Television na koncercie w Londynie w 1977 roku. Występ ten określił mianem zadziwiającego, a samą płytę "Marquee Moon" (1977) uznał za jeden ze swych ulubionych albumów. Wspomina także pewien wywiad radiowy, w którym uczestniczył, a kolejnym gościem miał być nie kto inny, a Tom Verlaine. DJ zaproponował Davidowi by się przyłączył, na co on z ochotą przystał. Nie miał jednak odwagi by się odezwać więc tylko siedział i słuchał w zachwycie. Zapamiętał go jako wrażliwego, ale i bardzo nieśmiałego. Przyznał też, że nikt nie grał na gitarze tak jak on. Nie dziwi więc fakt, że uważał go za geniusza. Swój wpis zakończył stwierdzeniem, że choć Tom odszedł to jednak nigdy nie zostanie zapomniany. Nic dodać, nic ująć. 


Jakub Karczyński

20 stycznia 2023

JOHNNY POSZEDŁ NA EUROWIZJĘ


Życie ponoć lubi zaskakiwać i oto mamy tego kolejny dowód. John Lydon lider i wokalista Public Image Limited ogłosił, że chciałby wystartować w konkursie Eurowizji. Czego jak czego, ale takiej deklaracji to się chyba nikt nie spodziewał. Mało tego, zespół przygotował nawet utwór, który to ma im utorować drogę do tego celu. John nie kryje swojej opinii na temat Eurowizji, a nie jest ona szczególnie dobra. W stacji RTE Radio 1 powiedział: To konkurs naprawdę okropnych piosenek. Cały jest dla mnie żenujący. Jestem autorem utworów, gram na żywo, a występy tam są dla mnie strasznie pozerskie. Lydon z rozbrajającą szczerością przyznał, że nigdy Eurowizji nie oglądał niemniej swoją obecnością na tej imprezie chce dać jej szansę wyrwania się ze sztywnej formy. John ma jeszcze jedną motywację, kto wie czy nie ważniejszą. Swoim występem chce sprawić radość chorej żonie. Gdy to zobaczy, to jej serce się roztopi, bez względu czy ma Alzheimera czy nie To najbardziej satysfakcjonująca rzecz. Kibicuję mu zatem z całych sił, choć po wysłuchaniu utworu Hawaii, mam pewne obawy czy uda im się przebrnąć przez kwalifikacje. W zasadzie to bardzo przyjemny utwór, ale będzie im ciężko porwać eurowizyjną publiczność, która przyzwyczajona jest do zgoła innych brzmień. Obym się mylił. Zatem Irlandio, masz szansę wysłać na eurowizyjną scenę coś, co być może będzie impulsem do pewnych zmian w formule tej imprezy. Niezależnie jednak od wyniku, najbardziej cieszy fakt, że utwór Hawaii zapowiada nowy album grupy. I to dopiero jest news.


Jakub Karczyński

13 stycznia 2023

PIERWSZY STRZAŁ


Nie minął jeszcze nawet dzień od zamieszczenia poprzedniego wpisu, a już mogę poszczycić się pierwszą noworoczną zdobyczą. Album "Empire Days" (1985) grupy The Opposition przyjechał wprost z Holandii, bo co może wydawać się dziwne było z nim tak jak z węglem. Taniej można go kupić za granicą, niż w naszym kraju. Na szczęście nie musiałem zbyt długo czekać i co ważne płyta jest w doskonałym stanie. Poligrafia nie nosi żadnych śladów użytkowania, co nie jest powszechne wśród płyt mających tyle lat na karku. Widać ktoś troskliwie się nią opiekował, dzięki czemu doskonale oparła się próbie czasu. "Empire Days" to ich czwarty w dorobku album, który to na kompakcie został wzbogacony o pięć dodatkowych nagrań. Nie jestem entuzjastą tego typu pomysłów, ale wtedy była to dość powszechna praktyka mająca za zadanie uatrakcyjnić płytę CD w oczach odbiorców. Z pewnością nikt nie przewidywał, że dwie dekady później, to winyle powrócą w glorii chwały, burząc w ten sposób wszelkie koncepcje ekspertów na temat rozwoju rynku muzycznego. Świat bywa nieprzewidywalny i to jest właśnie w nim piękne. Cieszmy się z powrotów winyli, ale nie zapominajmy o srebrnych krążkach bo i one mają sporo uroku. Wracam więc do słuchania nowego nabytku, wznosząc jednocześnie toast za pomyślność pierwszego polowania. Przy tak fantastycznym otwarciu sezonu, jestem spokojny o pozostałe miesiące roku.

 

Jakub Karczyński

MUZYCZNA ARCHEOLOGIA


Kolekcjonowanie płyt, to zajęcie, które nigdy się nie kończy bowiem trudno jednoznacznie orzec, gdzie ów koniec miałby się znajdować. Przecież nie da się wysłuchać wszystkich płyt, nawet jeśli ograniczylibyśmy się tylko do jednego gatunku muzycznego. Ba, sądzę, że nawet z podgatunkiem mielibyśmy problem tyle tego wszystkiego nagrano na przestrzeni lat. I dobrze, dzięki temu wciąż jest czego słuchać, co odkrywać i czym się ekscytować. Kiedyś martwiła mnie perspektywa upadku rynku płyt CD. Teraz nie zaprzątam sobie tym głowy, bo nawet jakby zaprzestano wydawać nowe albumy w tym formacie, to przecież pozostaje nam wszystko to co do tej pory ujrzało już światło dzienne. Muzyczna archeologia pociąga mnie nawet dużo bardziej o czym zaświadcza ten blog, który nie goni za nowościami lecz raczej za pomocą miotełki delikatnie odkurza skarby poprzednich dekad. Podsumujmy więc najciekawsze znaleziska jakie udało mi się upolować w 2022 roku. 

S T Y C Z E Ń

THE CASSANDRA COMPLEX "THEOMANIA" (1988) - długo polowałem na ten album, ale nie miałem najmniejszych wątpliwości, że w końcu ta płyta trafi w moje ręce. Pisałem zresztą o tym przed laty przy okazji zakupu płyty The Sound "Thunder Up" (1987). Wtedy trzeba było opowiedzieć się po jednej ze stron. Padło na The Sound, ale jak to mówią, co się odwlecze to nie uciecze. Nie wyobrażam sobie by nie mieć na półce wszystkich ich studyjnych płyt. Na celownik w 2023 roku pozostaje już mi tylko wziąć album "Grenade" (1986) by zrealizować powyższe założenie.

REEGS "RETURN OF THE SEA MONKEYS" (1991) - przygody z zakupem tej płyty opisałem z kolei we wpisie Do czterech razy sztuka więc nie ma sensu się powtarzać, dodam tylko, że było to jedno z bardziej wymagających polowań. Na szczęście muzyka wynagradza wszystkie niedogodności. Reegs to grupa powiązana z zespołem The Chameleons więc sami rozumiecie, że była to dla mnie pozycja obowiązkowa.

M A R Z E C

MODERN ENGLISH "MESH & LACE" (1980)  - zdobycie tej płyty nie jest rzeczą łatwą, ale jak widzicie nie niemożliwą. Co prawda zawartość muzyczna w mojej ocenie nie jest, aż tak wybitna, ale nie wyobrażałem sobie by nie mieć w zbiorach debiutu Modern English. To mniej więcej tak jak z debiutem Wolfgang Press, który póki co jest poza zasięgiem mojego strzału. Ciężko go nawet wypatrzeć więc wyzwanie tym bardziej atrakcyjne dla kolekcjonera. Z "Mesh & Lace" się udało, może więc i tu szczęście mnie nie opuści.

THE MISSION "NO SNOW, NO SHOW" (1993) - to koncertowe wydawnictwo Misjonarzy było już w moich zbiorach, ale tylko w formie płyty winylowej stąd też, gdy nadarzyła się okazja zakupiłem je także w formacie CD. Co ciekawe na program płyty składają się dwa występy, które grupa zarejestrowała dla BBC, a które to były transmitowane na żywo przez BBC Radio One. Warto mieć bo to swoiste The Best Of, po które zespół sięga na koncertach do dziś dnia.

W R Z E S I E Ń

DALIS CAR "THE WAKING HOUR" (1984) - rzecz z gatunku ciekawostek dla zagorzałych fanów czy to Petera Murphy czy Micka Karna. Osobiście niezbyt ekscytuje mnie wynik tej współpracy więc zakup poczyniony jedynie z obowiązku i szacunku dla Petera. Uważam, że na polu solowym radził sobie zdecydowanie lepiej, a efekty muzyczne były dużo ciekawsze.

PUBLIC IMAGE LIMITED "FLOWERS OF ROMANCE" (1981) - nie jest to moja ulubiona płyta tej formacji. Powiem więcej, nie znajduję tam zbyt wiele dźwięków dla siebie, ale czasem warto mieć w swoich zbiorach płytę, z którą można się zmierzyć od czasu do czasu. Kto wie, może kiedyś znajdę klucz do serca tego albumu.

GENE LOVES JEZEBEL "IMMIGRANT" (1985) - to drugi w dorobku album grupy braci Aston, którego to poszukiwałem od dłuższego czasu. Z pomocą znów przyszedł Discogs. Nareszcie będę mógł domknąć okres nowofalowy, z którym to zespół flirtował w początkach działalności. Później jak to ktoś złośliwie określił, częściej od mikrofonu trzymali w rękach suszarki do włosów. Wygląd wyglądem, ale w mojej ocenie słabych płyt to oni nie nagrali. Nawet te bardziej popowe albumy zachwycały bogactwem brzmień i przede wszystkim wspaniałymi melodiami. Wystarczy posłuchać "Heavenly Bodies" (1992) czy "Kiss Of Life" (1990) by zrozumieć w czym rzecz.

L I S T O P A D

BLACK SABBATH "TYR" (1990) - mój ulubiony okres działalności Black Sabbath to ten, gdzie za mikrofonem stał Ozzy Osbourne, choć nie mam nic przeciwko jego następcom. Z tej też przyczyny skrupulatnie uzupełniam braki w dyskografii tej zasłużonej grupy. Tym razem padło na "Tyr", gdzie obowiązki wokalisty pełnił Tony Martin. Znam osoby, które bardziej cenią sobie ten okres działalności, choć ja do nich nie należę niemniej ten album bardzo chciałem mieć w swych zbiorach.

G R U D Z I E Ń

ICEHOUSE "MEASURE FOR MEASURE" (1986) - australijska grupa Icehouse to rzecz obowiązkowa dla każdego miłośnika synthpopu.  Zdobycie ich płyt wymaga nieco wysiłku, ale zapewniam, że odwdzięczą się wam wspaniałą muzyką. "Measure To Measure" to ich czwarte wydawnictwo, na którym to znajdziecie takie killery jak choćby No Promises. Choćby tylko dla niego warto mieć ten album u siebie na półce.

THE BOMB PARTY "NATIVITY #3" (1990) - czwarta i zarazem ostatnia płyta tego brytyjskiego zespołu. Odkryłem ich przez zupełny przypadek. Zaintrygowany okładką tej płyty postanowiłem sprawdzić jaka też pod nią kryje się muzyka. Przeczucie mnie nie myliło, gdyż The Bomb Party to rasowy post punk, któremu przyświecały podobne idee jak grupie Bauhaus. Postrzegali swoją muzykę jako formę eksperymentu i tak też chcieli być odbierani. Swoją muzykę opisali jako koktajl Mołotowa z hardcorowej gotyckości leżącej gdzieś pomiędzy The Cramps a Bauhaus.

 

Te dziesięć płyt to zaledwie ułamek tego co zakupiłem w 2022 roku, ale dobrze pokazuje kierunek jaki obrałem. Spoglądając na daty wydań tychże płyt, widać, że zdominowały je lata osiemdziesiąte. Nic na to nie poradzę, że właśnie wtedy powstawała taka, a nie inna muzyka, która sprawia mi najwięcej radości. Odkopuję więc na potęgę płyty z tamtej dekady niejako realizując marzenie z dzieciństwa o byciu archeologiem. Muzyczna archeologia? Wchodzę w to. 


Jakub Karczyński

06 stycznia 2023

ALAN RANKINE (1958 - 2023)


Smutek jakiś taki człowieka ogarnia, gdy wraz z początkiem roku przychodzi mi zakomunikować o śmierci byłego członka szkockiej grupy The Associates. Alan Rankine zmarł w wieku 64 lat. Choć zespół zakończył działalność w połowie lat dziewięćdziesiątych, to na trwałe zapisał się w historii muzyki za sprawą płyty "Sulk" (1982). Jak ważny był to album niech zaświadczy wpis, którego na Facebooku dokonał Jean Pierre Mercier z Handful Of Snowdrops. Żegnając Alana napisał: Alan Rankin odszedł właśnie w momencie, gdy niedawno ukazała się 40-rocznicowa edycja Sulk, ich arcydzieła (10/10) z 1982 roku! Nigdy nie zapomnę pierwszego razu, kiedy położyłem ten LP na moim gramofonie. NIGDY. Trudno się dziwić bo płyta to iście niezwykła, podążająca ścieżkami nieoczywistości. Tajemnicza, niepokojąca i niezwykle frapująca. To z pewnością najjaśniejszy klejnot w ich muzycznych zbiorach. The Associates nie pozostawili po sobie zbyt wielu albumów. Ich dyskografia zamyka się w obrębie liczby cztery lecz dla bardziej dociekliwych, pozostają płyty zrealizowane na solowych szlakach. Warto posłuchać bo i na tych drogach można czasem ustrzelić kilka interesujących kadrów muzycznych. Wspominając postać Alana przywołajmy też w pamięci postać Billy'ego Mackenzie, który odebrał sobie życie w 1997 roku. Spoczywajcie w pokoju, my zaś zadbamy o to by wasza twórczość była wiecznie żywa.


Jakub Karczyński 

29 grudnia 2022

BUZZCOCKS - SONICS IN THE SOUL (2022)


Buzzcocks to niewątpliwie jeden z najważniejszych zespołów brytyjskiego punk rocka. Wymieniany jednym tchem obok takich sław jak Sex Pistols czy The Clash, wciąż nie składa broni. Wydali bowiem w tym roku swój dziesiąty album zatytułowany "Sonics In The Soul" (2022). Ktoś niezorientowany może podrapać się w głowę i zapytać jakim cudem tego dokonano skoro Pete Shelley zmarł przed czteroma laty. Ten fakt mógł w istotnym stopniu zaważyć na dalszej karierze grupy, jednak pozostali członkowie postanowili nie składać nazwy Buzzcocks do trumny. Takie działanie można postrzegać dwojako. Dla jednych będzie to jawne szarganie świętości i odcinanie kuponów od dawnej sławy, inni z kolei uznają pełnie praw jakimi obecnie włada Steve Diggle (w Buzzcocks od 1976 roku) do kontynuowania działalności. O tym czy krok ten był potrzebny czy też nie i tak ostatecznie zadecydują fani, którzy wydadzą osąd po zapoznaniu się z zawartością "Sonics in The Soul". Czytając niedawno dwie skrajnie różne recenzje, nie mam wątpliwości, że płyta ta nie będzie miała łatwego życia. Czy faktycznie zasługuje na tęgie lanie? Na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Zagorzali fani grupy z pewnością przytakną, reszta jeśli w ogóle zainteresuje się tą płytą być może doceni zmysł kompozytorski jak i całkiem niezłe melodie.

Panowie zaczynają z grubej rury i jak to się mówi nie biorą jeńców, strzelając co rusz wprost w nasze serca. Amunicji wystarcza na całą płytę, która jak przyształo na standardy punk rocka jest dość zwarta i zamyka się w niecałych czterdziestu minutach. Niech sobie ludzie mówią co chcą, ale jak dla mnie "Sonics In The Soul" daje radę. Jest wyjątkowo witalna, choć przecież nie nagrali jej żadni nastolatkowie. Co więcej, tej płyty się po prostu dobrze słucha. To taka kwintesencja rock & rolla nie roszczącego sobie praw do niczego z wyjątkiem dobrej zabawy. Jeśli zespół z takim stażem i po takich przejściach wciąż potrafi nagrać taką płytę, to chyba podważanie sensu jego istnienia mija się z celem. Posłuchajcie zresztą sami choćby takich utworów jak Senses Out Of Control, Manchester Rain czy You've Changed Everything Now i powiedzcie, że to nic nie warte popłuczyny. Mnie takie słowa nie przechodzą przez gardło bowiem od kilkunastu dni katuję ten album na okrągło i wciąż nie mam go dość. Dawno nie czerpałem z muzyki tyle radości, lekkości i energii co z najnowszego albumu Buzzcocks. Wchodzi jak nóż w masło więc stojąc w opozycji do wszystkich malkontentów zadedykuję im parafrazę pewnego tytułu. "Never Mind The Bollocks, Here's Buzzcocks". Swoją drogą byłaby to ciekawa sytuacja, gdyby w taki właśnie sposób zespół zatytułował swój kolejny album, odgryzając się tym samym swym antagonistom, odmawiającym im prawa do dalszej działalności. Właśnie tak, dość tych bzdur, posłuchajmy lepiej  nowych nagrań od Buzzcocks. Tym albumem grupa udowodniła, że dni tej szacownej kapeli wcale nie są jeszcze policzone. Jeżeli w przyszłości mają zamiar nagrywać takie płyty to mają moje błogosławieństwo. Gdybym miał typować najlepsze albumy tego roku, to z pewnością znalazłoby się tam miejsce i dla "Sonics In The Soul". Oby jak najwięcej tak witalnych i rześkich płyt wychodzących spod palców weteranów punk rocka w nadchodzących latach.

Nowa płyta Buzzcocks okazała się dla mnie jednym z największych tegorocznych zaskoczeń. Zakupiłem ją właściwie w ciemno, znając zaledwie jakieś strzępki nagrań. Nie miałem w związku z tym żadnych wielkich oczekiwań, ale coś nie pozwalało mi przejść obok tej płyty obojętnie. Miałem nosa, bo po jej odpaleniu w moim sercu eksplodował prawdziwie rock & rollowy granat. Tak trzymać panowie, tak trzymać.

 

Jakub Karczyński 

09 grudnia 2022

BLACK FRIDAY


Nie należę do osób, które podniecają się na myśl o promocjach stąd też coroczny black friday, który gdzieniegdzie ewoluował już w black week, nie przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Zamiast polować na promocje, wolałem pojechać sobie do stacjonarnego sklepu i poszperać w płytach CD i winylach. Co prawda w srebrzystych dyskach niczego ciekawego nie znalazłem, ale za to w winylach skarbów co niemiara. Zacznijmy od tego, że już sama zakładka cold wave/post punk miło połechtała mój muzyczny gust więc czym prędzej dałem nura w analogi. Gdybym miał nieograniczony budżet to z pewnością wyszedłbym ze sklepu obładowany płytami bo żal było zostawiać tam takie smaczki jak 1984 "Radioniebieskie oczy Heleny" (1991),  Tuxedomoon "Ship Of Fools" (1986), Julian Cope "World Shut Your Mouth" (1984) czy choćby New Order "Brotherhood" (1986). Zdecydowałem się jednak przygarnąć pod swój dach dwa inne tytuły. Pierwszy album to rzecz unikatowa biorąc pod uwagę fakt, że płyta ta na kompakcie ukazała się tylko raz i nigdy nie została wznowiona, przez co jej cena oscyluje w okolicach 70 euro. Reds bo o nich mowa, wydali swój debiutancki album zatytułowany "Changing Colours" w 1991 roku. Zespół stworzyli: Rafał Olbrychski, Roberta Ochnio (Tubylcy Betonu) oraz Piotr Kokosiński, który był realizatorem technicznym grup 1984 i Blitzkrieg. Do zespołu dołączył następnie Mariusz Majewski znany choćby z zespołu Kult. W takim oto składzie został zarejestrowany ich debiutancki album. Choć muzycy jako źródła swych inspiracji wskazywali na takie grupy jak The Cure, The Smiths czy U2, to jak na moje ucho, nie korzystali oni zbyt nachalnie z dorobku tych utytułowanych zespołów. Gdzieniegdzie słychać pewne wpływy U2, ale nie ma tu mowy o kopiowaniu ich stylu. Reds poruszają się po obszarach zarezerwowanych dla rockowej alternatywy choć ich muzyka określana jest też terminem "nowa fala". Osobiście skłaniałbym się bardziej za etykietą rock alternatywny z elementami nowej fali. Mniejsza zresztą o etykietki wszak ostatecznie i tak liczy się muzyka, a ta jest nad wyraz dobra. Może nie rzuca na kolana, nie wwierca się w głowę, ale ma w sobie to coś sprawia, że chce się do niej wracać. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł reedycji tego albumu bowiem chcąc go posłuchać z fizycznego nośnika, skazani jesteśmy na wysłużonego winyla wyszperanego gdzieś z drugiej ręki. Skoro wznowiono debiut Rendez Vous oraz Variete, udało się też przywrócić do żywych Jezabel Jazz i Blitzkrieg, to co stoi na przeszkodzie by wydać Reds? Z pewnością nie tylko ja czekam na taki ruch wydawniczy. Czy się doczekamy? Czas pokaże.


Drugi winyl, który wrócił ze mną tego dnia do domu, to album "Homosapien" (1981), za który to odpowiada Pete Shelley. Ten zmarły w 2018 roku wokalista grupy Buzzcocks na swym solowym poletku mógł niejednego zszokować swymi ciągotami do muzyki elektronicznej. Zaskoczeniem mógł być zwłaszcza album "Homosapien", który bez skrępowania uderzał w new romantic, a Pete spoglądał na nas z okładki, ubrany w biały garnitur. Bardziej przypominał tu Bryana Ferry niż punkowego buntownika. Chyba nie takiego anturażu spodziewalibyśmy się po wokaliście Buzzcocks. Takie to były jednak czasy i nie czynię z tego zarzutu bowiem nigdy nie podchodziłem zbyt ortodoksyjnie do muzyki. Uważam, że artysta ma prawo pójść w takim kierunku w jakim uzna za stosowne. To jego wybór. Nam może się to podobać lub nie. Płyta "Homosapien" z pewnością warta jest uwagi, nie tylko jako zapis tamtych czasów, ale także przez wzgląd na to jakże odmienne oblicze Pete'a. Polecam posłuchać bo przecież zawsze istnieje choć cień szansy, że być może między wami jednak zaiskrzy. I tego wam serdecznie życzę.


Jakub Karczyński