05 maja 2020

MUZYCZNE SMAKI WIOSNY

W tym roku mamy wyjątkowo piękną wiosnę. Nie musieliśmy też czekać na nią szczególnie długo, a i majówka miała pewien potencjał. Szkoda więc, że za sprawą pandemii szlag wziął wszystkie plany towarzyskie na ten czas. Nawet urokami natury nie dane nam będzie nacieszyć się tak jak ona na to zasługuje. Zamknięci w czterech ścianach staramy się jakoś zachować resztki normalności i nie zwariować w tym chorym świecie. Dobrze, że choć kultura trzyma nas przy zdrowych zmysłach. Szkoda tylko, że artyści w związku z taką, a nie inną sytuacją dostają zdrowo po tyłkach. Wiem, nie oni jedyni, ale i tak żal wszystkich tych koncertów, spektakli, seansów kinowych, na które to ostrzyliśmy sobie zęby. Nie pozostaje nam nic innego jak skorzystać z dobrodziejstwa własnych zapasów kulturalnych lub też śledzić to co artyści prezentują na swoich profilach w mediach społecznościowych.

Wiosna to też czas gdy wracamy do płyt, które nam się z tą porą kojarzą. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to grupa Talk Talk i ich album "The Colour Of Spring" (1986), ale odkąd odszedł od nas Mark Hollis, to jakoś ciężko mi radować się tym dźwiękami. Wiosna okryła się w tym przypadku żałobnym kirem i ani myśli rozchmurzyć swe lico. Drugim albumem jakim wcześniej witałem tę porę roku był "Seasons End" (1989) grupy Marillion. Pierwszy album pod wokalnym dowództwem Steve'a Hogartha, który to Tomek Beksiński niemal rozszarpał na strzępy nie mogąc pogodzić się z odejściem Fisha. Doceniał muzykę, ale nijak nie mógł zaakceptować nowego nabytku wokalnego, którego głos uważał za przeciętny i bardzo amerykański. Osobiście nie przeżywałem tego typu rozterek bowiem gdy zainteresowałem się muzyką grupy, Fisha już dawno nie było w zespole, a ja polubiłem Marillion w obu wcieleniach. Album "Seasons End" był mi niezwykle bliski w czasach moich studiów stąd też do dziś dnia mam do niego sentyment, w przeciwieństwie do rocka progresywnego, którego to słuchanie zarzuciłem jakiś czas temu. Chyba straciłem do niego serce, a przynajmniej do jego współczesnych inkarnacji. Mniejsza jednak o to. Dziś wszak szukamy dobrej płyty by godnie przywitać wiosnę i przy okazji przemodelować nieco ten wyświechtany kanon. Gdzież więc szukać ratunku?

Jeśli muzyka na wiosnę, to musi być to coś ożywczego, coś co dobrze nastraja i pozwala z optymizmem wypatrywać przyszłości. Zwłaszcza ten ostatni aspekt w dzisiejszych czasach jest nie do przecenienia. Nie wiem jak wy, ale osobiście lubię się odprężyć przy muzyce folkowej stąd też chcąc dać odpocząć tak głowie jak i uszom, sięgam czasem po nieco subtelniejsze dźwięki. Mistrzami w tym względzie jest grupa Clannad, która niestety kończy właśnie swą karierę więc tym bardziej cieszę się, że udało mi się zobaczyć przed laty jeden z ich koncertów. Niesamowite wrażenia i masa wspomnień, do których z przyjemnością powracam. Ten irlandzki zespół najbardziej kojarzony jest z albumem "Legend" (1984), który to jednocześnie był ścieżką dźwiękową do serialu "Robin z Sherwood". Zarówno serial jak i muzyka to prawdziwy majstersztyk jednak to nie o nich dziś chciałem napisać. Waszą uwagę chciałbym zwrócić na album nieco wcześniejszy, do którego docierają tylko najzagorzalsi wielbiciele grupy. "Crann Ull" (1980) bo o nim mowa, to dzieło równie wspaniałe choć niepomiernie mniej znane niż wspomniany "Legend". Nie sugerujcie się jednak ocenami na Allmusic bo przyznanie temu albumowi 2,5 gwiazdki w skali pięciopunktowej to jakaś kpina. "Crann Ull" to piąty krążek w dorobku Clannad, a zarazem pierwszy na którym możemy usłyszeć młodszą siostrę Máire - Eithne znaną bardziej jako Enya. Jeśli ktoś zachodzi w głowę co oznacza tytuł płyty, to spieszę wyjaśnić, że skrywa się pod nim słowo jabłoń. "Crann Ull" poznałem jeszcze za sprawą kasety magnetofonowej, którą to otrzymałem od licealnego kolegi. Pożyczył ją od swojego znajomego i przekazał mi, abym posłuchał sobie tych dźwięków. Pamiętam, że byłem wtedy chory i poza przepisywaniem notatek z zeszytów nie za bardzo miałem co robić. Gdy wieczorem włączyłem ten album poczułem, że oto doświadczam jakiejś magii. Muzyka bowiem wniknęła we mnie z całą swą mocą i zakotwiczyła niczym statek w porcie. Piękne folkowe pieśni wyśpiewywane przez zespół skradły moją percepcję do tego stopnia, że nawet podjąłem próbę nauczenia się tekstu jednej z kompozycji, który to zapisany był w języku gaelickim. Nie wiem z jakim skutkiem, ale do dziś dnia pamiętam te słowa. Co do muzyki, to jest w niej jakaś niewytłumaczalna siła, a i szczypta melancholii, która sprawia, że nie sposób oderwać się od głośnika. Doskonale sprawdzi się tak wczesną wiosną, późnym latem jak i w pierwszych dniach jesieni. Polecam spróbować.

Jakub Karczyński
 

28 kwietnia 2020

PRZESŁUCHANIE 12

Wracamy do cyklu "Przesłuchanie", gdzie skrótowo staram się opisywać płyty, którym warto poświęcić swój czas. Nie zabraknie tu też przestróg i anty rekomendacji. Pamiętajcie jednak, że wszystko to przefiltrowane jest przez mój gust więc nie radzę podchodzić do tego nazbyt serio. Każdemu z nas podoba się przecież co innego, stąd też żadna recenzja nigdy nie będzie w pełni obiektywna. Jeśli takowej byśmy oczekiwali, to musielibyśmy przystać na to, że koncentrowałaby się ona tylko na walorach czysto technicznych, a przecież nie o to chodzi w muzyce. Nudzą mnie wszelakie opisy sprzętów, technik i tym podobne bzdety. Dla mnie liczy się efekt końcowy oraz to czy wzbudza on we mnie jakieś emocje. Bez tego jednego składnika, cały czar pryska. Muzyka wszak to przede wszystkim emocje, bez których pozostaje ona zbiorem mniej lub bardziej poprawnie zestawionych dźwięków.

Jeśli już przy emocjach jesteśmy to któż może o nich więcej wiedzieć niż grupa U2. Przed Wami jej ostatnie jak do tej pory dzieło.

U2 "SONGS OF EXPERIENCE" (2017)

  
Tego zespołu nie ma potrzeby przedstawiać. Słyszał o nim nawet prezes Kaczyński, a to już o czymś świadczy. Podobnie jak jemu także im na przestrzeni całej swej kariery, udało się zgromadzić pokaźną liczbę zwolenników, ale też i wielu zagorzałych przeciwników.

"Songs Of Experience" choć przyozdobiony zdjęciem nawiązującym do ich najlepszych tradycji okładkowych z początków kariery (patrz: "Boy" (1980), "War" (1983), raczej nie ma szans by do nich dołączyć. Zdjęcie choć piękne, jest zbyt wystudiowane, a przez to sztuczne i niewiarygodne. Także w muzyce próżno szukać dawnej surowości. To już nie te czasy. Dziś U2 stoi w nieco innym miejscu. Nie oznacza to jednak, że to złe miejsce. Po tylu latach kariery, po tylu nagranych płytach mogliby osiąść na laurach i nagrywać wariacje na temat "The Joshua Tree" (1987) lub "Achtung Baby" (1991). Szanuję ich jednak za to, że tego nie zrobili.

"Songs Of Experience" to brat bliźniak albumu "Songs Of Innocence" (2014). Łączy je nie tylko podobny tytuł, ale i identyczne motywy muzyczne, które pojawiają się na obu płytach. W każdym z tych przypadków dają jednak inny plon. Siłą jak i słabością tego albumu jest jego różnorodność. Z jednej strony trudno nudzić się podczas słuchania "Songs Of Experience", ale z drugiej, trudno odnaleźć tu wspólny mianownik dla wszystkich tych kompozycji. Na dodatek album nie jest wolny od ewidentnych potknięć w rodzaju Get Out Of Your Own Way czy The Showman (Little More Better). Pozbycie się tego balastu wyszłoby tej płycie tylko na dobre. Na szczęście są to tylko niewielkie skazy na tym materiale choć uwierają niczym kamień w bucie. Jaka więc jest ta płyta? Zaskakująco dobra. Powiem więcej, bardzo dobra jak na zespół z tak długim stażem. Może nie ma tutaj hitów na miarę One czy Where The Streets Have No Name, ale za takie Light Of Home, Summer Of Love, Landlady czy perłę w rodzaju Red Flag Day warto choćby oddać pokłon grupie. Piszę to z pozycji kogoś kto nigdy nie był fanem U2, ale zawsze życzliwie spoglądał na ich dokonania. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że wciąż potrafią tworzyć intrygujące płyty, do których chce się wracać jak do fragmentów ulubionej książki. Polecam wnikliwie przestudiować.

7/10

Jakub Karczyński
  

11 kwietnia 2020

REZERWAT - REZERWAT (1984)

Jeśli muzyka z czasów dzieciństwa może kształtować nasze późniejsze gusta i wybory to za swoje umiłowanie syntezatorów obwiniam zespół Rezerwat. Każdy, kto pamięta końcówkę lat osiemdziesiątych i początek nowej dekady z pewnością kojarzy teledysk do piosenki Zapopiekuj się mną. Ten niewątpliwy hit emitowany był w Polskiej Telewizji dość często i przy najróżniejszych okazjach takich jak choćby akcja adopcji zwierząt ze schroniska. Dziś chyba zatarł się on nieco w pamięci słuchaczy, a jeśli nie to z pewnością pokrywa go gruba kołderka kurzu. Z tej też przyczyny warto rzucić trochę więcej światła na muzykę tej łódzkiej grupy. Zdecydowałem się sięgnąć po ich debiutancki album, który choć portretuje zamierzchłą przeszłością to jednak skrywa całkiej pokaźną ilość muzyki z kręgów zainteresowań "Czarnych słońc".

Rezerwat powstał w Łodzi w 1982  roku i w krótkim czasie odniósł niebywały sukces na naszym rynku. Szczytem tej popularności był oczywiście wspomniany już utwór Zapopiekuj się mną, ale zanim zespół się tam wdrapał, stworzył bardzo interesujący debiut, który jedną nogą stał na gruncie tradycyjnego rocka, drugą nogą zaś tkwił w estetyce nowej fali. Nic dziwnego, że krytycy chcąc zdefiniować ich muzykę posługiwali się takimi określeniami jak "rock zbrudzony nową falą" bowiem wymykała się ona jednoznacznej klasyfikacji. To niedookreślenie miało swoje plusy i minusy. Na plus z pewnością można było grupie zapisać niebanalne i przebojowe kompozycje, które zasłużenie wprowadziły Rezerwat do pierwszej ligii. Pod znakiem zapytania stała za to wiarygodność zespołu, który był zbyt rockowy dla nowofalowej publiczności i zbyt nowofalowy dla rockowego słuchacza. Do tego jeszcze momentami jawnie flirtował z innymi nurtami takimi jak psychodelia, new romantic, a nawet rockiem progresywnym. Jeśli Republikę publiczność kochała albo nienawidziła, tak w przypadku Rezerwatu trudno o tak jednoznaczne i jaskrawe deklaracje. Podobnie odbieram ten zespół także dziś. Z jednej strony podoba mi się ta nowofalowa estetyka wpleciona w muzykę grupy, a z drugiej strony wiem, że żadni z nich nowofalowcy. Stąd też trudno mi zanurzyć się w tej muzyce z pełnym zaufaniem co nie znaczy, że nie doceniam ich dorobku. Jeśli więc przymkniemy oko na te drobne mankamenty to z pewnością łatwiej będzie nam wczuć się w ten niezwykle emocjonalny materiał.


Na pierwszy ogień otrzymujemy zadziorne a zarazem przebojowe nagranie Obserwator, które świetnie wprowadza w zawartość płyty. Nie do końca tylko przekonuje mnie maniera śpiewania Andrzeja Adamiaka, która bardziej pasowałaby do dawnego Oddziału Zamkniętego, niż do zespołu o aspiracjach nowofalowych. Wierzę jednak, że są też i tacy, którym to nie przeszkadza. W mojej ocenie, rezygnacja z tej sytlizacji przy realizacji kolejnego albumu wyszła mu tylko na dobre. Nie ma co ukrywać, że gdy dziś słucha się tej płyty to trąci ona nieco myszką. Jest wytworem swoich czasów i zapisem tego jak się wówczas grało. W obecnych czasach, gdy moda na lata osiemdziesiąte jest wciąż żywa, wiele grup dużo by dało by mieć tak brzmiące syntezatory na swych płytach. Pewne rzeczy są jednak niepodrabialne. Debiutancki album Rezerwatu poza charakterystycznym brzmieniem przynosi też całą masę potencjalnych przebojów. Nie znajdziecie tu czegoś takiego co moglibyśmy podciągnąć pod kategorię tak zwanych wypełniaczy. Niemal każdy utwór mógłby zostać potencjalnym singlem i wywiązałby się z tej roli znakomicie. Do promocji skierowano jednakże tylko jedno nagranie - Modlitwa o więź. Podniosłe, melancholijne i co tu dużo mówić po prostu piękne. Trafiło ono na rynek rok po premierze albumu, co z dzisiejszej perspektywy zdaje się być zabiegiem kuriozalnym, ale takie to były czasy. Patrząc na to nagranie z punktu widzenia wartości artystycznych trudno się dziwić, że zdecydowano się właśnie na nie. Jednakże jeśli weźmiemy pod uwagę walor komercyjny to można mieć już wątpliwości czy podjęto słuszną decyzję. Singiel przeszedł bez większego echa, nie łapiąc się na żadne listy przebojów. Co ciekawe, wdarły się tam za to inne kompozycje z tej płyty, które zarejestrowano i wpuszczono w radiowy eter na długo przed tym zanim album pojawił się na półkach księgarń. Były to nagrania Obserwator, Histeria oraz Trędowata marionetka. Wszystkie one osiągnęły dość wysokie pozycje na Liście Przebojów Trójki choć żadnemu nie dane było wdrapać się na sam szczyt. Histeria dotarła do siódmego miejsca i był to najlepszy wynik z całej trójki.
Słuchając tego albumu, warto też zwrócić uwagę na pewien fakt. Otóż kompozycja Paryż, moje miasto ulubione rozpoczyna się od dźwięków Moskiewskich Kurantów, które nijak mają się do tego o czym śpiewa Adamiak. Wynika to z prostego faktu. Otóż, zanim utwór ten trafił na płytę, funkcjonował na koncertach pod nieco innym tytułem, a mianowicie Moskwa, moje miasto wymarzone. Jak wiadomo żyliśmy wtedy pod podeszwą naszych braci z ZSSR, a wszelkie nawiązania w twórczości artystycznej do tego kraju były pod czujnym okiem cenzury. Stąd też chcąc ocalić kompozycję, zespół musiał zmienić nazwę utworu oraz zmodyfikować nieco tekst. Wyszło tak sobie, ale gdyby zabrakło tego nagrania na płycie byłby to dość spory uszczerbek dla tego wydawnictwa.

Debiutancka płyta Rezerwatu choć dobrze odmalowuje dekadę lat osiemdziesiątych to pozostała dzieckiem swoich czasów. Nie sposób oderwać ją od tamtej rzeczywistości przez co nie można traktować jej jako dzieła uniwersalnego i ponadczasowego. Dla współczesnej młodzieży będzie to tylko  wykopalisko z głębokiego archiwum rodziców, dla rodziców za to jest to zapis czasów, gdy polska muzyka przeżywała swoje najlepsze chwile. Sami osądźcie, które spojrzenie jest wam bliższe. W mojej ocenie "Rezerwat" to album wart conajmniej uważnego posłuchania. Pomimo kilku drobnych mankamentów, plusy wciąż przewyższają minusy. Płyta pomimo niedzisiejszego anturażu wciąż potrafi miło zaskoczyć słuchacza. Zwłaszcza takiego, który pojawia się na jej drodze przypadkiem.

Jakub Karczyński


PS Pierwsze zdania tej recenzji napisałem w miniony poniedziałek. Gdyby mnie ktoś wtedy zapytał co sprawiło, że akurat w tym momencie zdecydowałem się zrecenzować debiut Rezerwatu odrzekłbym, że skłoniła mnie do tego myśl iż zbyt mało uwagi poświęcam na łamach "Czarnych słońc" polskim wykonawcom. Czemu padło akurat na Rezerwat? Kwestia przypadku. Tak wtedy myślałem, ale gdy w środę pojawiła się informacja o śmierci Andrzeja Adamiaka, wokalisty Rezerwatu, zacząłem rozważać też i inne scenariusze. Ile w tym przypadku, a ile mistyki nie mnie oceniać, najważniejsze, że Rezerwat zagościł w końcu na łamach tego bloga, choć szkoda, że w tak smutnych okolicznościach.

03 kwietnia 2020

CZAS POLOWAŃ

Rzadko zdarza się taka sytuacja bym żałował, że nie jestem dziedzicem jakiejś fortuny bowiem to co udało mi się wyszperać na jednym z portali aukcyjnych spowodowało u mnie niemały zawrót głowy. Zaczęło się od tego, że oto udało mi się namierzyć debiutancki album Modern English "Mesh & Lace" (1981), na który to ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu. Z ciekawości zajrzałem do przedmiotów jakie ten sprzedawca wystawił na aukcję i powiedzieć, że mnie zamurowało to jakby nic nie powiedzieć. Otóż jeśli ktoś chciał sobie uzupełnić kolekcję o płyty mniej lub bardziej powiązane z nurtem post punk czy gothic rock to miał ku temu najlepszą okazję. Mało tego, niektóre z płyt nie miały na dzień dobry ustawionych jakiś zaporowych cen, ale jak to zwykle bywa chętnych też nie brakowało. Stąd też nie udało mi się pozyskać debiutu Modern English, ale na otarcie łez pozostały mi nie mniej smakowite kąski. Pierwsze co padło moim łupem to płyta Hex "Vast Halo" (1990). Z początku nic mi ta nazwa nie mówiła, ale gdy poszperałem nieco w sieci okazało się, że ten materiał powiązany jest z liderem australijskiego zespołu The Church. Posłuchałem fragmentów i już wiedziałem, że muszę to mieć. Taka okazja mogła się już przecież więcej nie trafić. Szczęśliwie inni obserwatorzy szykowali się chyba do ustrzelenia innej zwierzyny więc oddali ten album bez walki. Podobnie sprawa miała się z cudowną płytą "Fiction" (1982) grupy Comsat Angels. Obie płyty udało kupić się w tak śmiesznie niskich cenach, że aż sam byłem zaskoczony. Niestety nie wszędzie poszło tak gładko. W przypadku albumu "Standing Up Stright" (1986) zespołu The Wolfgang Press, Peter Koppes "Love Era/Irony" (1998) jak i solowego wydawnictwa Steve Kilbey "Unearthed" (1986) trzeba było jak to mówią porozpychać się w tłumie łokciami. Były też inne wydawnictwa lidera The Church, ale wszystkiego nie dało się wylicytować. Coś trzeba było odpuścić by móc skoncentrować siły do natarcia na inne obiekty. Z żalem wiec przyszło obejść się smakiem w przypadku takich rarytasów jak choćby "The Legendary Wolfgang Press And Other Tall Stories" (1986) The Wolfgang Press, dwupłytowych edycji "Heyday" (1985) The Church czy "Strange Times" (1986) The Chameleons. Było jeszcze kilka innych istotnych dla mnie rzeczy, ale w tej chwili już nawet ciężko mi je sobie przypomnieć. Nie było jednak co płakać nad rozlanym mlekiem bowiem wśród moich trofeów znalazły się też płyty, które to osładzały mi nieco gorycz porażki. Myślę, że większość miłośników tego typu muzyki nie wzgardziłaby takimi albumami jak: Love And Rockets "Seventh Dream Of Teenage Heaven" (1985), The Damned "Strawberries" (1982), Daniel Ash "Coming Down" (1991), The Comsat Angels "My Minds Eye" (1992) czy Gene Loves Jezebel "Promise" (1983) w wersji 2 CD. Gdy dodam, że dwie z tych pozycji kosztowały mnie po 4,90 PLN za sztukę to chyba można się faktycznie za głowę złapać. Gdy opadł już kurz, dziękowałem w myślach, że sprzedający nic więcej już nie wystawiał bo chyba musiałbym zaciągnąć jakiś kredyt w banku lub sprzedać nerkę na czarnym rynku. Takie to właśnie jest życie kolekcjonera płyt. Pełne pokus, adrenaliny i potyczek. Każdy kto zasmakował w takim życiu wie jak to wygląda, a kto nie miał okazji niech wie, że ta pasja może pochłonąć człowieka bez reszty, ale nie zamieniłbym jej na żadną inną.

Jakub Karczyński

29 marca 2020

KILLING JOKE - PANDEMONIUM (1994)

Rok 2020. Ziemię ogarnia pandemia zabójczego wirusa. Wśród ludzi szerzy się panika. Rządy poszczególnych krajów podejmują nierówną walkę z nowym typem zagrożenia. Z dnia na dzień światowa ekonomia doświadcza takiego kryzysu, o jakim nawet nie śnili najbardziej pesymistyczni analitycy. Spora część ludzkości zostaje odizolowana w miejscach zwanych rezerwatami. Zdziesiątkowana ludzkość musi zmierzyć się nie tylko z zabójczą pandemią, ale i z własnymi instynktami przetrwania, które nakazują przeżyć za wszelką cenę. Carolco Pictures przedstawia. "PANDEMONIUM". Nowy film Jaza Colemana, reżysera takich hitów jak "NIGHT TIME" czy "BRIGHTER THAN A THOUSAND SUNS". "PANDEMONIUM" to niezwykle realistyczna wizja świata w obliczu zagłady. Czy jesteśmy na nią gotowi? Jaka przyszłość czeka ludzkość i jak wielką cenę jesteśmy w stanie zapłacić w zamian za przetrwanie? Tego wszystkiego dowiecie się z nowego thrillera science fiction "P A N D E M O N I U M".

Czytał Tomasz Knapik.
 

Ten filmowy trailer stylizowany na epokę kaset VHS jak ulał pasuje nie tylko do naszej zaokiennej rzeczywistości, ale i do nastroju wykreowanego na "Pandemonium". Killing Joke. Zespół instytucja, który sam dla siebie stanowi wyznacznik najwyższej jakości. Grupa, która wskazuje kierunki i inspiruje tak debiutantów jak i starych scenicznych wyjadaczy. Pomimo tylu lat działalności wciąż potrafią zaskakiwać, tak jak choćby w 1994 roku, gdy na sklepowych półkach pojawił się album "Pandemonium". Tak monumentalnego i wciskającego w fotel dzieła grupa w swym dorobku jeszcze nie miała. To album na czasy ostateczne. Soundtrack, który mógłby ilustrować zagładę rasy ludzkiej i to w skali o jakiej nam się nie śniło. Już pierwsze dźwięki nie pozostawiają wątpliwości co do niezwykłości tego albumu. Tytułowe nagranie jest potężne, złowieszcze i prze do przodu niczym czołg. Lepszego otwarcia nie można było sobie wprost wymarzyć. Jeśli jednak myślicie, że zespół pozwoli wam zaczerpnąć oddechu to grubo się mylicie. Jak już się wsiadło na tę diabelską karuzelę to już tak szybko się z niej nie zejdzie. Każdorazowo otrzymujemy serię tak zabójczo precyzyjnych ciosów, że aż człowiekowi brakuje tchu. Nie zdziwiłbym się też gdyby ktoś umarł z zachwytu przy tej płycie bo choć lata mijają to ona wciąż zachwyca. Jest jak diament, którego nic się nie ima. Wszystko jest tu dopracowane w najmniejszym szczególe więc nie za bardzo jest się do czego przyczepić. Kompozycje ostre jak brzytwa, tną przestrzeń i wchodzą niczym nóż w masło. Receptą na sukces okazała się mieszanka tak nieprawdopodobnie dużej ilości stylów, że aż trudno uwierzyć, iż to wszystko stworzyło spójną całość. Co dociekliwsi słuchacze odnajdą tutaj wpływy muzyki bliskiego wschodu, metalu, industrialu, trance, a nawet techno. Przyznacie, że może się człowiekowi od tego zakręcić w głowie. Sztuką jest więc znaleźć do tych pozornie nieprzystających elementów odpowiedni klucz. Im się to udało, o czym zaświadczam z całą odpowiedzialnością. Trzeba tylko otworzyć swój umysł, a muzyka ta wniknie w wasze komórki i odciśnie ślad w waszym DNA. Jak z pewnością zauważyliście nie rozbierałem płyty na czynniki pierwsze bo w przypadku takich albumów nie ma sensu wyróżniać poszczególnych utworów. Tej płyty trzeba słuchać w całości, od przysłowiowej deski do deski. Dopiero wtedy poczujecie jej prawdziwą moc. Z tego co powyżej przeczytaliście moglibyście wysnuć wniosek, że to jedna z najlepszych płyt w dorobku Killing Joke. I słusznie. Tak w istocie jest, ale jeśli nie wierzycie na słowo przekonajcie się o tym na własne uszy. 

"Pandemonium" to z pewnością najodważniejszy album w całej karierze Killing Joke. Na przestrzeni lat ich styl ewoluował, ale dopiero tutaj wykonali prawdziwie milowy skok, za co należy im się uznanie i dozgonny szacunek. Lubię takie odważne płyty, które nie tylko poszerzają horyzonty muzyczne, ale i igrają ze słuchaczem. Testują nasze granice i uczą otwartości na to co nowe. Łamią schematy i pokazują, że w muzyce nie powinno być żadnych granic i zahamowań. Jedynym ograniczeniem jest umysł twórcy, a właściwie jego wyobraźnia. Im bardziej nieszablonowa i nieokiełznana tym lepiej dla muzyki. Nie nakładajmy więc na muzyków kajdan i dajmy im eksperymentować i zmieniać swoją muzykę jeśli tylko mają na to ochotę, a będziemy świadkami narodzin tak wspaniałych płyt jak choćby ta.

Jakub Karczyński

21 marca 2020

PANDEMIA


Pandemia koronawirusa postawiła cały świat na głowie. Nie sądziłem, że przyjdzie mi przeżyć coś takiego. Coś co do tej pory znaliśmy tylko z filmów katastroficznych stało się naszym udziałem. Nic dziwnego, że wciąż mi się wydaje, że obudziłem się przez pomyłkę na planie jakiegoś filmu, a nie w świecie, który jeszcze do niedawna składał się ze względnie bezpiecznych elementów. Niestety każdego poranka przychodzi budzić mi się wciąż na planie owego filmu. Szczypanie nie pomaga, wciąż tu tkwię i nie za bardzo wiem jak wrócić do tego starego świata. Każą siedzieć w domu, unikać kontaktów z ludźmi więc unikam i siedzę wśród czterech ścian. Na szczęście domowa biblioteka i płytoteka zaopatrzone nad wyraz dobrze więc o przerwy w dostawie kultury nie muszę się martwić. Żal za to odwołanych koncertów, zwłaszcza, że w kwietniu miałem pojechać na dwudniowy występ The Mission, na których to mieli odgrywać materiał ze swych starych płyt. Miejmy nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze. Europejska trasa Misjonarzy została w całości odwołana i przesunięta na bardziej dogodny czas. Ostatnim koncertem na jakim dane mi było być był występ The Legendary Pink Dots, który to zresztą opisywałem niedawno na łamach "Czarnych słońc" więc nie ma sensu ponownie rozpisywać się na jego temat. Powiem tylko tyle, że za jego sprawą znów rozsmakowałem się w ich muzyce. Uzupełniam dyskografię bo braki w tym temacie mam naprawdę spore. Nie trudno o nie jeśli spojrzymy jak potężną dyskografią dysponuje ta nietuzinkowa grupa. W ostatnim czasie nabyłem więc "Angel In Detail" (2019), "Any Day Now" (1987) oraz "The Golden Age" (1988). Tę pierwszą mam już rozpracowaną, drugą miałem w innej wersji, ale chciałem mieć z oryginalną szatą graficzną, a z trzecią dopiero się zapoznaję. Muzyka Kropek to osobne uniwersum, które mieści w sobie tak wiele różnych dźwięków przez co nie da się jej upchnąć w jednej szufladzie stylistycznej. I dobrze, nie wszystko musi być tak skrupulatnie sklasyfikowane. Wszak muzyka to nie atlas botaniczny. Muzyka to przede wszystkim emocje i wspomnienia, które kolekcjonujemy jak niegdyś znaczki pocztowe. Zbierajmy je dalej (wspomnienia, nie znaczki), choć przez najbliższy czas będziemy zdani na zasoby własnych półek oraz sklepów internetowych. NIE RYZYKUJCIE !!! Pozostańcie w domach, bądźcie zdrowi i bezpieczni.

Jakub Karczyński

13 marca 2020

THE PSYCHEDELIC FURS - THE PSYCHEDELIC FURS (1980)

Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień,
Już bliżej jest niż dalej, o tym wiesz.
Czterdzieści lat minęło, odeszło w cień,
I nigdy już nie wróci, rób, co chcesz.

Tak w tym roku mogłaby sobie zaśpiewać grupa The Psychedelic Furs, gdyby tylko znała temat przewodni z "Czterdziestolatka", a wszystko to w związku z przypadającym w tym roku czterdziestoleciem ich debiutanckiej płyty. Jubileusz ten miał miejsce dosłownie przed kilkoma dniami. To właśnie siódmego marca 1980 roku, na sklepowych półkach pojawił się ten niezwykły album. Wyprodukowany w większości przez jednego z najbardziej znanych dziś producentów jakim jest Steve Lillywhite. Wyjątkiem jest kilka nagrań, którym ostetecznego szlifu nadali Howard Thompson, Ian Taylor oraz sam zespół. Ciekawostką jest fakt, że album ten w wersji amerykańskiej różni się od swego brytyjskiego odpowiednika tak ilością utworów jak i ich układem. W USA słuchacze mogli usłyszeć dodatkowo  Susan's Strange oraz Soap Commercial, które to zrealizował nie kto inny jak Martin Hannett. Zabrakło jednak utworu Blacks/Radio stąd też chcąc usłyszeć to nagranie trzeba albo zakupić brytyjskie wydanie tejże płyty lub wyposażyć się w reedycję, która to zawiera nie tylko oryginalny układ utworów, wspomniane powyżej kompozycje, ale i bonus w postaci coveru Mack The Knife. Wróćmy jeszcze na chwilę do producentów tejże płyty. Obecność takich nazwisk jak Lillywhite czy Hannett na jednej płycie może działać na wyobraźnie. Lillywhite najbardziej kojarzony jest z grupą U2, z kolei Hannett zapisał się w świadomości słuchaczy jako gość od Joy Division, a przecież każdy z nich ma w swym portfolio wielu innych wykonawców, którym pomagali w produkcji ich płyt. Na przestrzeni lat, zbudowali swoją markę, pomagając takim grupom jak choćby The Psychedelic Furs, dostać się na szczyt. Nie wszystkim się udało, ale ci, którzy tam dotarli wywindowali nie tylko siebie, ale i swych producentów.

Album zaczyna się dość spokojnie i tajemniczo. To jednak tylko pozory bowiem już po chwili ten instrumentalny wstęp przeradza się w dynamiczny post punk. Gdy do głosu dochodzi szorstki, matowy i ochrypły wokal, wtedy muzyczny portret tego albumu jest już niemal gotowy. Pozostaje dodać do niego kilka detali jak choćby saksofon by uzyskać indywidualny rys, wyróżniający grupę spośród wielu innych. To jednak nie gwarantuje jeszcze sukcesu bowiem bez dobrych kompozycji na nic charyzma, charakterystyczny wokal czy wyróżnik w postaci saksofonu. Na szczęście panowie z The Psychedelic Furs pomyśleli i o tym. Nie było w tym jednak nic z chłodnej kalkulacji wykoncypowanej z myślą o listach przebojów. Utwory choć chwytliwe, nie zdradzają znamion komercyjnych kompromisów. Brzmią surowo jak na post punk przystało, a zarazem nie wyrzekają się melodii. Swymi kompozycjami tworzą system sprytnie utkanych pajęczyn, w które to łapią słuchacza i nie pozwalają mu się z nich oswobodzić. Przyznam szczerze, że nie opierałem się zbyt długo. Dałem im się złowić już przy drugim nagraniu. Sister Europe bo o nim mowa, ma w sobie coś takiego co mnie obezwładnia i nie pozwala wykonać jakiegokolwiek ruchu. Ta swoista katatonia to stan, z którego nie umiem się wyrwać. Być może ma na to wpływ ta swoista melancholia, która unosi się nad tym utworem. Wciąga mnie z każdą sekundą niczym ruchome piaski, a ja nawet nie podejmuję próby wyswobodzenia się. W takiej muzyce mogę pogrążyć się po same uszy. W podobne tony uderza Susan's Strange, które to jak już wspominałem dane było początkowo usłyszeć tylko posiadaczom amerykańskiego wydania tej płyty. I choć nie jest to nic co by mogło wam spędzać sen z powiek to trudno też uznać je za tak zwaną zapchaj dziurę. Z objęć melancholii wyrywają nas z kolei dynamiczny Fall oraz We Love You, w których to do głosu dochodzi pierwiastek punk rockowy. Z kolei w Soap Commercial uwydatniają się elementy charakterystycznego stylu Joy Division, ale to chyba zrozumiała rzecz skoro produkcja spoczęła w takich, a nie innych rękach. W połączeniu z charakterystycznym brzmieniem wypracowanym przez grupę dało to niezwykle interesujący efekt. To co jednak zwraca moją szczególną uwagę to nagranie Imitation Of Christ. W mojej opinii najlepsza rzecz na tym albumie, która mogłaby stanowić za ich wizytówkę. Nieco więc szkoda, że zespół nie zdecydował się zakończyć tym nagraniem płyty bo byłoby to takie swoiste postawienie kropki nad i. W brytyjskim wydaniu kompozycja ta znajduje się na pozycji numer trzy, z kolei w amerykańskim wydaniu, które przychodzi mi tu recenzować, utwór ten umieszczono pod numerem siedem. Do końca pozostały więc nam jeszcze trzy utwory. Niezwykle energetyczny Pulse, wypada całkiem nieźle, w przeciwieństwie do dość monotonnego Wedding Song, które nie wnosi nic istotnego do obrazu całości. Dobrze więc, że to nie ono kończy album. Ten zaszczyt przypadł w udziale kompozycji Flowers. Może nie jest to rzecz z gatunku klękajcie narody, ale wstydu grupie bynajmniej nie przynosi. Powiem więcej to bardzo udane zakończenie, pełne energii i naturalnego luzu. Po czymś takim, aż chce się nastawić płytę jeszcze raz.

Debiutancki album The Psychedelic Furs choć ma na karku już czterdzieści lat, to wciąż jest niezwykle żwawy i co najważniejsze nie trąci myszką. Z pewnością i dziś znajdzie swych odbiorców, zważywszy na fakt, że nurt z jakiego się wywodzi jest wciąż żywy, a i młodzi twórcy sięgają ochoczo po jego wytwory. Warto więc wychodzić poza utarty kanon i posłuchać nieco rzeczy mniej oczywistych. Pierwszy album The Psychedelic Furs nadaje się do tego znakomicie. Jeśli nie mieliście okazji go poznać to nadrabiajcie szybko zaległości i koniecznie dzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Jakub Karczyński