27 lutego 2020

THE LEGENDARY PINK DOTS - POZNAŃ - 14.02.2020

Minęło już trzynaście lat odkąd ostatni raz widziałem Legendarne Różowe Kropki w przestrzeni klubowej. Szmat czasu. O tym jak wiele się w tym czasie zmieniło niech świadczy fakt, że na tamtym koncercie zdjęcia robiłem małym aparatem cyfrowym, a w kieszeni miałem telefon, który nawet jeszcze nie śnił o Internecie. W walentynkowy piątek 2020 roku, celowałem już w kierunku sceny smartfonem za pomocą, którego mogę zamówić pizzę, opłacić rachunki jak i zakupić sobie bilet na koncert. Jedyne czego nie mogę, to wykonać porządnego zdjęcia na klubowych koncertach bowiem aparaty zamontowane w telefonach po prostu nie nadają się do zadań tego typu. Poza technologią, zmieniła się także nieco fizjonomia samego Edwarda, skład zespołu (brak Nielsa Van Hoornblowera - sax) oraz muzyka jaką grupa zaprezentowała na swym ostatnim albumie zatytułowanym "Angel In Detail" (2019).

Jeśli ktoś spodziewał się usłyszeć przekrojowy materiał z przebogatej dyskografii grupy, to mógł poczuć coś na kształt rozczarowania bowiem muzycy największy nacisk położyli na swój najnowszy materiał. Może to nieco dziwić gdy zestawi się to z nazwą trasy, która przebiega pod szyldem "40th Anniversary Tour". Nie ma jednak co kręcić nosem bo i nowe dźwięki pięknie wypełniły tak klubową przestrzeń jak i uszy zgromadzonych. Tych ostatnich było nie więcej jak trzysta osób stąd też klub nie pękał w szwach. Przyszli ci, którzy mieli przyjść. Najbardziej wtajemniczeni, dla których świat Legendarnych Różowych Kropek jest zapowiedzią wyprawy w nieznane. I tak też w istocie jest z ich koncertami. Mając tak bogatą dyskografię obejmującą blisko pięćdziesiąt studyjnych płyt, można podążyć w dowolnym kierunku trochę więc szkoda, że wyprawy w przeszłość były wyłącznie incydentalne.  Ograniczyły się do pojedynczych nagrań z takich płyt jak "Chemical Playschool 19 & 20" (2016), "Chemical Playschool 8 & 9" (2000), "The Maria Dimension" (1991). Jedynie album "The Crushed Velvet Apocalypse" (1990) zaprezentowano w dwóch odsłonach. Trzonem koncertu jak już wspomniałem był album "Angel In Detail", który zakupiłem chwilę przed koncertem. Niestety jego zawartość była dla mnie wciąż jeszcze owiana tajemnicą stąd też dopiero po prześledzeniu rozpiski koncertowej zorientowałem się, że to właśnie on grał pierwsze skrzypce tego wieczora. Pomimo że był to mój pierwszy kontakt z zawartością tej płyty, to wiele utworów utkwiło mi w pamięci, co tylko dobrze o nich świadczy. Z pewnością na wyróżnienie zasłużyły Happy Brighday Mr President, Maid To Measure, The Photographer czy zwieńczenie albumu w postaci nagrania Red Flag. Zwłaszcza dwie ostatnie kompozycje to prawdziwe cream de la cream tego albumu, którym zachwycam się obecnie w zaciszu mieszkania.

Wszystkie utwory przyjmowane były z entuzjazmem, ale pewne nagrania cieszyły się większym uznaniem niż inne. Jak nietrudno się domyślić, chodzi o nagrania ze głębokiej przeszłości jak choćby Disturbance z uwielbianej płyty "The Maria Dimension". Żal nieco, że był to jedyny fragment z tej niesamowitej płyty. Gdyby sięgnęli po utwór Belladonna przypuszczam, że publiczność oszalałaby ze szczęścia. Niestety tak się nie stało. Na otarcie łez otrzymaliśmy za to Just A Lifetime z równie cenionego "The Crushed Velvet Apocalypse". Moją uwagę zwróciło także nagranie  Real World, które to w partiach gitarowych przywodziło mi na myśl muzykę Ennio Morricone stworzoną do obrazu "Pewnego razu na dzikim zachodzie". Chodzi o kompozycję Man With A Harmonica. Polecam porównać sobie te dwa utwory i poszukać elementów, które je ze sobą łączą. Jeśli już jesteśmy przy westernach, muzyce Legendarnych Różowych Kropek to siłą rzeczy musi paść to nazwisko. Tak, właśnie to. Tomasz Beksiński, bo to właśnie jemu zawdzięczamy to, że muzyka tego zespołu zyskała w naszym kraju taką popularność. Gdy zagłębiałem się w nową twórczość Kropek, zastanawiałem się jak dziś odbierałby te dźwięki Tomek. Czy zaakceptowałby obecne oblicze i kierunek w jakim zmierza grupa czy może kręciłby nosem i tęsknie wzdychał do przeszłości. Tego już się niestety nie dowiemy, choć gdy tak słucham sobie tej nowej płyty to myślę, że jest tam kilka takich miejsc, gdzie Tomek mógłby zakotwiczyć. Choćby takie Red Flag czy Isle Of Sighs. Odłóżmy jednak to gdybanie na bok i wróćmy do koncertu. Chyba nie tylko mnie wydawał się on nieco za krótki. W podstawowym secie zmieściło się jedenaście nagrań, ale publiczności wciąż było mało więc wywołaliśmy grupę na bis. W nagrodę otrzymaliśmy nie byle co, bo nagranie Hellsville. I gdy już powietrze wypełniło się entuzjazmem, a publiczność zaczęła snuć plany dalszej muzycznej podróży, grupa pokłoniła się i zeszła ze sceny by już na nią nie powrócić. 

Tak też zakończył się ten niezwykły spektakl, pozostawiając nas z uczuciem lekkiego niedosytu. Cóż poradzić? Nie każdy koncert jest koncertem naszych życzeń. Trzeba więc przyjmować to co nam ofiarowują i cieszyć się tym, zamiast emocjonować się alternatywnymi scenariuszami, którym nie dane było się urzeczywistnić w naszym wariancie życia. Jest więc jeszcze o czym marzyć, jest więc o czym jeszcze śnić. Do zobaczenia zatem w tej lub w innej wersji rzeczywistości wg Różowych Kropek.


Jakub Karczyński


13 lutego 2020

ATAK Z ZASKOCZENIA

Nie wiem czy ktokolwiek wyczekiwał tej informacji ale jeśli są tu takowi to wreszcie się jej doczekaliście. Cierpliwość musieliście mieć iście anielską bowiem wyczekiwać niemal trzydzieści lat na wiadomość, że oto grupa The Psychedelic Furs wyda swój kolejny album, to naprawdę nie lada wyczyn. Płyta ukaże się pierwszego dnia maja, a zatytułowana będzie "Made Of Rain" (2020). Pięknie, prawda? Całkiem niedawno ujawniono jej mały fragment w postaci nagrania Don't Believe oraz zaprezentowano także okładkę albumu. Zapowiada się to wszystko niezwykle interesująco więc tylko wypatrywać majówki. Dla niecierpliwych pierwszy kęs poniżej. Smacznego:


Grupa The Psychedelic Furs nie jest w Polsce zbyt rozpoznawalna, a ich płyt nie można kupić sobie od tak wchodząc do Empiku czy Media Markt. Nie dorobili się nawet swojego miejsca w polskiej Wikipedii. Ciekawi mnie też jak często (o ile w ogóle), ich muzyka gościła na falach polskich rozgłośni radiowych. A przecież nie jest to jakaś niszowa grupa, o której mało kto w świecie słyszał. Ba, w 1987 roku odnieśli niemały sukces za sprawą albumu "Midnight To Midnight". Kilka lat wcześniej, sprokurowali utwór Pretty In Pink umieszczając go na swym drugim albumie "Talk Talk Talk" (1981). Po latach utwór ten zainspirował reżysera Johna Hughesa do nakręcenia filmu o takim tytule i umieszczeniu na ścieżce dźwiękowej nowej wersji tej kompozycji. Soundtrack okazał się sporym sukcesem pokrywając się platyną. Nic w tym dziwnego bowiem wypełniała go muzyka takich tuzów jak choćby The Smiths, OMD, New Order czy wreszcie Echo & The Bunnymen. Soundtrack ten znalazł się wśród piętnastu najlepszych kompilacji filmowych wytypowanych przez magazyn "Spinner". Gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości co do ich twórczości to dodam, że w ostatnich latach po ich utwory sięgnęli twórcy serialu "Stranger Things" oraz nominowanego do Oscara obrazu "Call Me By Your Name". Jeżeli nie macie na półkach ich płyt to szybko nadrabiajcie zaległości byście z czystym sumieniem mogli w maju przystąpić do słuchania nowego materiału.

Jakub Karczyński
   

08 lutego 2020

CLAN OF XYMOX - WROCŁAW 24.01.2020

Foto: Jakub Karczyński
 
W ostatnich latach udało mi się nadrobić koncertowe zaległości w muzyce o jakiej rozpisuję się na łamach "Czarnych słońc". Moi bohaterowie nad wyraz ochoczo odwiedzali nasz kraj więc grzechem byłoby nie zobaczyć takich tuzów jak choćby Fields Of The Nephilim czy Bauhaus. Jednym z moich niespełnionych marzeń było uczestnictwo w koncercie grupy Clan Of Xymox. Wiedziałem, że co jakiś czas można było ich zobaczyć na festiwalu Castle Party, ale jakoś nigdy się nie złożyło bym tam dotarł. Gdy więc gruchnęła wieść o tym, że Clan Of Xymox zagra we Wrocławiu, wiedziałem, że w żaden sposób nie mogę przepuścić takiej okazji. Pozostało więc jak najszybciej zakupić bilet i ogarnąć kwestię transportu. Szczęśliwym zrządzeniem losu na ten koncert wybierał się też mój znajomy, a że miał akurat jedno wolne miejsce w aucie to skwapliwie skorzystałem z takiej okazji. W drodze do stolicy Dolnego Śląska odświeżaliśmy sobie starsze jak i nowsze płyty Clan Of Xymox. Nie miałem większych oczekiwań co do repertuaru, no może z wyjątkiem jednego. Marzyło mi się by zagrali coś z płyty "Twist Of Shadows" (1989), którą to uwielbiam bezgranicznie. Szanse na to były bardzo znikome stąd też nie rozbudzałem nadmiernie swoich nadziei by smak rozczarowania nie przesłonił mi całokształtu wrażeń. Już samo uczestnictwo w koncercie tej legendarnej grupy było dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Do Wrocławia powiodła nas trasa S5, dzięki czemu podróż odbyła się w naprawdę ekspresowym tempie. Pod samym klubem A5, do którego przeniesiono koncert nie było specjalnego tłoku bowiem z uwagi na dość mroźną aurę, wszyscy fani wyczekiwali już swych ulubieńców w środku. Hala A5 nie jest może idealnym miejscem na koncerty, ale mieści zdecydowanie więcej osób niż Stary Klasztor, w którym to pierwotnie planowano zorganizować to wydarzenie. Zyskaliśmy większą przestrzeń, ale odbyło się to kosztem nastrojowości. Zważywszy jednak na ogromne zainteresowanie koncertem Clan Of Xymox, nie było innego wyjścia jak przenieść ten występ do większego obiektu.

Gdy z głośników popłynęło intro z utworu Stranger nikt już chyba nie miał wątpliwości, że oto za moment na scenę wkroczą oni, legendarni Clan Of Xymox. Wiem, że moja ekscytacja jest na wyrost bo z pierwotnego składu pozostał tylko Ronny Moorings, ale to i tak nie umniejszało w żaden sposób mojej radości. Pewnym rozczarowaniem był jednak fakt, że na scenę wraz z panami nie wkroczyła Mojca Zugna. Ta słoweńska basistka i projektantka okładek może pochwalić się już blisko trzydziestoletnim stażem. Brała bowiem udział w nagrywaniu dwóch albumów pod szyldem Xymox - "Metamorphosis" (1992) i "Headclouds" (1993). Żal więc, że nie pojawiła się we Wrocławiu.

Foto: Szymon Gogolewski

Foto: Jakub Karczyński
  
Clan Of Xymox zaprezentowali się więc w typowo męskiej odsłonie i jako się rzekło, rozpoczęli swój występ od nagrania Stranger, będącego ozdobą ich debiutu z 1985 roku. Z pewnością serca fanów w tym momencie zabiły żywiej bowiem co by nie mówić to właśnie te pierwsze albumy w dorobku grupy cieszą się największą estymą i poważaniem. Na szczęście i w późniejszych latach trafiły się rzeczy godne uwagi jak choćby nagranie Jasmine And Rose, mój faworyt z płyty "Creatures" (1999). Przyznam, że nawet nie marzyłem o tym by usłyszeć je tego wieczora. Poziom ekscytacji rósł więc niesamowicie szybko. Zanim zdążyłem złapać oddech z głośników już sączyło się Louise, jeden z piękniejszych fragmentów z kultowej "Medusy" (1986). Nieco żal, że grupa nie nawiązuje już w swej muzyce do tak nastrojowych klimatów bo z pewnością wciąż jest zapotrzebowanie na takie dźwięki. Obecnie więcej w muzyce grupy głośnych syntezatorowych brzmień, o czym przekonaliśmy się tego wieczora za sprawą wyciągu z albumu "In Love We Trust" (2009). Emily jak i Hail Mary kąsały nasze uszy dość bezpardonowo. Zdecydowanie lepszym pomysłem byłoby sięgnięcie po inne utwory z tejże płyty jak choćby Sea Of Doubt czy Morning Glow. No, ale wiadomo, że koncert rządzi się swoimi prawami, a ilu widzów tyle list życzeń. "Days Of Black" (2017), czyli ostatni album grupy, reprezentowały we Wrocławiu zaledwie dwa nagrania - Leave Me Be oraz singlowe Loneliness. Przyjęto je ciepło, ale bez takiego entuzjazmu jaki towarzyszył nagraniom z pierwszych dwóch płyt. Po nich Ronny zapowiedział premierową kompozycję mającą zwiastować nadejście nowego albumu. Premierowe wykonanie poprzedził apel i zarazem prośba o to by powstrzymać się przed nagrywaniem. Jak można się domyślić, nie wszyscy uszanowali wolę lidera, stąd też już następnego dnia materiał był dostępny na YouTube. Jak wypada nowe nagranie? She z pewnością nie zdetronizuje dawnych hitów, a na tle obecnej twórczości grupy wypada dość przyzwoicie. Nie wzbudza we mnie może jakiegoś wielkiego entuzjazmu, ale też daleki jestem od wieszania na nim psów. Single jak to single, nie zawsze dobrze oddają charakter albumu więc nie ma co prorokować na temat kierunków jak i jego zawartości. Najważniejsze, że publiczność entuzjastycznie przywitała nowego członka rodziny. Nie wnikam ile w tym kurtuazji, a ile szczerych reakcji. Na oceny przyjdzie jeszcze czas. Gdy już ucichła wrzawa i oklaski, nagle usłyszałem coś co przyjemnie połaskotało moją duszę, a gdy zrozumiałem, że to Obssesion z albumu "Twist Of Shadows" (1989), momentalnie dreszcz ekscytacji przeszedł mi po plecach. Choćby tylko dla tego jednego nagrania warto było przyjechać na ten koncert. Usłyszeć fragment z płyty swojego życia - bezcenne. W tym momencie było mi już wszystko jedno co pojawi się w dalszej części choć skrycie liczyłem na kontynuację tej podróży. Stało się jednak inaczej i zamiast kolejnych pereł z "Twist Of Shadows" usłyszeliśmy Muscoviet Mosquito znane z albumu "Subsequent Pleasure" (1983). Na dokładkę otrzymaliśmy jeszcze cudowne A Day, które to było ostatnim akordem programu. Po jego wybrzmieniu zespół zszedł ze sceny żegnając się z fanami. Nikt jednak nie myślał wypuszczać zespół z Wrocławia bez bisów.

Szczęśliwie nie kazali na siebie zbyt długo czekać i po chwili kontynuowaliśmy kurs wyznaczony przez utwór A Day. Cry In The Wind rozmiękczył chyba nawet najbardziej zatwardziałe serca, a i nie zdziwiłbym się gdyby komuś także łza wzruszenia zakręciła się w oku. Szkoda, że nastrój ten zburzył dość hałaśliwy In Love We Trust, w którym to natężenie głośności dawało momentami nieźle po uszach. Jest to niestety kolejny raz, gdy realizatorzy dźwięku zamiast zadbać o komfort słuchaczy, dorzucają decybeli do pieca jakby w myśl zasadzie, że im głośniej tym lepiej. Jeśli kto opuścił koncert wraz z ostatnimi dźwiękami A Day to pozbawił się też przyjemności wysłuchania Back Door, które to zakończyło pierwszy bis i jak się później okazało także dźwiękową podróż do lat 80. No, z jednym mały wyjątkiem.

Ci, którzy wytrwali, usłyszeli jeszcze na dokładkę This World, z albumu "Hidden Faces" (1997), którym to grupa powróciła na rynek pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Tam też pojawiła się kompozycja Going Round (z dopiskiem 97), mająca swój pierwowzór na płycie "Subsequent Pleasure". Nie ukrywam, że nie są to moi faworyci i z pewnością znalazłbym dla nich ciekawsze zastępstwo, ale cóż było robić. Przyjąłem te nagrania z całym dobrodziejstwem inwentarza. I gdy już wydawało się, że to definitywny koniec, zespół powrócił do nas na jeszcze jeden utwór. Farewell. Tytuł pasował jak ulał do okoliczności, choć szczerze mówiąc nie było to pożegnanie na jakie liczyłem. Nie zmienia to jednak mojej dobrej opinii o wrocławskim występie grupy. Oczywiście można ponarzekać na nagłośnienie i jego intensywność, ale odnoszę wrażenie, że jest to niejako standard, w przypadku koncertów na jakich ostatnio bywałem. Pocieszam się jednak tym, że po latach moja pamięć wyszlifuje i wypoleruje wszystkie nierówności i pozostawi mi w głowie kilka najpiękniejszych kadrów, do których z pewnością przyjemnie będzie powrócić.

Jakub Karczyński

PS Z góry przepraszam za kiepskiej jakości zdjęcia. Jeśli ktoś dysponuje lepszymi, a chciałby je udostępnić to chętnie zilustruję nimi niniejszy wpis.

04 lutego 2020

NIE ŻYJE ANDY GILL (GANG OF FOUR)

Photo by Jimi Giannatti
Śmierć znów postanowiła przypomnieć nam o swym istnieniu, zabierając tym razem na drugą stronę gitarzystę grupy Gang Of Four. Andy Gill odszedł od nas pierwszego lutego, mając na swym koncie zaledwie 64 lata. Przyczyną śmierci były prawdopodobnie powikłania po grypie. O śmierci poinformował sam zespół za pomocą mediów społecznościowych:

Jest nam bardzo ciężko pisać takie rzeczy, ale nasz wspaniały przyjaciel oraz wielki lider zmarł. Ostatnia trasa koncertowa z listopada 2019 była jedyną możliwością, aby Andy mógł się pożegnać - ze stratocasterem, krzykiem oraz odpowiedzią z pierwszego rzędu.  

Andy poza działalnością w Gang Of Four udzialał się również jako producent muzyczny wspierając swoją wiedzą zarówno takich weteranów jak Killing Joke czy The Stranglers jak i tych mniej utytułowanych jak choćby The Futureheads.

Gang Of Four zawiązali się w 1976 roku i działali do roku 1984. Reaktywowali się dwukrotnie w latach dziewięćdziesiątych po czym znów zawiesili działalność. Powrócili dopiero w 2004 roku na fali popularności takich grup jak The Futureheads, Franz Ferdinand i Block Party, które otwarcie przyznawały się do inspiracji muzyką grupy. Rzekłbym nawet, że czerpały z ich dorobku pełnymi garściami przeszczepiając na swój grunt taneczność sekcji rytmicznej, tak charakterystycznej i wyróżniającą Gang Of Four spośród innych grup działających pod koniec lat siedemdziesiątych.

Andy był ważną częścią grupy jak i jej brzmienia. Żal więc, że przychodzi nam już pisać o nim czasie przeszłym. Nie pozostaje nam nic innego jak wyjąć z półki płyty Gang Of Four, podkręcić potencjometr i posłuchać jego gry wraz z sąsiadami. Andy, będzie nam cię brakowało. Spoczywaj w pokoju.


Jakub Karczyński

31 stycznia 2020

KOLEKCJONERSKI PRZEPYCH

Nurtuje mnie pewna sprawa nad którą to rozmyślam od pewnego czasu. Temat jest prosty i z pewnością niejednemu z Was też chodził kiedyś po głowie. Jak to w tym życiu jest, czy lepiej mieć czegoś więcej czy mniej? Czy mając więcej jesteśmy bardziej szczęśliwi niż gdy mamy mniej? A może jest odwrotnie, im mniej mamy tym bardziej to doceniamy, szanujemy i czerpiemy z tego o wiele więcej radości. Pytania owe można odnieść do wielu spraw, ale jako że jest to blog o kolekcjonowaniu płyt postanowiłem zawęzić tę kwestię do wspomnianych nośników.

Zatem jak uważacie, lepiej mieć więcej czy mniej płyt w swojej kolekcji? Pewnie niejednemu z nas marzyła się kiedyś kolekcja płyt dorównująca ilości woluminów w Bibliotece Aleksandryjskiej, ale z czasem gdy kolekcje się rozrastają przychodzi taki moment, że trzeba zadać sobie kilka istotnych pytań. Po pierwsze, gdzie się z tym wszystkim pomieścić? Po drugie i chyba bardziej istotne, ile z tych albumów jest w faktycznym użyciu, a ile zbiera już tylko i wyłącznie kurz?  Zapewne nie tylko ja, mam w swojej kolekcji płyty, które cenię, ale których już nie słucham. Pozbyć się jednak ich nie potrafię bo a nuż najdzie mnie kiedyś na nie ochota, ale ochota nie nadchodzi. Postanowiłem jednak uważniej przyglądać się temu co kupuję by nie wpaść w pułapkę kompulsywnego nabywania płyt. Obserwuję ten problem u co poniektórych zbieraczy płyt, którzy w miesiącu potrafią nabywać po siedemdziesiąt płyt. Niby fajnie, ale kiedy znaleźć czas na ich przesłuchanie? I tu właśnie dotykamy najważniejszego elementu. Czas. Życie przecież nie składa się tylko z chwil, w których to słuchamy sobie muzyki. Mamy też wiele innych rzeczy na głowie, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Kiedy tu więc znaleźć chwilę by posłuchać tych wszystkich płyt? Stąd też bliższe są mi idee minimalizmu niż popadania w przepych. Ostatnio usłyszałem od mojego znajomego, że jego babcia pamiętająca czasy wojny mawiała, że w życiu trzeba kolekcjonować wspomnienia, a nie przedmioty. Niby rzecz oczywista, ale ilu z nas się do tego tak naprawdę stosuje?

Jakub Karczyński

28 stycznia 2020

PODSUMOWANIE ROKU 2019

Długo biłem się z myślami czy w tym roku zabierać się za pisanie muzycznych podsumowań. Coś co było świetną zabawą, dziś stało się nudnym obowiązkiem, który sam na siebie nałożyłem. Z roku na rok mam przez to coraz mniej ochoty by tworzyć te TOP10 czy TOP5 jak miało to miejsce w ostatnim czasie. Nie jest wykluczone, że robię to po raz ostatni. Powodów jest kilka. Po pierwsze, nie gonię już za nowościami, nie mam w sobie takiego parcia na nowe albumy bo rzadko kiedy przynoszą mi one emocje, których szukam w muzyce. Stąd też częściej sięgam po albumy z minionych dekad i to właśnie tam odnajduję fragmenty swojej muzycznej duszy. I nie chodzi o to by w myśl zasady biadolić, że kiedyś to było lepiej, a dziś to tylko zalewa nas muzyczna tandeta. To nie prawda więc daleki jestem od ferowania tak stereotypowych sądów choć mógłbym bo i w tym roku nie natrafiłem na nic co wstrząsnęłoby posadami mego świata. Owszem było kilka bardzo udanych i pięknych płyt, ale nieco zabrakło by sięgnąć firmamentu. Jaki więc jest sens tworzenia podsumowań skoro z roku na rok coraz trudniej zebrać mi te dziesięć płyt, pod którymi mógłbym się z czystym sercem podpisać. Poza tym nie mam pewności czy kogoś te podsumowania jeszcze w ogóle interesują. Nie chce mi się tego robić dla idei więc jeśli nic się w tym temacie nie zmieni to zawieszę ten coroczny rytuał. 

Skoro jednak zdecydowałem się jeszcze w tym roku zatańczyć na tej scenie, to zerknijmy cóż wypełniało przestrzeń moich czterech kątów.


P Ł Y T Y  R O K U - 2 0 1 9


1. M o d e r n  N a t u r e  "H o w  T o  L i v e"


Piękna jest tu nie tylko okładka, ale także to co się pod nią skrywa. Muzyka penetrująca tak różnorodne gatunki muzyczne, że aż nie wiem do której szufladki ją zaklasyfikować. Nie będę sobie jednak zawracał tym głowy bo przecież w muzyce nie to jest najważniejsze. Modern Nature tworzą muzykę nieskażoną żadnymi szablonami, trudno przewidzieć co za chwilę się wydarzy i właśnie to sprawia, że słucha się tej płyty z wypiekami na twarzy. Ta podróż przez światy utkane z jazzu, awangardy i alternatywnego rocka każe mi upatrywać w nich następców Radiohead. Takich albumów nie można lekceważyć, a już na pewno nie wolno ich przegapić. Żal więc, że branżowi dziennikarze nie zająknęli się na jej temat tworząc swoje podsumowania.

 2. C i g a r e t t e s  A f t e r  S e x  "C r y"



Gdy nastawiłem ten album po raz pierwszy poczułem coś na kształt rozczarowania, że oto znów otrzymujemy taką powtórkę z rozrywki. Żadnych nowych rozwiązań, które dałyby nam wyobrażenie jaka przyszłość maluje się przed Cigarettes After Sex. Nie chciałbym by stali się zakładnikami własnego stylu i nagrywali wariacje na temat swego debiutu. Przy drugiej płycie można im jeszcze to wybaczyć, ale trzeci album będzie już takim rodzajem testu dla grupy. Tymczasem cieszmy się, że album "Cry" w niczym nie ustępuje swej poprzedniczce, jest równie zmysłowy, tajemniczy i czarowny. Miłośnicy brzmień spod znaku 4AD powinni wyryć sobie tę nazwę głęboko w sercu bo to są prawdziwi spadkobiercy tych brzmień, a nie współczesne grupy, które choć posiadają to szacowne logo na swych płytach to nie mają już nic wspólnego z muzyką, jaka wyniosła tę wytwórnie na szczyt.

3. P i x i e s  "B e n e a t h  T h e  E y r i e"
 


Dotychczas podchodziłem dość ostrożnie do muzyki tej grupy. Owszem, lubiłem pojedyncze nagrania, ale całe albumy jakoś mi nie wchodziły. Sięgnąłem jednak z ciekawości po ich najnowszą płytę zaintrygowany okładką i wpadłem niczym Alicja w głąb króliczej nory. To co znalazłem wewnątrz przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli fani kręcili nosem na poprzedni album, to tu absoultnie nie mają podstaw do takich zachowań. Mało tego, śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych płyt w ich dorobku, która może stanowić ważny drogowskaz dla ich następców. "Beneath The Eyrie" to album pozbawiony mielizn i wypełniaczy dzięki czemu słuchacz otrzymuje tylko to co najlepsze w muzyce Pixies. Esencję, z której można zaparzyć naprawdę pyszną herbatę. Esencję tak mocną, że starczy z pewnością na kilkanaście filiżanek.

 4. M a r k  L a n e g a n  B a n d  "S o m e b o d y ' s  K n o c k i n g"
  


Album "Somebody's Knocking" to z kolei największe zaskoczenie odkryte przeze mnie przed kilkoma tygodniami. To tylko dowodzi, że nie ma co się spieszyć z pisaniem podsumowań. Mark Lanegan to postać, którą oczywiście kojarzyłem, ale jakoś nie śledziłem zbyt uważnie jego kariery. Coś mnie jednak tknęło by posłuchać tej płyty. Pierwsze dźwięki nie zdradzały jeszcze tego piękna, które ukryto w sercu płyty, choć już przyjemnie łechatły moje ucho. Brudny, matowy głos Lanegana doskonale wpisuje się w te mroczne dźwięki i stanowi za świetnego przewodnika. Prowadzi nas po swojej muzycznej krainie pokazując nam swe różne oblicza. Raz odmalowane brudem bluesa innym razem zatopione w elektronice. Co ciekawe, wszystko brzmi niezwykle spójnie przez co nie musimy bać się jakiegoś rozdźwięku miedzy tym światami. Jeśli zapytacie mnie o najjaśniejszy punkt tej płyty to odpowiem, że w moim przypadku wypada on tam gdzie umieszczono kompozycję Playing Nero. Panie Lanegan kłaniam się panu w pas.

5. S o p h i e  Z e l m a n i  "S u n r i s e"

      
Mówią, że aby polubić jazz trzeba do niego dojrzeć. Może coś w tym jest bo w ostatnim czasie jakoś chętniej zapuszczam się na te terytoria, dzięki czemu odkryłem coś tak absolutnie pięknego jak album "Sunrise". Tu również jak w przypadku Pixies zadziałała magia okładki, która pod powierzchnią skrywała niezgłębione pokłady zmysłowości, pięknych melodii i co tu dużo mówić, po prostu piękna. Od razu bięgnę uspokoić wszystkich tych, którzy na słowo jazz reagują w sposób alergiczny. Z tradycyjnym jazzem ta płyta nie ma wiele wspólnego, bardziej skłaniałbym się by szukać powiązań na teryroriach zarezerwowanych dla takich wykonawczyń jak Katie Melua. Album "Sunrise" działa na mnie niezwykle ożywczo, jest jak pierwsze oznaki wiosny, które niosą ze sobą obietnicę cieplejszych dni. 

L U C K Y  L O O S E R

 
Low Roar "Ross"
W tej kategorii wybrałem niezwykle nastrojowy i bardzo poruszający album, o którym również można by napisać, że zachwyca od strony wizualnej, ale po co się powtarzać, wszak każdy kto ma oczy nie przejdzie obok takiej okładki obojętnie. Wrażlliwe serce nie odtrąci też i muzyki, która sączy się leniwie, ale przez tę swoją niespieszność, hipnotyzuje słuchacza i oplata go pajączyną dźwięków. Rzecz dla wrażliwców, którzy piękno odnajdują tam gdzie większość widzi nudę. Warto zapamiętać tę nazwę. 



Jakub Karczyński

12 stycznia 2020

FLESH FOR LULU

W ostatnim czasie udało mi się w końcu zdobyć album "Long Live The New Flesh" (1987) grupy Flesh For Lulu. Do tej pory miałem to wyłącznie na winylu, ale skoro nadarzyła się okazja zakupu srebrnego krążka to skwapliwie z niej skorzystałem. Pomyślałem przy tej okazji by napisać słówko o tej dość dziś już zapomnianej grupie, której przewodził Nick Marsh. Zacząłem więc szperać w Internecie i pierwsze na co się natknąłem to informacja o jego śmierci w 2015 roku. Przegrał on walkę z rakiem przechodząc na drugą stronę w wieku 53 lat. Przyznam szczerze, że ów fakt bardzo mnie zaskoczył i co zrozumiałe zasmucił. Choć od wielu lat miałem na półce albumy Flesh For Lulu jakoś nigdy nie złożyło się bym uważniej prześledził historię grupy. Przysiadłem więc wieczorem przed komputerem by nadrobić to niedopatrzenie. Oszczędzę Wam jednak nudnej wyliczanki nazwisk oraz dat bowiem historia grupy Flesh For Lulu niczym szczególnym się nie wyróżnia na tle innych zespołów. Z potoku informacji można wyłowić jednak kilka co ciekawszych faktów.

Pierwszym jest informacja, że dość szybko zostali dostrzeżeni przez legendarnego radiowca jakim był John Peel. Uchylił im drzwi do studia BBC, gdzie zarejestrowali cztery utwory. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to przypadek odosobniony, ale z drugiej strony pomyślmy sobie ilu grupom nie dane było ucałować choćby klamki od drzwi tegoż studia. Poza tym pojawienie się w programie Peela to był zaszczyt i najlepszy z możliwych sposobów do zaistnienia w masowej świadomości. Co ciekawe największe zasługi w wypromowaniu grupy paradoksalnie nie przypadły Peelowi, a reżyserowi filmu "Some Kind of Wonderful" (1987). Ścieżka dźwiękowa do tego obrazu zawierała dość interesujący miks muzyczny wypuszczony spod palców takich grup jak choćby The Jesus & Mary Chain, The March Violets oraz rzecz jasna Flesh For Lulu. Nasi bohaterowie zamieścili na tymże soundtracku utwór I Go Crazy, który niemal z dnia na dzień zmienił ich pozycję rynkową. Nick Marsh przyznał po latach, że był to przełomowy moment w historii zespołu. To właśnie wtedy zamienili małe, podrzędne kluby na sale o zdecydowanie większej pojemności. I choć nigdy nie przebili się do pierwszej ligi to z pewnością mieli zadatki na to by wykroić dla siebie z tego tortu nieco większy kawałek. Polecam w wolnej chwili zapoznać się z ich dorobkiem, na który to składają się cztery albumy - "Flesh For Lulu" (1984), "Big Fun City" (1985), "Long Live The New Flesh" oraz "Plastic Fantastic" (1989). Jest też jeden oszukany album grupy, o którym słów kilka w dalszej części tekstu. W zasadzie nie ma różnicy od której płyty zaczniecie bowiem wszystkie godne są polecenia. Osobiście zaczynałem od ich drugiego albumu - "Big Fun City", który to zakupiłem przed laty w nieistniejącym już sklepie przy ulicy Taczaka w Poznaniu. Nie pamiętam tylko czy najpierw zdobyłem analoga czy może płytę CD, ale nie ma to już dziś większego znaczenia. Kompakt jest o tyle ciekawy, że zawiera jeszcze dograną EP-kę "Blue Sister Swing". Analog, który posiadam w swych zbiorach jej nie posiada, ale wiem, że są też inne wydania, na których to można jej posłuchać. Zazwyczaj kręcę nosem na różnego rodzaju dogrywki, ale w tym wypadku dobrze się stało, że dołączyli ją do reszty płyty. 

Gdy tak zagłębiałem się w historię grupy odkryłem, że po rozpadzie grupy, który to nastąpił w 1992 roku, Nick Marsh wraz z gitarzystą Roocco Bakerem powołali do życia zespół Gigantic. Do składu dokoptowali jeszcze dwóch muzyków i zabrali się za tworzenie materiału na debiutancką i jak się później okazało, ich jedyną płytę. Album zatytułowany "Disenchanted" (1996) był mocniejszy w wyrazie niż dokonania ich macierzystej formacji, ale nie pozbawiono go na szczęście nośnych melodii. Materiał jednak nie spełnił oczekiwań słuchaczy i przepadł na rynku, a Columbia Records niezadowolona z wyników sprzedaży, postanowiła zrezygnować z usług zespołu. Grupie udało się jeszcze wydać EP-kę zatytułowaną tak samo jak pełnowymiarowy album z równie brzydką okładką co ich debiut. Być może to było jednym z czynników przez, który zespół zamiast zrobić karierę zatonął w muzycznym oceanie. Warto jednak przypomnieć sobie ich dorobek choćby przez wzgląd na Nicka Marsha. Ciekawostką w tym przypadku jest to, że po latach, gdy dokonywano reedycji tego materiału zrobiono rzecz dość kuriozalną. Otóż nazwa Gigantic posłużyła za tytuł dla tegoż albumu, a płyta została opatrzona logiem grupy ... Flesh For Lulu. Przyozdobiono ją też inną, zdecydowanie ciekawszą okładką i wzbogacono o dwa utwory dostępne wcześniej na EP-ce "Disenchanted". Zabrakło jednak kompozycji Seasons In The Sun z repertuaru Jacquesa Brela (oryg. Le Moribond) więc chcąc mieć pełny ogląd kompozycji musicie i tak zakupić tę EP-kę.

Po upływie dziesięciu lat, najwierniejsi słuchacze doczekali się też wydania pierwszej i jedynej solowej płyty Marsha, zatytułowanej "A Universe Between Us" (2006), która to odsłaniała nieco inną twarz Nicka. Bardziej zadumaną, wyciszoną i melancholijną. Jej muzyczną zawartość najlepiej oddał pisarz, Andy Close, który napisał, że to "coś czego można słuchać o 2 w nocy z butelką czerwonego wina, obserwując przez okno księżyc i gwiazdy". I taka też jest ta płyta, obracająca się gdzieś wśród poetyki bardów snujących swe niewesołe opowieści dla dużych dzieci przy szklaneczce alkoholu i w oparach papierosowego dymu. 

Tutaj stawiamy kropkę bo to koniec naszej podróży. Śmierć Nicka zamknęła definitywnie rozdział z napisem Flesh For Lulu jak i jego solową karierę. Jeśli więc nigdy wcześniej nie zetknęliście się z tą grupą to mam nadzieję, że moje zachęty podziałają na Was stymulująco i posłuchacie jednego lub dwóch utworów. Być może na tym poprzestaniecie, a może stanie się cud i będzie to początek nowej, ekscytującej przygody. Odważcie się tylko zrobić ten pierwszy krok.

Jakub Karczyński