16 września 2021

JAK KAMIEŃ W BUCIE


Płyty zacząłem kolekcjonować gdzieś tak w czasach licealnych. Nie pamiętam dokładnie momentu przejścia z kaset na srebrzyste dyski, ale musiało to być gdzieś w okolicach 2001 roku. Aż nie chce mi się wierzyć, że od tego momentu minęło już dwadzieścia lat. Jednak to nie o upływie czasu chciałem dziś napisać, a o płytach, których pozbyłem się lekkomyślnie na przestrzeni tych lat. Proces kształtowania kolekcji jest w moim przypadku dziełem zarówno nabywania jak i pozbywania się płyt. Uważam to za naturalne i zdrowe działania. W przeciwnym wypadku groziłby mi rozrost kolekcji do niebotycznych rozmiarów. Z tej też przyczyny pozbywam się części zbiorów by zrobić miejsce dla kolejnych albumów. Niekiedy decydowałem się zamienić starą edycję na rzecz remasterów co z perspektywy czasu uważam za błąd. Na szczęście dość szybko zaniechałem tego procederu. Niestety część płyt zdążyła już powędrować w świat. Odzyskiwanie ich zajęło mi nieco czasu. Były jednak takie albumy jak choćby "Join Hands" (1979) Siouxsie And The Banshees, którego brak uwierał mnie niczym kamień w bucie. Choć na półce posiadam remastera z dwoma dodatkowymi nagraniami to jednak to stare wydanie było jak wyrzut sumienia, którego nijak nie dało się zagłuszyć. Na szczęście od kilku dni nie muszę wsłuchiwać się w jego pojękiwania bowiem oto do kolekcji po wielu latach nieobecności powróciło wreszcie "Join Hands" w swej starej odsłonie. Cieszy mnie to tym bardziej, że płyta ta jest w doskonałym stanie. Słucham jej sobie już drugi dzień i jakoś tak dobrze rezonuje mi ona w uszach. Z ciekawości porównam sobie oba wydania bowiem przed laty gdy dokonywałem takowego sprawdzenia w przypadku debiutu Siouxsie And The Banshees miałem wrażenie, że stare edycje mają cieplejsze brzmienie podczas gdy remastery były bardziej surowe. Jeśli tak faktycznie jest to warto mieć na półce obie wersje. Tak dla spokoju duszy.

 

Jakub Karczyńśki

14 września 2021

BRACIA I SIOSTRY


Andrew Eldritch udzielił ostatnio długiego wywiadu dla portalu Louder, którego wartość kaloryczna jest raczej taka sobie. Oszczędzę Wam więc przedzierania się przez kolejne linijki tekstu i wycisnę z niego to co najistotniejsze. Zastrzegam jednak, że dużo tego soku nie będzie. Andrew potwierdził w zasadzie to co od dawna wszyscy wiedzieli czyli, że robi w życiu tylko to na co ma ochotę. Nie poddaje się żadnej zewnętrznej presji i naciskom stąd też dyskografia Sióstr wygląda jak wygląda. Andrew zapewnia, że nowy skład wniósł mnóstwo dobrej energii co przełożyło się też na nowe utwory. Jeśli zastanawiacie się czy dane nam będzie kiedyś ich posłuchać w domowym zaciszu czy wyłącznie na koncertach to już spieszę z odpowiedzią. Niestety muszę wygasić nadzieję, która zapewne zatliła się w Waszych sercach. Eldritch na pytanie o szanse na wydanie tego materiału jako singli, EP-ki czy też albumu odpowiedział, że od trzydziestu lat udziela tej samej odpowiedzi, która brzmi mnie więcej tak: nie mamy żadnych planów dotyczących nagrywania lub wydawania ponieważ nie musimy. Z wywiadu dowiemy się też jak wyglądała współpraca z Jimem Steinmanem, którego cenił nie tylko za produkcję muzyczną, ale i za niebywałą elokwencję. Płyta "Floodland" (1987) wiele mu zawdzięcza. Kto słuchał ten wie, że jego wkład jest nie do przecenienia. Krótko mówiąc Steinman wykonał kawał fantastycznej roboty. Ostatnio na Facebooku wyświetlił mi się pewien dowcip, który brzmiał mniej więcej tak: "gdy umiera goth jego głos dodawany jest do chóru śpiewającego intro do kompozycji This Corrosion The Sisters Of Mercy". Ciekawe czy rozbawiłby Jima. Tego już się nie dowiemy bowiem od 19 kwietnia Jima nie ma już wśród nas. Doceniony może czuć się też John Carpenter reżyser i muzyk, którego Eldritch uważa za pieprzonego geniusza. I to w zasadzie na tyle. Może warto jeszcze odnotować, że autor wywiadu Mark Andrews przygotowuje się do wydania książki o grupie The Sisters Of Mercy, która będzie zatytułowana "Paint My Name In Black And Gold: The Rise Of The Sisters Of Mercy". Zagorzałym fanom przyjdzie zapewne czytać ją w języku Szekspira bo nie sądzę by ktoś zaryzykował jej wydanie w języku polskim.

Osłodą tej posuchy wydawniczej może być dla fanów Sióstr wydawnictwo "BBC Sessions 1982 - 1984", które właśnie pojawiło się na rynku. Zawiera ono trzy radiowe sesje zarejestrowane dla potrzeb BBC w skład których wchodzą dwie sesje dla Johna Peela i jedna dla Davida "Kid" Jensena. Jak sądzę fanów nie trzeba specjalnie namawiać do zakupu bo na bezrybiu i rak ryba. Podziękowania składajcie jednak na ręce wytwórni Warner bo gdyby decydujący głos w tej sprawie należał do Eldritcha to pewnie nigdy byśmy nie ujrzeli tych nagrań.


Jakub Karczyński

11 września 2021

CLAN OF XYMOX - LIMBO (2021)


Clan Of Xymox to grupa, której nie trzeba specjalnie przedstawiać niemniej dziś jej gwiazda świeci nieco mniejszym blaskiem niż w czasach współpracy z 4AD. Przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest jednak mniejsza aktywność grupy na polu koncertowym czy wydawniczym co raczej przemiany jakie dokonały się na rynku muzycznym na przestrzeni tych niemal czterdziestu lat. Nic już przecież nie jest takie same. Nawet wytwórnia 4AD kroczy dziś innymi ścieżkami niż przed laty, co dobitnie świadczy o tym, że świat ulega nieustannym przeobrażeniom. Zmiany te dokonują się na naszych oczach choć nie zawsze je dostrzegamy. Pewnych rzeczy jednak nie da się nie zauważyć jak choćby padnemii, która opanowała cały nasz glob. Temat ten jak się okazuje interesuje nie tylko dziennikarzy, ale i artystów, którzy również postanowili się z nim zmierzyć. 

Zdaję sobie sprawę, że w natłoku informacji o COVID-19 nie każdy chce słuchać o pandemii, ale zapewniam, że warto dać szansę temu albumowi. Początkowo nie zrobił on na mnie większego wrażenia, co więcej byłem nim nawet nieco rozczarowany. Jednakże nie daję szybko za wygraną, zwłaszcza jeśli chodzi o zespoły, które noszę od lat głęboko w sercu. Gdy tak zacząłem wgryzać się w ten materiał poczułem, że z każdym kolejnym przesłuchaniem zatapiam się w nim coraz głębiej i głębiej, a po początkowej obojętności nie ma już w zasadzie żadnego śladu. Podobnie miałem z płytą "A Matters Of Mind, Body And Soul" (2014), na której też nie od razu się poznałem. Musiało minąć nieco czasu bym zdał sobie sprawę, że oto trzymam w rękach jeden z piękniejszych albumów w dyskografii Clan Of Xymox. Tak też jest w przypadku "Limbo", które niezwykle wysoko podniosło poprzeczkę swemu następcy. Próżno szukać tu jakiegoś słabego punktu. Płyta prezentuje niezwykle równy poziom i co ważne ma w końcu to piękne, miekkie syntezatorowe brzmienie, którego niejednokrotnie tak mi brakowało. Widać, że nabrali wiatru w żagle i obrali właściwy kurs, dzięki czemu możemy już dziś wciągnąć album "Limbo" na listę najlepszych płyt tego roku. Nie ma sensu silić się na typowanie najlepszych nagrań bo w przypadku takich płyt najlepiej słuchać jej od pierwszej do ostatniej sekundy. Tylko tak docenicie jej kunszt. Wspomnę jednakże o kilku kompozycjach, które to z różnych względów trzymam bliżej serca. Pierwszą z nich jest Brave New World, które to szczególnie przypadło do gustu mojej żonie. Ta przebojowa kompozycja świetnie sprawdzi się tak na muzycznych parkietach jak i przy usypianiu dzieci. Tak, u nas w domu do poduszki zamiast dziecięcych kołysanek serwujemy nowe Clan Of Xymox. Nie znaczy to jednak, że przy odsłuchu płyty zaśniecie z nudów. Co to, to nie. Bogactwo nastrojów muzycznych jak i zróżnicowane tempa nagrań powinny zapewnić Wam wiele niezapomnianych wrażeń. Spośród wszystkich tych atrakcji warto także wyłuskać nagranie The Great Reset, które to zawładnęło mną do tego stopnia, że słuchałem go raz za razem. Nie dziwię się, że wytypowano je na singiel i stworzono do niego sugestywny teledysk. Na takie wyróżnienie zasłużyły jeszcze trzy inne kompozycje - Brave New World, Big Brother oraz Lockdown. Nie szukajcie ich jednak w sklepach, to już nie te czasy by wydawać single w formie płyty. Wielka szkoda bo można było na nich znaleźć czasem fajne rarytasy. Wracając jednak do zawartości nowego albumu to uznanie w mych oczach znalazły też te bardziej melancholijne kompozycje w rodzaju Forgotten, Limbo czy Dystopia, która to ma w sobie cząstkę tego dawnego klimatu znanego z czasów współpracy z 4AD. Forgotten i Dystopia to  niewątpliwe perły tego albumu, ale też i znaczące nagrania w całej dyskogafii grupy. Jeśli chodzi o tematy jakie podejmowane są na płycie "Limbo", to właściwie wszystko obraca się wokół spraw związanych z pandemią. Dominuje strach. Strach o przyszłość, o nowy kształ świata, o to jak będziemy w nim funkcjonować skoro nie znamy zasad nim rządzących. Jesteśmy jak Alicja w Krainie Czarów. Podróżujemy w głąb króliczej nory nie bardzo wiedząc co jest na końcu tej ścieżki. Przepełnia nas lęk bowiem świat jaki znaliśmy rozpadł się na naszych oczach jak domek z kart. Dotychczasowe zasady gry przestały obowiązywać i nie za bardzo wiadomo gdzie szukać aktualnych reguł. Poczucie utraty kontroli i przejęcia jej przez kogoś z zwenątrz jak żywo przypomina narrację w duchu Orwella. Chyba jeszcze nigdy tematy na płycie Clan Of Xymox nie był tak blisko życia i spraw, które zaprzątają głowy niejednego z nas. Warto zagłębić się w ten ponury świat i samemu dokonać oceny czy kształt nowego świata to już koniec naszej cywilizacyjnej drogi czy może zupełnie nowe otwarcie. Jakakolwiek nasunie się Wam odpowiedź, pewne jest to, że sprawdziło się jedno z rzekomych chińskich przekleństw, życzące swoim wrogom by żyli w ciekawych czasach.

"Limbo" to z pewnością bardzo udana próba ogarnięcia rzeczywistości tak muzycznie jak i tekstowo. Choć ponure krajobrazy nie napawają optymizmem to pocieszające jest to, że nie straciliśmy jeszcze resztek nadziei. Jak powszechnie wiadomo nadzieja umiera przecież ostatnia, a skoro to jeszcze nie nastąpiło, to mamy nieco czasu by odmienić tę złą passę. Póki karty w ręku nie warto zbyt szybko mówić pas bo życie jak to życie bywa nieprzewidywalne.


Jakub Karczyński

31 sierpnia 2021

STROFY O PÓŹNYM LECIE

Foto: Jakub Karczyński

Ostatni dzień wakacji, a co za tym idzie ostatnie dni mojego urlopu, który postanowiłem spędzić z rodziną nad polskim morzem. Choć prognozy zwiastowały niemal ciągły deszcz, szczęśliwie dla nas, okazały się one dalekie od prawdy. Także temperatura w Bałtyku była na tyle przyjemna, że bez obaw można było zanurzyć stopy w wodzie, a piasek na plaży utrzymał jeszcze dla nas tę odrobinę ciepła. Gdy żegnaliśmy się z morzem w minioną niedzielę niebo przybrało już kolor stali, z którego co i rusz padał deszcz. Można by pomyśleć, że oto zaczęła się jesień bo przecież obecna aura nijak ma się do tego co nazywamy latem. Niestety sierpień w tym roku niezbyt był dla nas łaskawy, a i wrzesień chyba nie myśli rozpieszczać nas słońcem. Złotą polską jesień chyba znów szybciej znajdziemy na kartach literatury niż w zaokiennym krajobrazie. Wielkie lato umiera i wielka jesień wita jak pisał Julian Tuwim w "Strofach o późnym lecie". I choć w tym roku lato nie umierało tak barwnie jak we wspomnianym wierszu to pozostaje nam liczyć, że natura nie poskąpi nam kilku pięknych dni tej jesieni. Jak co roku tak i w tym wybrałem już odpowiednią literaturę, która nastroi mnie na tę porę roku. Pierwszy ton nadała już książka "Miniaturzystka" Jessie Burton, która to długo dopraszała się mej uwagi. Zbyt długo bowiem po zatopieniu w niej zębów wprost nie mogę się od niej oderwać. Słowem, doskonały wybór. Idąc za ciosem postanowiłem od razu zamówić kolejną książkę tej autorki, która również zapowiada się niezwykle interesująco. Na brak literatury w tym roku z pewnością nie będę narzekać bowiem półki wręcz uginają się od książek, które, aż proszą się by je przeczytać. 

Muzycznie też nie powinno być źle choć w ostatnim czasie w związku z wieloma innymi wydatkami musiałem dość mocno przykręcić kurek, z którego czerpałem środki na zakup płyt. Nie znaczy to jednak, że strumień zupełnie wysechł, ale w dużej mierze ograniczyłem się do zakupu tylko najważniejszych rzeczy. Prym wiodą jak zwykle starocie, które staram się wygrzebywać gdzie tylko mogę. Po powrocie znad morza ze swej skrzynki na listy wydobyłem ostatni element wakacyjnej układanki jakim był album "Privilege" (1989) grupy Television Personalities. Posiadam co prawda reedycję tej płyty, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Wznowienie nie dość, że prezentuje się gorzej wizualnie to jeszcze jest uboższe o trzy kompozycje. Nie znaczy to jednak, że postanowiono coś usunąć bowiem wspomniana reedycja jest idealnym odwzorowaniem programu płyty winylowej. Krótko mówiąc wydana jest tak jak Pan Bóg przykazał. Skąd więc te dodatkowe trzy nagrania na starej edycji CD? Pewności nie mam, ale domyślam się, że chodzi tu o dość powszechną praktykę w tamtych czasach, która nakazywała wzbogacać zawartość płyt CD by to właśnie ona a nie płyta winylowa była pierwszym wyborem kupującego. Pamiętajmy, że kompakt dopiero zdobywał sobie uznanie tak w oczach jak i uszach słuchaczy. Warto więc uważnie sprawdzać zawartość płyt bo jak widzicie potrafią one niejednokrotnie nas zaskoczyć tak in plus jak i in minus.


Jakub Karczyński

12 sierpnia 2021

LETNIE SAFARI



Wakacje to czas odpoczynku, ale i czas kiedy można pojechać sobie na safari. Ja co prawda się nie wybieram co nie znaczy, że niczego w tym czasie nie ustrzelę. Zamiast jednak zdjęć fauny w moich zbiorach wylądują kolejne płyty CD, które ucieszą tak oko jak i ucho. Mało tego, zniwelują luki w dyskografiach grup, które są mi niezwykle bliskie. I tak, w ostatnim czasie udało mi się zdobyć za naprawdę niewielkie pieniądze trzeci album w dorobku brytyjskiej grupy Cassandra Complex. Płyta "Satan, Bugs Bunny And Me ..." (1989) zazwyczaj trzymała dość wysoką cenę stąd też wielokrotnie przyszło mi obchodzić się smakiem. Przypominało to widok dziecka przed sklepem ze słodyczami, które to mogło podziwiać je tylko przez okno wystawowe. Czas płynął, a ja wciąż uporczywie wpatrywałem się w te słodycze, aż przed paroma tygodniami, ktoś wreszcie uchylił mi drzwi. Mało tego, dał nawet szansę zakupu kilku wyjątkowych okazów i to w bardzo przystępnej cenie. Z całego przepastnego asortymentu wybrałem wspomniany już album Cassandra Complex oraz starą edycję płyty "Privilege" (1989) Television Personalities. Co uważniejsi czytelnicy zwrócili zapewne uwagę, że płyty te ukazały się w tym samym roku. Mam sentyment do tego rocznika bowiem w tym czasie miały miejsce premiery tak ważnych dla mnie płyt jak "Disintegration" The Cure  czy "Thunder And Consolation" New Model Army. Te albumy mam jednak od dawna tak w sercu jak i na półce. Sporo jednak zostało jeszcze do zebrania jak choćby "Viva" X Mal Deutschland, "Immigrant" Gene Loves Jezebel, "Gift" Sisterhood, "The Burden Of Mules" The Wolfgang Press czy dwa pierwsze albumy The Cassandra Complex "Grenade" i "Theomania". Zwłaszcza ten ostatni to nie lada wyzwanie dla portfela bowiem, aby wejść w jego posiadanie trzeba dysponować gotówką w przedziale między 170 zł a 400 zł albo liczyć na okazję. Z płytą "Satan, Bugs Bunny And Me ..." się udało więc może i kiedyś trafi się "Theomania" w dobrej cenie. Pozostaje mieć nadzieję, ta przecież ponoć umiera ostatnia.

 

Jakub Karczyński


01 sierpnia 2021

PODRÓŻ W NIEZNANE


W ostatnim wpisie informowałem, że po wielu latach omijania twórczości Christian Death w końcu postanowiłem zmierzyć się z jej dorobkiem. Co prawda póki co zgłębiłem dopiero jedną płytę, ale dobre i to. Podobnie rzecz ma się z grupą Alien Sex Fiend, która to przez długi czas jakoś nie mogła wedrzeć się na orbitę moich zainteresowań. Wcześniej bliższa była mi muzyka gotycka, stawiająca bardziej na melodie i nastrój, dziś natomiast zdecydowanie częściej wybieram dźwięki nieco bardziej drapieżne i surowe. Na wszystko w życiu widać musi być odpowiedni czas. Nie mając większego rozeznania w twórczości Alien Sex Fiend, sięgnąłem po składankę "All Our Yesterdeys" (1985) dokumentującą ich wczesny dorobek pomiędzy latami 1983 a 1987. Udało mi się ją wylicytować za naprawdę niewielkie pieniądze więc radość tym większa. Sama muzyka powinna spodobać się miłośnikom brzmień spod szyldu batcave. Alien Sex Fiend choć przypisywani są do nurtu rocka gotyckiego w mojej opinii bliżsi są jednak death rockowi, który w przeciwieństwie do gotyku nie zapomniał o swych punkowych korzeniach. Dziś rock gotycki jest w przewżającej większości dość pretensjonalnym stylem obleczonym w czarne woalki i koronki, gdzie zza mikrofonu słychać kobiece zawodzenia. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze aspekt wizualny teledysków to tworzy nam się zbiór klisz i wyobrażeń jakie każdy z nas ma na temat tej subkultury. Mówiąc w skrócie, aby stworzyć gotycki teledysk będziesz potrzebował dużo czarnych ubrań, ponurej scenografii (cmentarz choć kościół też obleci), czarnej szminki i kredki pod oczy, no i koniecznie zaopatrz się w dużą liczbę świec. Przyznam szczerze, że odrzuca mnie taki obraz muzyki gotyckiej, która stała się swoistą parodią stylu. Stąd też bliższe są mi płyty odwołujące się w swym brzmieniu do prostoty i surowości muzyki punk niż do egzaltacji rodem z opery. Jak zgrabnie połączyć te dwa nurty pokazała swego czasu grupa The Damned wydając album "Phantasmagoria" (1985). Jeśli ktoś przegapił tę płytę proszę jak najszybciej nadrobić zaległości. Wróćmy jednak do grupy Alien Sex Fiend, która to biorąc sobie za artystycznego patrona Alice Coopera, postanowiła wykroić niewielki kawałek z tego muzycznego tortu dla siebie. I choć ich muzyka nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych to w czasach raczkującego kapitalizmu firma Polton wydała składankę "All Our Yesterdays" na naszym rynku. Dziś coś takiego jest wprost nie do pomyślenia. Teraz zanim firma płytowa zdecyduje się coś wypuścić musi wcześniej wszystko dokładnie oszacować, przeliczyć tak by czasem nie straciła na tym interesie ani funta czy dolara. Po wyzwoleniu się spod radzieckiej strefy wpływów, wszystko w Polsce działało na tak zwanych wariackich papierach, stąd też nikt takimi kalkulacjami sobie głowy nie zawracał. Wszystko co pochodziło z Zachodu stanowiło niesamowicie smakowity kąsek dla rodzimych koneserów muzycznych więc, gdy nadarzała się okazja zakupu jakiejś płyty czy kasety, nikt zbyt długo nie zwlekał z podjęciem decyzji. Chwila zawahania mogła skończyć się tym, że niedoszły meloman mógł już drugiej takiej szansy nie mieć. Brało się więc wszystko jak leci, a w razie rozczarowania zawsze można było wymienić się z kimś na coś innego. Przyznam, że trochę mi dziś tego brakuje. Tego głodu i tego podekscytowania bo czasy mamy zdecydowanie inne. Dziś jesteśmy takimi tłustymi kotami co to klepią się po pełnych brzuchach i nawet przebiegająca przed nosem mysz nie jest w stanie sprawić, że poderwiemy się by ją dopaść. Wiem, że trudno w czasach nadmiaru namawiać kogoś na mniejsze porcje, ale może warto spróbować wszak pamiętajmy, że czasem mniej znaczy więcej.


Jakub Karczyński

07 lipca 2021

JAK PIES DO JEŻA


W sytuacjach, w których nie mamy do czegoś lub kogoś pełnego zaufania, zwykło się używać sformułowania "podchodzić jak pies do jeża". Nieufność ta nie zawsze ma swe racjonalne podstawy.  Przekonałem się o tym już kilkukrotnie, a ostatni taki przypadek miał miejsce w minionym tygodniu. Dotychczas nazwa Christian Death funkcjonowała gdzieś na rubieżach mojego muzycznego świata. Wiedziałem, że taka grupa istnieje, zdarzyło mi się nawet posłuchać kilku utworów, ale jakoś nie miałem parcia na to by zagłębić się w ich dyskografię. Wrzuciłem sobie ich twórczość do szufladki z napisem "ubodzy krewni Bauhausu" i tak sobie trwałem w tym moim muzycznym ignoranctwie. Owszem, miałem świadomość, że Christian Death nie tylko stworzyli osobny gatunek muzyczny jakim jest death rock, ale mają także wielkie poważanie u fanów mrocznych brzmień. Nic sobie jednak z tego nie robiłem bowiem death rock czyli brudniejsza i bardziej surowa odmiany gotyku, jakoś nie potrafiła znaleźć odpowiedniej drogi do mojego serca. I pewnie ten stan nie uległby zmianie gdybym nie natknął się na ofertę sprzedaży albumu "Atrocities" (1986) w pewnym antykwariacie muzycznym. Już sama obecność tej płyty w ofercie wywołała moją ekscytację choć wynikała ona nie z zawartości muzycznej, co raczej z jej rzadkiej obecności na rodzimych portalach aukcyjnych. W mojej głowie uruchomiła się więc żyłka kolekcjonera, która o dziwo przyćmiła zawartość muzyczną. Raczej nie zdarza mi się taka sytuacja bo po cóż mi płyta, po którą nie będę sięgał. Na szczęście po zapoznaniu się z zawartością odetchnąłem z ulgą bo choć płyta nie jest jakaś powalająca to ma kilka interesujących fragmentów, do których z pewnością będę powracał. Jak widać nie ma co zbytnio opierać się na pierwszym wrażeniu. Najlepiej wszystko sprawdzić na własne ucho lecz nie wyrywkowo, ale tak solidnie od deski do deski. Tylko wtedy możemy z całą stanowczością stwierdzić czy nam się coś podoba czy też nie. W przypadku Christian Death w moim sercu zakwitł kwiat ciekawości więc jak mniemam nie będzie to mój ostatni kontakt z twórczością tej grupy. Cieszy to tym bardziej, że oto otwiera się przede mną kolejny szlak, który doprowadzi mnie z pewnością do wielu innych dróg. Prawda, że przyjemna perspektywa?

 

Jakub Karczyński