27 września 2020

ŚLEPY TRAF

Jesień przekroczyła już próg naszego domostwa więc to ostatni moment by zajrzeć do domowej spiżarni i upewnić się, że niczego w niej nie brakuje. O owocowe herbatki nie muszę się martwić, a i muzyki nie powinno zabraknąć. Mimo to, wciąż staram się trzymać rękę na pulsie. Może niekoniecznie w temacie aktualnych premier bo w tym przypadku zdaję się raczej na sprawdzone marki, ale żeby była jasność nie wzbraniam się przed nowościami. Po prostu jakoś tak to się w moim życiu układa, że częściej o szybsze bicie serca przyprawiają mnie muzyczne wykopaliska, niż tak zwane świeżynki. Z tej też przyczyny uzupełniam swoją kolekcję głównie o starocie, które skrupulatnie wynajduję na aukcjach internetowych. Głównym obszarem moich poszukiwań jak nietrudno się domyślić są lata osiemdziesiąte, ale nie wzgardzam też albumami nagrywanymi pod koniec lat siedemdziesiątych jak i w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Gdyby pokusić się o ustalenie ram czasowych to byłyby to lata 1977 do 1993. Końcówka lat siedemdziesiątych to rzecz jasna eksplozja nurtu punk, ale paradoksalnie ten nurt interesuje mnie incydentalnie. Dużo ciekawszy i barwniejszy okazał się post punk, który to nurt pokazał, że punk był tylko punktem wyjścia. Pierwszym krokiem na drodze zmian, które miały kompletnie przemodelować tak muzyczny biznes jak i samą muzykę. Idea "zrób to sam" zachęcała amatorów do tworzenia własnej muzyki, nawet jeśli ich umiejętności ograniczały się do zagrania sławetnych trzech akordów. Czy zastanawialiście się jakby wyglądał rynek muzyczny gdyby punk rock nigdy nie zaistniał? Jak wyglądałby lata osiemdziesiąte i kolejne dekady? Kogo byśmy dzisiaj wspominali z nutką nostalgii, a komu nie dane by było w ogóle zaistnieć w naszej świadomości. Bardzo chciałbym poznać odpowiedzi na te pytania. Niestety nie mamy wglądu do alternatywnych wersji naszej rzeczywistości więc pozostaje nam tylko czysta spekulacja.


Wracając jednak do tematu płyt, to w ostatnim czasie natrafiłem na dwa niezwykle interesujące wydawnictwa. Nazwy obu grup na pierwszy rzut oka dość tajemnicze i nieznane, ale jeśli poświęci się chwilę czasu to z gęstych sieci pajęczyn zaczną wyłaniać nam się powiązania i tropy, które doprowadzą nas do bardziej rozpoznawalnych szyldów. Zacznijmy więc od grupy The Badgeman, której nazwa nawiązuje do jednej z teorii spiskowych związanych z zabójstwem Johna F. Kennedy'ego. Badge Man to niewyraźna "postać" ze zdjęcia Mary Moorman. Fotografka amatorka uchwyciła moment zabójstwa prezydenta, a na jednym z kadrów widać rzekomo postać snajpera ubranego w policyjny mundur oddającego strzał w kierunku Kennedy'ego. Postać jest na tyle niewyraźna, że nie ma pewności czy to w ogóle zarys człowieka. Narosło w związku z tym wiele teorii, które po dziś dzień mają tyleż zwolenników co przeciwników. Na szczęście w przypadku grupy The Badgeman nie ma mowy o żadnych teoriach spiskowych jak i niejasnościach. Może poza jedną, która tyczy się miejsca zawiązania się grupy. Zwyczajowo podaje się Salisbury, ale jeden z dziennikarzy muzycznych w swej książce Rockin Around Britain wskazuje na Melksham. Nieistotne. Dużo ważniejsza jest muzyka jaką stworzył ten kwartet na swym drugim i zarazem ostatnim albumie. "Ritual Landscape" (1992) okazał się rynkową porażką, która doprowadziła do rozpadu grupy. Jednak to czego nie docenili tak słuchacze jak i dziennikarze, okazało się być najlepszym dziełem chłopaków. Największym orędownikiem tegoż albumu był Julian Cope, wokalista znany tak ze swej kariery solowej jak i działalności w Teardrops Explodes. To on doprowadził do odkrycia przeze mnie tego albumu. Nie osobiście rzecz jasna, ale poprzez swoje nazwisko, które przylepiło się niejako do tej płyty stąd też szukając jego solowych wydawnictw natknąłem się pewnego wieczora i na ten album. Podobnie jak Julian, ja także jestem niezwykle oczarowany jego zawartością, która wymyka się łatwemu zaszufladkowaniu. Osobiście ulokowałbym ich muzykę gdzieś na przecięciu stylistyki post punk z post rockiem, ale do diabła z szufladkami. Tego po prostu trzeba posłuchać. Wniknąć w ten klimat i poczuć nie tylko ducha tamtych czasów, ale i docenić fakt, że pomimo upływu czasu ten album wciąż doskonale się broni. Wydanie na płycie CD uzupełnione jest o kilka dodatkowych nagrań co niekoniecznie pomaga w zrozumieniu fenomenu tego albumu. Więcej nie zawsze oznacza lepiej dlatego też polecam skupić szczególną uwagę na pierwszych siedmiu kompozycjach. Nagrania Grey Area  czy Liturgy doskonale wprowadzają w klimat, ale też i zawieszają poprzeczkę na wyjątkowo wysokim poziomie. Jeśli byście popatrzyli na czas poszczególnych kompozycji to doszlibyście zapewne do przekonania, że to zespół z kręgu rocka progresywnego. Nie brak tu bowiem długich, a nawet bardzo długich utworów. Sam John Peel słuchając kompozycji Crystals, określił ich muzykę właśnie tym mianem, niemniej debiutancki album, na którym znajduje się ten utwór jest ponoć diametralnie inny, od tego co zespół zaprezentował na "Ritual Landscape". Piszę podobno bo płyta "Kings Of The Desert" jeszcze do mnie nie dotarła. Na dniach powinienem ją otrzymać więc będzie okazja sprawdzić ile w tych słowach prawdy. Tymczasem serdecznie zachęcam do posłuchania choćby fragmentów tej niesamowitej płyty.



Drugim wydawnictwem, o którym chciałem napisać kilka słów, jest pozycja sygnowana nazwą Luxuria. Tu także jak w przypadku The Badgeman zadziałała zasada przypadkowości. Szukałem czegoś zgoła innego, a mianowicie płyt grupy Buzzcocks będąc ciekaw czy wytworzy się między nami jakiś rodzaj chemii. Uwielbiałem albumy Magazine, w których realizował się później Howard Devoto więc pomyślałem sobie, że może i z Buzzcocks będzie podobnie. Wpisałem więc w wyszukiwarkę interesującą mnie frazę i po chwili pojawiła się lista płyt grupy. Gdy tak sobie je przeglądałem moją uwagę zwrócił album, do którego poza nazwą Buzzcocks dokleiła się także nazwa Magazine. Tą płytą była rzecz jasna Luxuria, którą czym prędzej zapragnąłem sprawdzić. Szybki odsłuch utwierdził mnie w przekonaniu, że trzeba ją jak najszybciej zakupić. I tak zamiast zgłębiać dyskografię Buzzcocks stałem się dumnym posiadaczem debiutanckiego albumu Luxurii. Grupę tę poza Howardem Devoto tworzył jeszcze niejaki Noko znany również jako Noko 440. Pod pseudonimem tym ukrywał się Norman Fisher-Jones, który swego czasu wspomagał na basie grupę The Cure, a w późniejszych latach stworzył wraz z kolegami z ławy szkolnej Apollo 440. Luxuria w porównaniu do wcześniejszych grup Howarda była z pewnością bardziej przyswajalna dla mniej wyrobionego słuchacza. Nie chcę przez to powiedzieć, że była to muzyka lekka, łatwa i przyjemna bo przecież w żaden sposób nie schlebiała ona najniższym gustom. Miała ona w sobie jednak jakąś taką popową lekkość, o którą nie sposób było posądzić Magazine, a tym bardziej Buzzcocks. Nie podejmuję się jednak wskazywać przegródki stylistycznej wokół której się obracali bo i ta muzyka nie daje się łatwo zaszufladkować. Najważniejsze, że słuchając jej czuję, że to taki odnaleziony fragment mojego muzycznego DNA. I właśnie takie płyty cieszą najbardziej. Takich płyt szukam i udostępniam im swoją przestrzeń życiową by cieszyły tak oko jak i ucho.

 

Jakub Karczyński

15 września 2020

KILLING JOKE - KILLING JOKE (1980)

Debiutancki album Killing Joke przyozdabia jedna z bardziej chrakterystycznych okładek. O takich obrazach mówi się zwykle, że są ikoniczne, że ich siła oddziaływania jest na tyle duża, że zaczynają żyć własnym życiem stając się integralną częścią popkultury. Autorem zdjęcia na podstawie, którego stworzono grafikę jest Don McCullin, a przedstawia ono grupę młodych buntowników próbujących wydostać się z chmur gazu rozpylonego przez brytyjską armię w irlandzkim mieście Derry. Zdarzenie to miało miejsce 8 lipca 1971 roku, na kilka miesięcy przed Krwawą Niedzielą.

Killing Joke to zespół, który choć szanowany i wskazywany jako źródło inspiracji przez liczne grupy, nigdy nie zrobił zawrotnej kariery. Przynajmniej nie taką na jaką zasługiwali. Należną im śmietankę zawsze spijali inni jak choćby grupa Nirvana, która kompozycję Come As You Are oparła w dużej mierze na utworze Eighties pochodzącym z albumu "Night Time" (1985). Trzeba by naprawdę sporo złej woli by nie dostrzec podobieństw między tymi utworami. Muzycy Killing Joke wytoczyli nawet Nirvanie proces sądowy, ale po śmierci Kurta machnęli na to wszystko ręką i stwierdzili, że nie będą im jeszcze dokładać kolejnych zmartwień. Szlachetnie, ale tym sposobem owoce sukcesu konsumowali inni, a Killing Joke musiał zadowolić się poważaniem i poklepywaniem po plecach. I choć rozbłysnęli na mainstremowym firmamencie dopiero za sprawą wspomnianego albumu "Night Time", to jednak już na debiucie można było odnaleźć elementy, które wyróżniały grupę na tle innych. Być może nie czuć tu jeszcze sukcesu komercyjnego, ale przecież to nie on napędzał zespół do działania i nigdy też nie był celem samym w sobie. On po prostu się przydarzał. Rzadko bo rzadko, ale przecież nikt nie obiecywał sprawiedliwości na tym świecie.
  

Album rozpoczyna się od złowieszczych dźwięków syntezatora, zwiastujących słuchaczom muzyczną apokalipsę według świętego Jaza Colemana. Człowiek to nietuzinkowy więc i muzyka jaką tworzy nie mogła być zwyczajna. Nasiona rzucone na żyzną glebę wydały obfity plon, a świadczy o tym najlepiej fakt, że niemal wszystkie kompozycje są wciąż obecne w koncertowym repertuarze grupy. Requiem, o potędze i sile Godzilli miażdży słuchacza swym majestatem. Jest jak walec, który konsekwentnie i bezlitośnie równa wszystko z ziemią. Po tak doskonałym otwarciu płyty, grupa ani myśli spuszczać parę z gwizdka. Wardance tylko nakręca tę spiralę i sprawia, że mamy ochotę na więcej. Do tego chropowaty głos Jaza Colemana rani nasze uszy nie gorzej niż papier ścierny. Krew tryska, aż miło lecz zespół na tym nie poprzestaje. Z każdym dźwiękiem zaciska coraz bardziej to imadło, z którego nie sposób się uwolnić. Jednym z ciekawszych fragmentów tego albumu jest z pewnością nagranie Tomorrow's World. Transowe, mroczne i jak się wydaje mające wydźwięk pacyfistyczny. To lęk jednostki o utratę życia na jakiejś wojnie rozpętanej przez rządy państw, w imię jakiś pseudo szczytnych racji. Temat stary jak świat, a mimo to wciąż aktualny. Nie mniej interesująco prezentuje się nagranie S.O.36, gdzie perkusja wybija rytm niczym wojskowe werble. I choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nic wielkiego się tu nie dzieje, to jednak pod powierzchnią czai się strach, który nie daje o sobie zapomnieć. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to wskazanie nie jest pierwszym wyborem fanów, mających za zadanie wytypować najlepsze fragmenty tego albumu, ale z muzyką jest jak z miłością, nie każde uczucie to miłość od pierwszego wejrzenia. 

Trudno jednoznacznie wskazać czynnik, który zadecydował o tym, że grupa Killing Joke utrzymała się na powierzchni. Myślę, że powodów mogło być kilka. Surowość post punku w połączeniu z transowością okazały się przepisem tyleż prostym co skutecznym. Do tego wszystkiego dochodzi też element szamanizmu i czegoś na kształt wspólnoty plemiennej. Taki właśnie obraz maluje mi się przed oczami, gdy myślę sobie o tym czym jest Killing Joke. Wszystko to byłoby jednak tylko oryginalnym konceptem na zespół, gdyby nie fakt, że poza całą tą otoczką grupa dysponowała świetnymi kompozycjami. Na ich debiucie próżno szukać wypełniaczy bo przecież  czego się tu człowiek nie złapie trafia na autentyczny skarb. Jakież były reakcje ludzi w 1980 roku na zawartość tego albumu mogę sobie jedynie wyobrazić, ale jak mniemam nie przeszedł on bez echa skoro tak wiele grup powołuje się na jego zawartość. Także i na krajowym gruncie to ziarno wydało plon. Co prawda na jego widoczny efekt musieliśmy poczekać do roku 1986 bowiem to wtedy ukazała się płyta "Nowa Aleksandria" Siekiery, na której to zespół jawnie zacytował fragmenty kompozycji The Wait bez wskazania autora. Mieli szczęście, że owa sytuacja nie miała swych konsekwencji prawnych. Zostawmy to jednak i wróćmy do debiutanckiej płyty Killing Joke bo przecież warto jeszcze nadmienić, że piątego października obchodzić będzie ona swoje czterdzieste urodziny. Pomimo upływu czasu album nie trąci naftaliną, a jego pazury są tak samo ostre jak przed laty. Warto nadmienić, że Killing Joke na swym debiucie byli już zespołem w pełni ukształtowanym, świadomym tego co chcą osiągnąć. Nawet realizacji nagrań podjęli się sami, traktując inżyniera dźwięku jako narzędzie, które pozwoli im urzeczywistnić pomysły tkwiące w ich głowach. Z tej też przyczyny materiał brzmi surowo, ale nie amatorsko, prosto, ale nie prostacko. Co ważne, już tutaj grupy Killing Joke nie dało się pomylić z żadnym innym zespołem, a przecież wyrobienie własnego, charakterystycznego stylu nie jest prostą sprawą. Niektórym nigdy nie udaje się ta sztuka, a oni wkroczyli na scenę wywarzając drzwi mocnym kopnięciem. 

Killing Joke zadebiutowali w wielkim stylu, docierając nawet do trzydziestego dzięwiątego miejsca na UK Album Charts. Spore osiągnięcie jak na debiutantów, którzy nie oglądając się na wymogi rynku, nagrali jeden z najbardziej frapujących albumów lat siedemdziesiątych. Gdyby pokusić się o stworzenie listy najlepszych debiutów fonograficznych, ten krążek z pewnością by się tam znalazł. Jeśli już przy listach jesteśmy, to płyta "Killing Joke" znalazła się w zaszczytnym gronie 1001 albumów, które musisz posłuchać zanim umrzesz. W Polsce wydano tę pozycję pod dość banalnym i bezpiecznym tytułem "1001 albumów muzycznych". Nie zmienia to faktu, że aby się tam znaleźć trzeba mieć w sobie to coś, a ta płyta to ma.

Jakub Karczyński

26 sierpnia 2020

WENA

Przystępując do pisania tego posta, czuję się trochę jak postać Marka Kondrata z filmu "Dzień Świra", próbująca sklecić wiersz. Z tą jednak różnicą, że tam na przeszkodzie stawały warunki zewnętrze, a u mnie cisza, spokój tylko wena wzięła sobie wolne i coś długo nie wraca. Odbiło się to rzecz jasna na częstotliwości wpisów, bo skoro nie ma o czym pisać to ... o czym tu pisać? No może nie tak do końca, bo płyt pod ręką jest mnóstwo, ale brak mi chęci, by o nich pisać, a bez tego ani rusz. Czekam, więc na powrót weny licząc, że lada chwila stanie w progu, a póki co, powiększam swoją kolekcję płyt o nowe tytuły jak choćby "Spider On The Wall" (2020) Clan Of Xymox, "The Great Awakening" (2020) White Door, "Made Of Rain" (2020) The Psychedelic Furs, ale i starocie takie jak "Killing Joke" (1980) Killing Joke - stara edycja, "Vengence - The Independent Story" (1984) New Model Army czy "458489" The Fall. Zapytacie, co pośród albumów studyjnych robi tu ten składak The Fall, zważywszy, że wzbraniam się przed zakupem składanek jak tylko mogę. Robię tylko trzy odstępstwa od tej reguły. Po pierwsze. W przypadku, gdy chodzi o zespoły spoza mainstreamu, o których regularne płyty jest niezwykle trudno, albo, gdy grupa dorobiła się tylko takiego wydawnictwa. Po drugie. Gdy pragnę wyrobić sobie opinię o muzyce danej grupy, którą w niedalekiej przyszłości, chciałbym zacząć kompletować. Wiem, że równie dobrze można zrobić to za pośrednictwem YouTube, ale czego można się spodziewać po gościu, który od niemal dziesięciu lat pisze tu o płytach. Po trzecie. W sytuacji, gdy na składance pojawiają się utwory, których próżno szukać na innych płytach. Jeśli zastanawiacie się, do której przegródki zakwalifikować ten przypadek, to bez zbytniej zwłoki podsuwam wam opcję numer dwa. Jeśli muzyka The Fall uchwyci rytm mojego serca, to niewykluczone, że albumy tej formacji zaczną sukcesywnie zapełniać moje regały.

Mówi się, że John Peel miał ogromną słabość do muzyki The Fall, a świadczyć o tym miało to, że nie tylko często grał ich muzykę w swojej audycji, ale i umieścił grupę w zaszczytnej kategorii "zespół wszech czasów". Być może na Wyspach Brytyjskich ten status nie budzi wątpliwości, ale na gruncie polskim, można mieć co do tego wątpliwości. Nie wierzycie? To zastanówcie się kiedy ostatnio natknęliście się na muzykę The Fall w naszym radiu. Dawno, a może wcale? Ilu macie znajomych, dla których nazwa The Fall, to coś więcej niż kilka liter? Osobiście, nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek natknął się na ich nagrania w rodzimym eterze, a i wśród znajomych, nie mam chyba nikogo, kto miałby jakieś większe rozeznanie w twórczości The Fall. Sam do tej pory bardziej kojarzyłem ich z nazwy niż z muzyki, ale przyszedł wreszcie czas, by ponadrabiać te braki. Zupełnie nie mam pojęcia, po co w pierwszej kolejności należałoby sięgnąć, więc wybrałem składankę singli ze stron A. Wiem, banał, ale przynajmniej da mi rozeznanie czy warto dalej kontynuować tę podróż. Jeśli jednak macie jakieś swoje typy, to śmiało zamieszczajcie je w komentarzach. Tymczasem, udam się na kanapę, by dosłuchać sobie reszty utworów z niniejszej kompilacji.

Jakub Karczyński

11 sierpnia 2020

THE ASSOCIATES - WILD AND LONELY (1990)

Odnoszę niejasne wrażenie, że okładka tego albumu przewinęła się już kiedyś przez moje życie. Jest jakoś dziwnie znajoma choć przecież będąc dzieciakiem czy nastolatkiem nie słuchałem takiej muzyki. Mało tego, nie znałem nikogo kto interesowałby się tego typu dźwiękami, a jednak gdy ujrzałem ten album w ofercie pewnego second handu, poczułem, że czekał on właśnie na mnie. Byłem też świeżo po lekturze książki Simona Reynoldsa "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz", gdzie jeden z rozdziałów poświęca nieco uwagi karierze tej szkockiej grupie, która miała być uosobieniem nowopopowego snu. Znaczyło to ni mniej ni więcej jak podbój list przebojów. Do osiągnięcia tego celu miało posłużyć zaaranżowane małżestwo popu z postpunkiem. Nie dane im jednak było zatrzymać się w świadmości słuchaczy na dłuższą chwilę. Ich triumf i pochód przed listy przebojów trwał zaledwie osiem miesięcy. Nie oczekujcie więc, że przywołując w towarzystwie nazwę tej grupy, spotkacie na swej drodze osoby, dla których ten szyld będzie czymś więcej niż tylko zlepkiem liter. Wielka szkoda bo zgłębiając dorobek The Associates mam wrażenie, że umknął nam kawał świetnej i nietuzinkowej muzyki. Z tej też przyczyny postanowiłem przypomnieć dziś płytę "Wild And Lonely" (1990), która to była ich czwartym a zarazem ostatnim albumem jaki zrealizowało The Associates. W późniejszych latach grupa podjęła jeszcze próbę reaktywacji i nawet przymierzała się do wydania nowego albumu, ale koniec końców nic z tego nie wyszło. Jeśli ktoś żył jeszcze nadzieją to umarła ona ostatecznie w 1997 roku, gdy do fanów dotarła informacja o samobójstwie Billy'ego Mackenzie. Wokalista cierpiał na depresję, a kroplą która przelała czarę goryczy była śmierć jego matki.

Cofnijmy się więc o trzydzieści lat i posłuchajmy ostatniego albumu The Associates. Odbiór tej płyty w chwili wydania był bardzo różny. Zarzucano mu niekiedy płytkość, nudę, a nawet przeładowanie aranżacyjne. Przesłuchując "Wild And Lonely" nie tylko nie znalazłem żadnych argumentów na poparcie tych słów, ale i uznałem, że to bardzo interesujące i dobre wydawnictwo. Fire To Ice już od pierwszych sekund atakuje nas mnogością interesujących i nieszablonowych dźwięków. Do tego jego lekki i zwiewny charakter doskonale sprawdza się w letnie, upalne dni. Jest jak morska bryza, która przyjemnie chłodzi nasze ciało, gdy wysoka temperatura nie daje człowiekowi żyć. Nie brak tu też swoistej elegancji, luksusu i szyku jaki znamy choćby z okładki płyty Another Time, Another Place (1974) Bryana Ferry. Słowem Francja elegancja. Nie inaczej prezentuje się Billy Mackenzie, którego głos nie tylko doskonale komponuje się z muzyką, ale i udowadnia nam, że nie straszne są mu też wyższej rejestry. W tym wzglądzie mógłby konkurować z samym Mortenem Harketem z A-ha. Z tak interesującym głosem można pozwolić sobie na wiele lecz niezbędne do osiągnięcia sukcesu jest niezmiennie dobry repertuar. W przypadku albumu "Wild And Lonely" myślę, że nietaktem byłoby narzekać na jego poziom skoro płyta niemal wolna jest od mankamentów. Dziwić więc może, że album nie odniósł należnego mu sukcesu. Tłumacze to sobie tym, że w 1990 roku, świat stał u progu eksplozji muzyki grunge i chyba zmieniła się nieco optyka muzyczna. Album "Wild And Lonely" choć brzmi interesująco to jednak jednoznacznie kojarzy się z dekadą lat osiemdziesiątych. Żaden to zarzut, ale w tamtym czasie album mógł brzmieć już nieco archaicznie. Nie zmienia to faktu, że otrzymaliśmy bardzo udane wydawnictwo, do którego wracam z ogromną przyjemnością. Wśród najlepszych momentów wymieniłbym wspomniane już Fire To Ice, Fever, People We Meet, Just Can't Say Goodbye, The Glamour Chase (nieobecny w wersji LP) oraz Where There's Love. Żałuje, że finał albumu nie jest bardziej efektowny, że nie wbija w przysłowiowy fotel. To jego największy mankament. Najsłabszym ogniwem zdaje się być tutaj utwór tytułowy choć i poprzedzające go nagranie Every Since That Day raczej dosłuchujemy, bębniąc palcami o blat stołu śledząc niecierpliwie wskazówkę sekundnika. Jakby tego było mało, na sam koniec, miłośnicy kompaktów zostali jeszcze uszczęśliwieni niemal ośmiominutowym kolosem w postaci Fever In The Shadows. Trzeba naprawdę sporo samozaparcia by dotrwać do finału tej kompozycji, nie mówiąc już o tym, że ten mozolny trud nie zostanie nam wynagrodzony. Jak widać, czasem lepiej nie sięgać po kolejny kawałek tortu, aby nie zepsuć sobie dobrego smaku.

"Wild And Lonely" pomimo kilku mankamentów należy uznać za album udany, który pomimo trzydziestu lat na karku wciąż może stanowić interesujące wyzwanie dla słuchacza, pod warunkiem, że nie jest on uczulony na dekadę lat osiemdziesiątych. Dobry pop zawsze był w cenie, a jeśli do tego podszyty jest on post punkiem czy nową falą, to tym bardziej warto dać mu szansę.

Jakub Karczyński

02 sierpnia 2020

A MEANS TO AN END (1995)


W ostatnich dniach intensywnie by nie rzec nałogowo słucham składanki z coverami Joy Division. "A Means To An End" (1995) to leciwy album, ale te dwadzieścia pięć lat na karku żadnej krzywdy płycie nie czyni. Aż prosi się by skomentować to powiedzeniem "stara, ale jara". I faktycznie coś jest na rzeczy bowiem dawno już nie ekscytowałem się tak żadną składanką nie mówiąc już o płycie z coverami. Nie ma co się oszukiwać, ale większość tego typu produkcji to straszna nędza, odgrywanie jeden do jednego danego utworu bez cienia własnej inwencji czy choćby chęci poprzestawiania nieco tych klocków. Czasem naprawdę nie trzeba wiele by tchnąć nowego ducha w klasyczne już utwory. Na "A Means To An End" też nikt tu prochu nie wymyśla, ale za to jest tu kilka takich momentów, że aż można zawyć z zachwytu. She Lost Control w wykonaniu Girls Against Boys jest niezłe tak jak i Days Of The Lords, za które odpowiada Honeymoon Stitch, ale prawdziwa jazda zaczyna się wraz z numerem trzy. To właśnie tam zakotwiczyło nagranie New Dawn Fades, w którym to paluchy maczał Moby. Wszyscy kojarzymy go za sprawą tanecznej muzyki elektronicznej podszytej czasem lekką nutą melancholii, ale przecież gitarowe granie to dla niego nie pierwszyzna. Moby jako rockowy wokalista wypada bardzo naturalnie i przede wszystkim autentycznie. Jego wersja New Dawn Fades poraża potężnym, bardzo klarownym brzmieniem, które słuchane odpowiednio głośno wydobywa na światło dzienne wszystkie atuty tej kompozycji. Moby przyznał podczas jednego z koncertów, że jako nastolatek uwielbiał Joy Division, a Ian Curtis wciąż jest jednym z jego największych bohaterów stąd też jego obecność na tej składance nie powinna dziwić. Mało tego to jedna z najlepszych rzeczy jakie się tu znalazły. Na szczęście nie jedyna bowiem zaraz za nią uplasowała się reinterpretacja Transmision pod którą podpisała się grupa Low, czyli najwolniejszy zespół świata. Opinia zobowiązuje stąd też ich wersja jest maksymalnie spowolniona co w zestawieniu z dynamicznym oryginałem stanowi niesamowity kontrast. I choć mogłoby się wydawać, że to droga na manowce, to wbrew pozorom grupa Low doskonale wie co robi, a robią to przecież od lat. To właśnie takie pomysły zasługują na uznanie bo to przecież one są nowym odczytaniem utworów Joy Division. Ukazując je w nieco innym świetle udowadniają, że twórczość Iana Curtisa sprawdza się nie tylko w szarościach, ale także i w innej palecie barw. Idąc za ciosem Codeine w podobnym duchu ogrywają Atmosphere i wciąż trwamy w tym piękny śnie. Interpretacje te choć minimalistyczne i stonowane mogą się podobać. Mało tego, stanowią piękną ozdobę tego albumu. Ciekawie wypada też największy przebój Joy Division czyli Love Will Tear Us Apart, który odarto z ponurości i przerobiono na dość beztroską pioseneczkę. Ma to swój urok, zwłaszcza gdy wyśpiewywuje go głos Mirandy Stanton związanej w latach osiemdziesiątych z Factory Records. Grzechem byłoby także pominąć milczeniem cover Heart And Soul w wykonaniu Kendry Smith. Być może nie zaskakuje on niczym szczególnym, ale naznaczony jest taką kobiecą zmysłowością, która wlewa nieco ciepła w ten mroczny krajobraz. Niby nic, ale nie pierwszy to raz przekonujemy się o tym, że czasem niewielkim nakładem środków i sił przychodzi artystom stworzyć coś niezwykle frapującego. Niestety jest to też jedno z ostatnich interesujących spojrzeń na dorobek Joy Division bowiem następujące po nim utwory niczym szczególnym się nie wyróżniają. Brak więc tu spektakularnego finału, który sprawiłby, że zbieralibyśmy swe zęby w podłogi, ale i tak polecam sięgnąć po tę kompilację choćby tylko po to by wysłuchać tych kilku wyróżnionych przeze mnie artystów.

Jakub Karczyński
 

13 lipca 2020

BEZLUDNA WYSPA

W ostatnich dniach powróciłem do muzyki grupy The Legendary Pink Dots. Gdy tak odsłuchiwałem sobie album "Shadow Weaver" (1992) doznałem nagłego olśnienia, a przede wszystkim uzyskałem odpowiedź w temacie, który miłośników muzyki przyprawia o ból głowy. Jak tu bowiem go uniknąć, gdy pytają nas o to czyją twórczość zabralibyśmy na bezludną wyspę. Przecież dla tak wielu z nas jest to rzecz z gatunku mission impossible. Mnie się udało więc jak widać jest w tym tunelu światełko nadziei. Gdyby więc przyszło mi spędzić resztę życia na bezludnej wyspie, to chciałbym by towarzyszyła mi w tych chwilach muzyka grupy The Legendary Pink Dots. Dlaczego? Na to pytanie jest kilka odpowiedzi. Po pierwsze, ich dyskografia jest tak rozległa, że nie grozi nam zbyt szybkie wyczerpanie tych zasobów. Po drugie, muzyka jaką tworzą jest niezwykle różnorodna i ciekawa. Po trzecie, nie jest to łatwa twórczość więc minie nieco czasu nim dogłębnie ją poznamy. Po czwarte, teksty Edwarda są na tyle zajmujące, że samo ich rozgryzienie stanowi nie lada wyzwanie. Jeśli więc szukacie niebanalnej twórczości, która skupia w sobie szerokie spektrum muzyczne, śmiało sięgnijcie po twórczość The Legendary Pink Dots. Mniemam, że zapewni wam ona mnóstwo wrażeń, a przede wszystkim uświadomi, że muzyka może wykraczać poza schemat zwrotki i refrenu. I nie zrażajcie się jeśli ta znajomość nie zaiskrzy od pierwszych minut. Wszystko zależy od tego po jaki album sięgniecie w pierwszej kolejności. The Legendary Pink Dots nie są żadnym AC/DC i nie nagrywają w kółko wariacji na temat jednego albumu. Ich muzyka jest tak szalenie różnorodna, że każdy powinien znaleźć w niej coś co trafi wprost do serca. Na pierwszą randkę proponowałbym jednak zaprosić "Belladonnę" (1992), bo to nie tylko ich najbardziej znany album, ale też taki, w którym można zakochać się od pierwszego wejrzenia. W kolejnym kroku polecam zapoznać się z płytą "Any Day Now" (1987), która również skrywa mnóstwo piękna, a na dalsze przechadzki rekomenduję już wybierać trasy wedle własnego uznania. Nie śmiem nawet wytyczać kierunków bo możliwości jest tak wiele jak gwiazd w kosmosie. Sam też dopiero stawiam pierwsze kroki w tym uniwersum choć zespół znam już od wielu lat. Czymże bowiem jest kilka płyt na półce w porównaniu z bezmiarem ich dyskografii. Przez długi czas nie zgłębiałem ich twórczości co z dzisiejszej perspektywy uważam za błąd bo płyty The Legendary Pink Dots oferują nam o wiele więcej doznań i artystycznych wrażeń niż nagrania grup z mainstreamowego świecznika. Uczą nas też postrzegać muzykę w szerszej perspektywie jako dorobek wielokulturowy, który wzajemnie się przenika, inspiruje i dopełnia obrazu całości. Muzyka nie lubi ograniczeń choć tak wielu stara się ją zamknąć w gatunkowych szufladkach. The Legendary Pink Dots udowadnia, że nie ma to najmniejszego sensu bowiem dopiero zrzucenie gorsetu ograniczeń pozwala wydobyć z muzyki to co najpiękniejsze.

Jakub Karczyński
 

08 lipca 2020

PRZESŁUCHANIE 13

Niniejszym dotarliśmy do trzynastej odsłony cyklu "Przesłuchanie", który to powraca do korzeni czyli do formuły krótkich opisów, wrażeń i przemyśleń. To nie miejsce na głębokie analizy, rozbieranie utworów na czynniki pierwsze, ani kreślenie historii poszczególnych grup czy wykonawców. Niestety z biegiem czasu nieco popuściłem lejce przez co niektóre teksty rozrosły się do formatu mini recenzji, a przecież nie o to chodziło. Pora zatem wykonać kilka kroków wstecz i bez zbędnych ceregieli odsłonić dzisiejszą kartę.

IGGY POP "FREE" (2019)


Po wysłuchaniu tej płyty nie opuszcza mnie wrażenie, że otrzymaliśmy raczej zupkę z paczki niż zupę z prawdziwego zdarzenia. Utwory przelatują przez uszy i właściwie nie pozostawiają w głowie żadnych fraz, do których chciałoby się powracać. Do tego jeśli odejmiemy utwory, w których Iggy recytuje poezję, to samej strawy pozostaje tyle co kot napłakał. Już sama długość tej płyty, której bliżej do mini albumu niż pełnoprawnej płyty, każe zadać sobie pytanie czy taki był zamysł czy może po prostu zabrakło pomysłu na rozwinięcie tematu. Zbyt mało tu konkretów by móc dyskutować o mocnych stronach tego wydawnictwa. Dziwią mnie więc te wszystkie pochwalne recenzje jakie dane mi było przeczytać. Przecież ta płyta za parę lat przepadnie w pomrokach dziejów. Tu naprawdę nie ma do czego wracać. Jedyną rzeczą jaka zasługuje na najwyższe oceny to partie trąbki. Absolutnie zjawiskowe, takie jakie najbardziej lubię. Żałuję, że nie jest to ciekawsza płyta, bo mając w składzie taki instrument można było się pokusić o stworzenie prawdziwego arcydzieła.

ocena: 4/10

Jakub Karczyński