31 stycznia 2020

KOLEKCJONERSKI PRZEPYCH

Nurtuje mnie pewna sprawa nad którą to rozmyślam od pewnego czasu. Temat jest prosty i z pewnością niejednemu z Was też chodził kiedyś po głowie. Jak to w tym życiu jest, czy lepiej mieć czegoś więcej czy mniej? Czy mając więcej jesteśmy bardziej szczęśliwi niż gdy mamy mniej? A może jest odwrotnie, im mniej mamy tym bardziej to doceniamy, szanujemy i czerpiemy z tego o wiele więcej radości. Pytania owe można odnieść do wielu spraw, ale jako że jest to blog o kolekcjonowaniu płyt postanowiłem zawęzić tę kwestię do wspomnianych nośników.

Zatem jak uważacie, lepiej mieć więcej czy mniej płyt w swojej kolekcji? Pewnie niejednemu z nas marzyła się kiedyś kolekcja płyt dorównująca ilości woluminów w Bibliotece Aleksandryjskiej, ale z czasem gdy kolekcje się rozrastają przychodzi taki moment, że trzeba zadać sobie kilka istotnych pytań. Po pierwsze, gdzie się z tym wszystkim pomieścić? Po drugie i chyba bardziej istotne, ile z tych albumów jest w faktycznym użyciu, a ile zbiera już tylko i wyłącznie kurz?  Zapewne nie tylko ja, mam w swojej kolekcji płyty, które cenię, ale których już nie słucham. Pozbyć się jednak ich nie potrafię bo a nuż najdzie mnie kiedyś na nie ochota, ale ochota nie nadchodzi. Postanowiłem jednak uważniej przyglądać się temu co kupuję by nie wpaść w pułapkę kompulsywnego nabywania płyt. Obserwuję ten problem u co poniektórych zbieraczy płyt, którzy w miesiącu potrafią nabywać po siedemdziesiąt płyt. Niby fajnie, ale kiedy znaleźć czas na ich przesłuchanie? I tu właśnie dotykamy najważniejszego elementu. Czas. Życie przecież nie składa się tylko z chwil, w których to słuchamy sobie muzyki. Mamy też wiele innych rzeczy na głowie, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Kiedy tu więc znaleźć chwilę by posłuchać tych wszystkich płyt? Stąd też bliższe są mi idee minimalizmu niż popadania w przepych. Ostatnio usłyszałem od mojego znajomego, że jego babcia pamiętająca czasy wojny mawiała, że w życiu trzeba kolekcjonować wspomnienia, a nie przedmioty. Niby rzecz oczywista, ale ilu z nas się do tego tak naprawdę stosuje?

Jakub Karczyński

28 stycznia 2020

PODSUMOWANIE ROKU 2019

Długo biłem się z myślami czy w tym roku zabierać się za pisanie muzycznych podsumowań. Coś co było świetną zabawą, dziś stało się nudnym obowiązkiem, który sam na siebie nałożyłem. Z roku na rok mam przez to coraz mniej ochoty by tworzyć te TOP10 czy TOP5 jak miało to miejsce w ostatnim czasie. Nie jest wykluczone, że robię to po raz ostatni. Powodów jest kilka. Po pierwsze, nie gonię już za nowościami, nie mam w sobie takiego parcia na nowe albumy bo rzadko kiedy przynoszą mi one emocje, których szukam w muzyce. Stąd też częściej sięgam po albumy z minionych dekad i to właśnie tam odnajduję fragmenty swojej muzycznej duszy. I nie chodzi o to by w myśl zasady biadolić, że kiedyś to było lepiej, a dziś to tylko zalewa nas muzyczna tandeta. To nie prawda więc daleki jestem od ferowania tak stereotypowych sądów choć mógłbym bo i w tym roku nie natrafiłem na nic co wstrząsnęłoby posadami mego świata. Owszem było kilka bardzo udanych i pięknych płyt, ale nieco zabrakło by sięgnąć firmamentu. Jaki więc jest sens tworzenia podsumowań skoro z roku na rok coraz trudniej zebrać mi te dziesięć płyt, pod którymi mógłbym się z czystym sercem podpisać. Poza tym nie mam pewności czy kogoś te podsumowania jeszcze w ogóle interesują. Nie chce mi się tego robić dla idei więc jeśli nic się w tym temacie nie zmieni to zawieszę ten coroczny rytuał. 

Skoro jednak zdecydowałem się jeszcze w tym roku zatańczyć na tej scenie, to zerknijmy cóż wypełniało przestrzeń moich czterech kątów.


P Ł Y T Y  R O K U - 2 0 1 9


1. M o d e r n  N a t u r e  "H o w  T o  L i v e"


Piękna jest tu nie tylko okładka, ale także to co się pod nią skrywa. Muzyka penetrująca tak różnorodne gatunki muzyczne, że aż nie wiem do której szufladki ją zaklasyfikować. Nie będę sobie jednak zawracał tym głowy bo przecież w muzyce nie to jest najważniejsze. Modern Nature tworzą muzykę nieskażoną żadnymi szablonami, trudno przewidzieć co za chwilę się wydarzy i właśnie to sprawia, że słucha się tej płyty z wypiekami na twarzy. Ta podróż przez światy utkane z jazzu, awangardy i alternatywnego rocka każe mi upatrywać w nich następców Radiohead. Takich albumów nie można lekceważyć, a już na pewno nie wolno ich przegapić. Żal więc, że branżowi dziennikarze nie zająknęli się na jej temat tworząc swoje podsumowania.

 2. C i g a r e t t e s  A f t e r  S e x  "C r y"



Gdy nastawiłem ten album po raz pierwszy poczułem coś na kształt rozczarowania, że oto znów otrzymujemy taką powtórkę z rozrywki. Żadnych nowych rozwiązań, które dałyby nam wyobrażenie jaka przyszłość maluje się przed Cigarettes After Sex. Nie chciałbym by stali się zakładnikami własnego stylu i nagrywali wariacje na temat swego debiutu. Przy drugiej płycie można im jeszcze to wybaczyć, ale trzeci album będzie już takim rodzajem testu dla grupy. Tymczasem cieszmy się, że album "Cry" w niczym nie ustępuje swej poprzedniczce, jest równie zmysłowy, tajemniczy i czarowny. Miłośnicy brzmień spod znaku 4AD powinni wyryć sobie tę nazwę głęboko w sercu bo to są prawdziwi spadkobiercy tych brzmień, a nie współczesne grupy, które choć posiadają to szacowne logo na swych płytach to nie mają już nic wspólnego z muzyką, jaka wyniosła tę wytwórnie na szczyt.

3. P i x i e s  "B e n e a t h  T h e  E y r i e"
 


Dotychczas podchodziłem dość ostrożnie do muzyki tej grupy. Owszem, lubiłem pojedyncze nagrania, ale całe albumy jakoś mi nie wchodziły. Sięgnąłem jednak z ciekawości po ich najnowszą płytę zaintrygowany okładką i wpadłem niczym Alicja w głąb króliczej nory. To co znalazłem wewnątrz przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli fani kręcili nosem na poprzedni album, to tu absoultnie nie mają podstaw do takich zachowań. Mało tego, śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych płyt w ich dorobku, która może stanowić ważny drogowskaz dla ich następców. "Beneath The Eyrie" to album pozbawiony mielizn i wypełniaczy dzięki czemu słuchacz otrzymuje tylko to co najlepsze w muzyce Pixies. Esencję, z której można zaparzyć naprawdę pyszną herbatę. Esencję tak mocną, że starczy z pewnością na kilkanaście filiżanek.

 4. M a r k  L a n e g a n  B a n d  "S o m e b o d y ' s  K n o c k i n g"
  


Album "Somebody's Knocking" to z kolei największe zaskoczenie odkryte przeze mnie przed kilkoma tygodniami. To tylko dowodzi, że nie ma co się spieszyć z pisaniem podsumowań. Mark Lanegan to postać, którą oczywiście kojarzyłem, ale jakoś nie śledziłem zbyt uważnie jego kariery. Coś mnie jednak tknęło by posłuchać tej płyty. Pierwsze dźwięki nie zdradzały jeszcze tego piękna, które ukryto w sercu płyty, choć już przyjemnie łechatły moje ucho. Brudny, matowy głos Lanegana doskonale wpisuje się w te mroczne dźwięki i stanowi za świetnego przewodnika. Prowadzi nas po swojej muzycznej krainie pokazując nam swe różne oblicza. Raz odmalowane brudem bluesa innym razem zatopione w elektronice. Co ciekawe, wszystko brzmi niezwykle spójnie przez co nie musimy bać się jakiegoś rozdźwięku miedzy tym światami. Jeśli zapytacie mnie o najjaśniejszy punkt tej płyty to odpowiem, że w moim przypadku wypada on tam gdzie umieszczono kompozycję Playing Nero. Panie Lanegan kłaniam się panu w pas.

5. S o p h i e  Z e l m a n i  "S u n r i s e"

      
Mówią, że aby polubić jazz trzeba do niego dojrzeć. Może coś w tym jest bo w ostatnim czasie jakoś chętniej zapuszczam się na te terytoria, dzięki czemu odkryłem coś tak absolutnie pięknego jak album "Sunrise". Tu również jak w przypadku Pixies zadziałała magia okładki, która pod powierzchnią skrywała niezgłębione pokłady zmysłowości, pięknych melodii i co tu dużo mówić, po prostu piękna. Od razu bięgnę uspokoić wszystkich tych, którzy na słowo jazz reagują w sposób alergiczny. Z tradycyjnym jazzem ta płyta nie ma wiele wspólnego, bardziej skłaniałbym się by szukać powiązań na teryroriach zarezerwowanych dla takich wykonawczyń jak Katie Melua. Album "Sunrise" działa na mnie niezwykle ożywczo, jest jak pierwsze oznaki wiosny, które niosą ze sobą obietnicę cieplejszych dni. 

L U C K Y  L O O S E R

 
Low Roar "Ross"
W tej kategorii wybrałem niezwykle nastrojowy i bardzo poruszający album, o którym również można by napisać, że zachwyca od strony wizualnej, ale po co się powtarzać, wszak każdy kto ma oczy nie przejdzie obok takiej okładki obojętnie. Wrażlliwe serce nie odtrąci też i muzyki, która sączy się leniwie, ale przez tę swoją niespieszność, hipnotyzuje słuchacza i oplata go pajączyną dźwięków. Rzecz dla wrażliwców, którzy piękno odnajdują tam gdzie większość widzi nudę. Warto zapamiętać tę nazwę. 



Jakub Karczyński

12 stycznia 2020

FLESH FOR LULU

W ostatnim czasie udało mi się w końcu zdobyć album "Long Live The New Flesh" (1987) grupy Flesh For Lulu. Do tej pory miałem to wyłącznie na winylu, ale skoro nadarzyła się okazja zakupu srebrnego krążka to skwapliwie z niej skorzystałem. Pomyślałem przy tej okazji by napisać słówko o tej dość dziś już zapomnianej grupie, której przewodził Nick Marsh. Zacząłem więc szperać w Internecie i pierwsze na co się natknąłem to informacja o jego śmierci w 2015 roku. Przegrał on walkę z rakiem przechodząc na drugą stronę w wieku 53 lat. Przyznam szczerze, że ów fakt bardzo mnie zaskoczył i co zrozumiałe zasmucił. Choć od wielu lat miałem na półce albumy Flesh For Lulu jakoś nigdy nie złożyło się bym uważniej prześledził historię grupy. Przysiadłem więc wieczorem przed komputerem by nadrobić to niedopatrzenie. Oszczędzę Wam jednak nudnej wyliczanki nazwisk oraz dat bowiem historia grupy Flesh For Lulu niczym szczególnym się nie wyróżnia na tle innych zespołów. Z potoku informacji można wyłowić jednak kilka co ciekawszych faktów.

Pierwszym jest informacja, że dość szybko zostali dostrzeżeni przez legendarnego radiowca jakim był John Peel. Uchylił im drzwi do studia BBC, gdzie zarejestrowali cztery utwory. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to przypadek odosobniony, ale z drugiej strony pomyślmy sobie ilu grupom nie dane było ucałować choćby klamki od drzwi tegoż studia. Poza tym pojawienie się w programie Peela to był zaszczyt i najlepszy z możliwych sposobów do zaistnienia w masowej świadomości. Co ciekawe największe zasługi w wypromowaniu grupy paradoksalnie nie przypadły Peelowi, a reżyserowi filmu "Some Kind of Wonderful" (1987). Ścieżka dźwiękowa do tego obrazu zawierała dość interesujący miks muzyczny wypuszczony spod palców takich grup jak choćby The Jesus & Mary Chain, The March Violets oraz rzecz jasna Flesh For Lulu. Nasi bohaterowie zamieścili na tymże soundtracku utwór I Go Crazy, który niemal z dnia na dzień zmienił ich pozycję rynkową. Nick Marsh przyznał po latach, że był to przełomowy moment w historii zespołu. To właśnie wtedy zamienili małe, podrzędne kluby na sale o zdecydowanie większej pojemności. I choć nigdy nie przebili się do pierwszej ligi to z pewnością mieli zadatki na to by wykroić dla siebie z tego tortu nieco większy kawałek. Polecam w wolnej chwili zapoznać się z ich dorobkiem, na który to składają się cztery albumy - "Flesh For Lulu" (1984), "Big Fun City" (1985), "Long Live The New Flesh" oraz "Plastic Fantastic" (1989). Jest też jeden oszukany album grupy, o którym słów kilka w dalszej części tekstu. W zasadzie nie ma różnicy od której płyty zaczniecie bowiem wszystkie godne są polecenia. Osobiście zaczynałem od ich drugiego albumu - "Big Fun City", który to zakupiłem przed laty w nieistniejącym już sklepie przy ulicy Taczaka w Poznaniu. Nie pamiętam tylko czy najpierw zdobyłem analoga czy może płytę CD, ale nie ma to już dziś większego znaczenia. Kompakt jest o tyle ciekawy, że zawiera jeszcze dograną EP-kę "Blue Sister Swing". Analog, który posiadam w swych zbiorach jej nie posiada, ale wiem, że są też inne wydania, na których to można jej posłuchać. Zazwyczaj kręcę nosem na różnego rodzaju dogrywki, ale w tym wypadku dobrze się stało, że dołączyli ją do reszty płyty. 

Gdy tak zagłębiałem się w historię grupy odkryłem, że po rozpadzie grupy, który to nastąpił w 1992 roku, Nick Marsh wraz z gitarzystą Roocco Bakerem powołali do życia zespół Gigantic. Do składu dokoptowali jeszcze dwóch muzyków i zabrali się za tworzenie materiału na debiutancką i jak się później okazało, ich jedyną płytę. Album zatytułowany "Disenchanted" (1996) był mocniejszy w wyrazie niż dokonania ich macierzystej formacji, ale nie pozbawiono go na szczęście nośnych melodii. Materiał jednak nie spełnił oczekiwań słuchaczy i przepadł na rynku, a Columbia Records niezadowolona z wyników sprzedaży, postanowiła zrezygnować z usług zespołu. Grupie udało się jeszcze wydać EP-kę zatytułowaną tak samo jak pełnowymiarowy album z równie brzydką okładką co ich debiut. Być może to było jednym z czynników przez, który zespół zamiast zrobić karierę zatonął w muzycznym oceanie. Warto jednak przypomnieć sobie ich dorobek choćby przez wzgląd na Nicka Marsha. Ciekawostką w tym przypadku jest to, że po latach, gdy dokonywano reedycji tego materiału zrobiono rzecz dość kuriozalną. Otóż nazwa Gigantic posłużyła za tytuł dla tegoż albumu, a płyta została opatrzona logiem grupy ... Flesh For Lulu. Przyozdobiono ją też inną, zdecydowanie ciekawszą okładką i wzbogacono o dwa utwory dostępne wcześniej na EP-ce "Disenchanted". Zabrakło jednak kompozycji Seasons In The Sun z repertuaru Jacquesa Brela (oryg. Le Moribond) więc chcąc mieć pełny ogląd kompozycji musicie i tak zakupić tę EP-kę.

Po upływie dziesięciu lat, najwierniejsi słuchacze doczekali się też wydania pierwszej i jedynej solowej płyty Marsha, zatytułowanej "A Universe Between Us" (2006), która to odsłaniała nieco inną twarz Nicka. Bardziej zadumaną, wyciszoną i melancholijną. Jej muzyczną zawartość najlepiej oddał pisarz, Andy Close, który napisał, że to "coś czego można słuchać o 2 w nocy z butelką czerwonego wina, obserwując przez okno księżyc i gwiazdy". I taka też jest ta płyta, obracająca się gdzieś wśród poetyki bardów snujących swe niewesołe opowieści dla dużych dzieci przy szklaneczce alkoholu i w oparach papierosowego dymu. 

Tutaj stawiamy kropkę bo to koniec naszej podróży. Śmierć Nicka zamknęła definitywnie rozdział z napisem Flesh For Lulu jak i jego solową karierę. Jeśli więc nigdy wcześniej nie zetknęliście się z tą grupą to mam nadzieję, że moje zachęty podziałają na Was stymulująco i posłuchacie jednego lub dwóch utworów. Być może na tym poprzestaniecie, a może stanie się cud i będzie to początek nowej, ekscytującej przygody. Odważcie się tylko zrobić ten pierwszy krok.

Jakub Karczyński

27 grudnia 2019

ŻYCIE PO VIRGIN PRUNES

Inspiracje muzyczne czerpać można z wielu źródeł. Najczęściej znajduję je pośród pożółkłych stron starych periodyków muzycznych czy też pośród fal eteru i to właśnie radio nadało tym razem pierwszy sygnał do ataku. W jednej ze swych audycji Piotr Stelmach przypomniał fragmenty albumu "Shag Tobacco" (1995), pod którym podpisał się lider Virgin Prunes, Gavin Friday. Wstyd się przyznać, ale do tej pory miałem na swej półce tylko jeden album Gavina, nie licząc oczywiście płyt nagranych z Virgin Prunes. Pamiętam, że redaktor Stelmach mówił, że to album niezwykły. Gdy nastawił muzykę, zrozumiałem, że trzeba wziąć go jak najszybciej na celownik. Płytę się znaczy, nie redaktora.  Udało mi się w końcu ją zdobyć i to za naprawdę rozsądne pieniądze. Płyną teraz te dźwięki w domową przestrzeń, upajając mnie swą atmosferą. Momentami kojarzy mi się to z twórczością Marca Almonda, jego teatralnością i zamiłowaniem do wszelkiej maści brzmień przywodzących na myśl drugą i trzecią dekadę XX wieku. Może nie jest to jeszcze tak wyraźne jak u Almonda, ale podskórnie słychać, że panowie jadą w tym samym pociągu, choć jeszcze w różnych przedziałach.

Idąc tym tropem wygrzebałem artykuł o grupie Virgin Prunes i prześledziłem to co poszczególni muzycy robili po rozpadzie grupy. Jako że artykuł pomijał wielu członków, postanowiłem załatać te dziury i dopisać kolejne rozdziały tej historii. Wszak od 2004 roku minęło sporo czasu, a i kilka nowych płyt przybyło w dyskografiach dawnych członków Virgin Prunes.

Gavin Friday (Fionán Martin Hanvey) choć nie wydaje zbyt często swych płyt to i tak bije na głowę większość kolegów z Virgin Prunes. Jedynie Dawid Watson Jr. aka Dave-id Busaras stara się dotrzymać mu kroku. Gavina na swym solowym szlaku wspierał Man Seezer (Maurice Roycroft), z którym to nagrał pierwszy album jak i współpracował przy tworzeniu muzyki filmowej czego efektem była ścieżka dźwiękowa do obrazu "The Boxer" (1998). Gavin maczał też palce w tworzeniu wielu innych sountracków by wymienić tylko "Mission: Impossible" (1996), "Moulin Rouge!" (2001) czy "Śniadanie na Plutonie" (2005). Solowa dyskografia Gavina obejmuje zaledwie cztery albumy: "Each Man Kills The Thing He Loves" (1989), "Adam 'n' Eve" (1992), "Shag Tobacco" (1995) oraz "Catholic" (2011). Wszystkie warte są uwagi i z pewnością warto włączyć je do swej kolekcji. Wśród dyskografii Gavina celowo pominąłem album "Peter And The Wolf" (2002), którego ilustracyjno - narracyjny charakter lokuje go bardziej w obszarach zarezerwowanych dla słuchowisk niż tradycyjnej muzyki pop. Niemniej to też jego dzieło.


Także David Watson Jr. wkroczył na szlak solowej twórczości, a uczynił to jako Dave-id Busaras w roku 1995, za sprawą albumu "Smegma 'Structions Don't Rhyme". Miłośnicy Virgin Prunes z pewnością odnajdą tu echa jego macierzystej formacji niemniej album ten nie ma tyle uroku co płyty Gavina. Sporo tu chaosu, z którego niewiele wynika i tylko gdzieniegdzie album wkracza na bardziej konwencjonalne tory. I to właśnie w tych fragmentach jest on najbardziej interesujący. Z kolei pierwszy album stworzony wespół z Toshi Hiaraoka wypełnia zimna elektronika, kojarząca się z dokonaniami Suicide. Do tej pory szlaki tych artystów przecięły się dwukrotnie. Pierwszy raz w 2000 roku za sprawą płyty "Bushy Luxury" oraz siedemnaście lat później na albumie "A Mind Is Blown Away (Chapter I To The End)" (2017). Rok później los postawił na jego drodze włoskiego muzyka Giancarlo Ferrarri, a wynikiem tego był krążek "I Am, You Are" (2018). Jeśli ktoś przebrnął przez twórczość Watsona Jr./Busarasa to wie, że wokalistą jest on marnym. Sytuację więc zdaje się tu  ratować muzyka, która musi stawać wręcz na rzęsach by odwrócić uwagę od melodeklamacyjnych stęków i jęków Busarasa. Można by rzec, że śpiew dorównuje tu jego urodzie.

Z pewnością bardziej interesująco prezentują się poczynania wczesnego perkusisty Virgin Prunes jakim był Daniel Bintii. Stworzył on  w latach osiemdziesiątych kilka EP-ek, które to zebrane zostały na albumie "Herstory" (1987). Muzyka wydana pod szyldem Princess Tinymeat penetrowała gotyckie przestrzenie dobrze znane miłośnikom klimatów bat-cave, ale też nie stroniła ona od tanecznego rytmu. Chętnie uchyliłbym jej drzwi do mojego królestwa, pech w tym, że materiał ten ukazał się wyłącznie na winylu. Trzeba będzie więc odkurzyć gramofon i postarać się zdobyć ten album. Ciekawi mnie też jego jedyne solowe wydawnictwo, które to podpisał z imienia i nazwiska. "Skipper" (1995) bo taki tytuł miał ten krążek, zabierał słuchacza w świat muzyki instrumentalnej. Tak barwnej, że słuchając jej ma się wrażenie, że stanowi za ilustrację do jakiegoś filmu lub animacji. Wrażenie takie potęgują zwłaszcza odgłosy natury jak i wykorzystanie dźwięków otoczenia. Flet nadaje tej muzyce zwiewności jak i kieruje me myśli ku twórczości rodzimej grupy Osjan. Muzyka Daniela może nie jest aż tak wysoce eksperymentalna, ale z pewnością warta jest tego by poświęcić jej uwagę. 

Dik Evans, a właściwie Richard G. Evans, to starszy brat Davida Evansa znanego bardziej jako The Edge z grupy U2. Dik we wczesnym okresie również współtworzył ten zespół lecz w wyniku redukcji składu zmuszony był opuścić ich szeregi. W latach 1977 do 1984 był gitarzystą i założycielem Virgin Prunes, a po ich rozpadzie udzielał się w zespole The Kid Sisters, później przemianowanym na The Screech Owls. Grupa nie pozostawiła po sobie jednak żadnego dużego materiału. Jedyny ślad jej działalności to dwa single oraz EP-ka "Desert Songs & Dirty Pictures" (1996) i to właśnie na jej podstawie można snuć wyobrażenia o tym jak mógłby wyglądać ich debiutancki album. Dźwięki zawarte na owej EP-ce przynoszą nam muzykę zatopioną w akustycznych brzmieniach gitary, ubarwianych od czasu do czasu partią skrzypiec. Nie jest to nic specjalnie odkrywczego więc nie robiłbym sobie zbyt wielkich nadziei niemniej z kronikarskiego obowiązku warto odnotować jej istnienie.   

Gugi. Pod tym pseudonimem ukrywa się Derek Rowan, który to jest bratem Trevora Rowana (Strongman). Żaden z braci po rozpadzie Virgin Prunes nie zdecydował się na karierę solową. Strongman wraz Davidem Kelly alias Mary D'Nellon i Davidem Watsonem Jr. kontynuowali działalność swej macierzystej grupy pod skróconym szyldem - The Pruness. Nie odnieśli oni jednak spodziewanego sukcesu i po nagraniu trzech albumów "Lite Fantastic" (1988), "Nada" (1989) oraz "Blossoms And Blood" (1991) zawiesili działalność. Nie była to jedyna kolaboracja dawnych kolegów z Virgin Prunes. Także Gavin Friday skrzyknął swoją bandę w skład, której weszli Gugi i David Watson Jr. i wystąpili na składance "Rouge's Gallery" (2006) jako Three Pruned Men. Album zawierał piosenki inspirowane morzem, a więc szanty jak i pirackie ballady.

Z kolei pierwszy perkusista Anthony Murphy znany jako Pod nie może pochwalić się w swym portfolio żadnym albumem poza tymi, które stworzył wraz z Virgin Prunes. Niemniej może poszczycić się tym, że był technicznym grupy U2, w czasach gdy ta nagrywała swoje dwa pierwsze albumy. Może nie jest to wielkie osiągnięcie, ale lepsze to niż nic.

W tym miejscu przychodzi postawić nam kropkę choć wierzę, że to jeszcze nie koniec tej historii. Wypatrujmy więc na horyzoncie kolejnych albumów niegdysiejszych członków Virgin Prunes. Oby tylko sprostały  naszym oczekiwaniom.

Jakub Karczyński 

11 grudnia 2019

ODRABIANIE ZALEGŁYCH LEKCJI

Każdy z nas nosi w sobie pewne zaległości względem pewnych rzeczy, tak jak choćby nasz Minister Kultury względem dzieł naszej noblistki, Olgi Tokarczuk. Wiszą one nad nami niczym miecz nad Damoklesem. Gdy ich ciężar jest już zbyt duży, wtedy decydujemy się, aby je zniwelować. Tomasz Beksiński mawiał w takich przypadkach, że przyszedł czas by odrobić zaległe lekcje. Jasną sprawą jest, że nie wszystkie zaległości jesteśmy w stanie nadrobić, ale nie znaczy to, że nie mamy próbować. I ja w swoim życiu dorobiłem się kilku takich lekcji, które aż proszą się o to by do nich przysiąść. W dziedzinie literatury i filmu nadrabiam więc zaległości w klasyce, a w muzyce docieram w końcu do dzieł, od których trzymałem się na dystans. Powody bywały różne, czasem wręcz błahe, ale jak widać wystarczyły by przez lata skutecznie unikać pewnych wykonawców czy zespołów. 

Z pewnością jedną z takich niezrozumiałych już dziś dla mnie zaległości było pominięcie twórczości grupy The Smiths. Długo dojrzewałem do tego by się za to zabrać. Impulsem okazała się audycja radiowa, w której to nadano fragmenty albumu "The Queen Is Dead" (1986). Było to na tyle interesujące, że w niedługim czasie zaopatrzyłem się w ten album, ale musiało jeszcze upłynąć dużo wody w Warcie, nim znalazł on drogę do mojego odtwarzacza. Gdy już tam wylądował to zachwyciłem się nim na tyle, że nawet w pracy miałem ochotę go słuchać. Wałkowałem go niczym ciasto na pizzę, odkrywałem wszystkie jego smakowite dodatki by w końcu odstawić go z dumą na półkę i zakończyć na pewien czas przygodę z The Smiths. Dopiero niedawno otrzymałem kolejny impuls by sięgnąć po inne ich wydawnictwa. Zabrałem się za debiut, który w kilku fragmentach stawiał mi zaciekły opór, ale i tak byłem pod wielkim wrażeniem takich nagrań jak choćby Reel Around The Fountain, You've Got Everything Now, Miserable Lie czy This Charming Man. Nawet moja dwuletnia córka wkręciła się w ten album tak bardzo, że kazała mi nastawiać sobie tę płytę do tańca. Aż sam jestem ciekaw co wyniknie po latach z tego mariażu rocka z muzyką dziecięcą. Oczywiście "muzyka taty" słuchana jest okazjonalnie i to na wyłączną prośbę córki. Nie ma sensu nic dziecku narzucać bo i tak sama w przyszłości zdecyduje co jej w duszy gra. Każdy w końcu sam musi odrobić swoje zaległe lekcje. Idąc za ciosem, wyciągam właśnie z półki kolejny album The Smiths zatytułowany "Meat Is Murder" (1985), a dodatkowo jako pokutę za swoje grzechy nałożyłem na siebie obowiązek przeczytania biografii The Smiths, "Piosenki o twoim życiu" Macieja Koprowicza. Mam nadzieję, że Morrissey wybaczy mi moją ignorancję względem jego twórczości i udzieli szybkiego rozgrzeszenia.

Jakub Karczyński

 

27 listopada 2019

POKOT

Przejrzałem ostatnio mój zeszyt z zapiskami, z których to wynotowałem sobie albumy z lat osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych, które udało mi się pozyskać w przeciągu tych jedenastu miesięcy. Takie zdobycze cieszą mnie najbardziej, nie tylko ze względu na swą unikatowość, ale i muzykę jaka jest na nich zawarta. Bycie kolekcjonerem płyt to wspaniałe zajęcie, któremu oddaję się z pasją już od wielu lat i wciąż sprawia mi to ogromną przyjemność. Tutaj nieustannie coś się dzieje, a płyty potrafią dostarczyć tak wiele emocji, wrażeń i radości, że nie sposób się nudzić. Płyty podnoszą na duchu, zmuszają do refleksji, pobudzają do życia poprawiając nam tym samym nastrój. Sam zauważam po sobie, że gdy tylko uda mi się pozyskać jakiś wyjątkowy klejnot z epoki lat osiemdziesiątych, dostaję wtedy takiego doładowania endorfin, że mógłbym sprzedawać to szczęście na kilogramy. Może właśnie w tym tkwi sekret kolekcjonowania płyt. Radość sprawia nie tylko muzyka, ale i nośnik więc można by się pokusić o stwierdzenie, że zbieracze płyt mają tego szczęścia dwa razy więcej. W mijającym roku najwięcej wrażeń w tym temacie dostarczyło mi kilka poniższych płyt. Żaden premierowy album nie przyniósł mi tyle radości co właśnie te starocie.


L U T Y

Handful Of Snowdrops "Dans L'oeil De La Tempete" (1991) - bezsprzecznie jedna z największych radości, jaką udało mi się upolować w tym roku. Przepiękna muzyka Handful Of Snowdrops z ich drugiego albumu powinna przypaść do gustu każdemu kto mieni się fanem brzmień spod znaku starego Clan Of Xymox czy choćby grupy The Cassandra Complex. Absolutny klejnot w mej kolekcji.

The Chameleons "Strange Times" (1987) - ten zespół dość długo krążył po orbicie moich zainteresowań. Gdy wreszcie zapoznałem się z wycinkiem ich twórczości wiedziałem już, że ich nieobecność na mojej półce to jakaś kpina więc czym prędzej zacząłem kompletować ich dyskografię. Zacząłem od "Strange Times" i już na samym początku zaliczyłem nokaut w związku z nagraniem Caution. The Chameleons to absolutny kanon, którego w żadnym stopniu nie można pominąć.

K W I E C I E Ń

The Chameleons "Script Of The Bridge" (1983) - idąc za ciosem zakupiłem ich debiutancki album, choć pierwszy zakup nie okazał się zbyt udany. Reedycja poszerzona o drugi dysk, którą nabyłem ma jakiś feler i materiał bazowy nie współpracuje w żaden sposób z moim odtwarzaczem.  Kupiłem więc starą edycję bez bonusów i z oryginalną okładką, która gra wzorcowo. Piękne falowe granie nie pozbawione pięknych melodii, ale bez popadania w miałki pop. Album ten jak i pozostałe dokonania grupy mają u mnie status - ratować z pożaru, co oznacza najwyższą kategorię ważności.

The Chameleons "What Does Anything Mean? Basically" (1985) - ależ ta płyta się zaczyna. Niech mi ktoś powie są syntezatory są obciachowe. Wszystko zależy od tego jak zostaną wykorzystane. W takim Silence, Sea and Sky robią taki nastrój, że serce samo mięknie. Zresztą ich płyty czarują od pierwszych do ostatnich minut. Mógłbym ich słuchać naprzemiennie, a i tak nie miałbym ich dość. Szkoda, że dziś do ich muzyki trzeba się dokopywać łopatą, bo przecież zasługiwali by odnieść sukces nie mniejszy niż Joy Division. Potencjał był i to jeszcze jaki szkoda więc, że koleje ich losu nie potoczyły się nieco inaczej. 

C Z E R W I E C

The Sound "From The Lion's Mouth" (1981) - gdy usłyszałem pierwsze nagranie z tejże płyty zachorowałem na punkcie tego albumu. Szukałem, szukałem, aż wreszcie udało mi się go zdobyć, choć wciąż marzę też o zdobyciu tego albumu w edycji jewel case, ale póki co ceny dość zaporowe. Muzyka jaką tworzyli The Sound to klimaty bardzo pokrewne The Chameleons czy The Teardrop Explodes. Może nieco bardziej zadziorne i surowe, ale wciąż opierające się na wspaniałych liniach melodycznych.

Television Personalities "Closer To God" (1992) - na grupę Television Personalities natknąłem się przypadkiem, gdy szukałem w pewnym sklepie internetowym albumów zespołu Television. Wśród propozycji pojawili się także i oni. Postanowiłem sprawdzić cóż to takiego i dość szybko zaplątałem się w te dźwięki, które z każdą chwilą upewniały mnie, że to zespół, którym warto się jak najszybciej zainteresować. Tytułowe nagranie z tego albumu zakotwiczyło mi w głowie na tyle mocno, że czym prędzej podjąłem próbę pozyskania go na kompakcie. Muzyka grupy opisywana jest zazwyczaj za pomocą takich haseł jak post punk, neo psychodelia czy indie pop. Jak by tego nie klasyfikować to i tak dźwięki generowane przez Television Personalities bezsprzecznie pozostają w kręgu moich muzycznych zainteresowań.

Ian McCulloch "Candleland" (1989) - pierwszy solowy album lidera Echo & The Bunnymen, którym udowodnił, że i pod własnym nazwiskiem potrafi nagrywać rzeczy piękne i niezwykłe. Stylistycznie nie jest to zbyt odległe od tego co robiły Echa więc potencjalni słuchacze mogą czuć się bezpieczni. "Candleland" warte jest każdej sekundy jaką poświęcicie na posłuchanie tego albumu. Jeśli lubicie twórczość macierzystej formacji Iana, to nie ma siły by ta płyta nie przypadła Wam do gustu. Moje serce już skradła, teraz czas na Wasze.

W R Z E S I E Ń

Martyn Bates "Stars Come Trembling" (1990) - absolutnie czarowna płyta ozdobiona niezwykłym głosem Martyna Batesa, którego śmiało można umieścić na tej samej półce co nieodżałowanego Marka Hollisa. Podobny sposób ekspresji i zbliżona wrażliwość na muzykę. Obu tych panów postrzegam jak takie barwne ptaki, których fenomen trudno uchwycić słowami. Nie ma więc co się silić na werbalną ekwilibrystykę, zamiast tego lepiej nastawić sobie wspomniany album i wczuć się w ten niesamowity krajobraz dźwiękowy.

L I S T O P A D

The Teardrop Explodes "Kilimanjaro" (1980) - odkrywanie takich płyt to niezwykle silne doładowanie emocjonalne. Słuchałem tego albumu namiętnie po kilka razy dziennie i absolutnie nie mam go jeszcze dość. The Teardrop Explodes szturmem wdarli się do mojego serca stąd też po przemaglowaniu zawartości tego albumu niezwłocznie zabrałem się za kolejny klejnot z ich dyskografii.

The Teardrop Explodes "Wilder" (1981) - wydany rok po debiucie "Wilder" ani trochę nie spuszcza z tonu. Poszli za ciosem i nagrali kolejny wspaniały album. Post punk przyprawiony dęciakami brzmi niezwykle interesująco i nie ma w tym ani krzty obciachu. Przekonajcie się na własnej skórze. Jak już wspominałem, żaden instrument nie jest przecież obciachowy, kiepskie mogą być co najwyżej pomysły muzyczne.

Sigue Sigue Sputnik "Flaunt It" (1986) - to z pewnością najbardziej szalony album jaki udało mi się kupić w tym roku. Prawdziwa jazda bez trzymanki dla ludzi, dla których granice muzyczne nie mają żadnego znaczenia. Niezwykle ożywcza muzyka, sklecona z tak dziwnych elementów, że aż głowa boli. Najważniejsze, że ten muzyczny gulasz daje się zjeść ze smakiem, a po wyczyszczeniu talerza idziesz sprawdzić do kuchni czy, aby w garnku nie została czasem jeszcze odrobina.

***

Przed nami jeszcze grudzień i tu także liczę na miłe zaskoczenia muzyczne. Wszak polowanie trwa cały rok. Nie ma przerw, odpoczynku czy chwili wytchnienia. W tym temacie trzeba być nieustannie czujnym i gotowym do ustrzelenia najlepszej okazji bo drugiej szansy może już wszak nie być. Nabijam więc strzelbę, nastawiam uszu i wypatruję kolejnych zdobyczy godnych zasilić moją kolekcję.  Darz bór zatem. Darz bór.

Jakub Karczyński

18 listopada 2019

ZAPISKI WARIATA

Nie ma przypadków. Tak zwykł mawiać Piotr Kaczkowski i chyba coś w tym jest. Bo przecież jak wytłumaczyć fakt, że pewna sekwencja zdarzeń doprowadza do zakupu płyty, o której jeszcze pięć minut temu nie mieliśmy bladego pojęcia. Coś takiego przydarzyło mi się właśnie w dniu dzisiejszym. Wszystko zaczęło się od muzyki The Teardrop Explodes. Otóż słuchając sobie płyty "Kilimanjaro" (1980) naszła mnie myśl, aby zajrzeć do pewnej starej encyklopedii poświęconej muzyce lat 80 by sprawdzić czy mają tam oni swoją notkę. Przy okazji chciałem też odszukać biogram The Only Ones. Otworzyłem więc rzeczoną encyklopedię i przerzuciłem kilkanaście kartek. Wzrok mój odnotował, że oto dotarliśmy do literki s. Już miałem przewrócić kartki, gdy dostrzegłem pewną intrygującą nazwę. Szybki rzut oka na pierwsze zdanie. Wyławiam słowa klucze - punk, łowca androidów oraz Sex Pistols. Tyle wystarczyło bym przeczytał uważnie cały ich biogram, a następnie sprawdził na YouTube cóż to takiego. Wpisując w wyszukiwarkę nazwę Sigue Sigue Sputnik nie przypuszczałem, że wsiadam właśnie do wagonika, który bez większych ceregieli porwie mnie w szaleńczą jazdę. Nie zdążyłem nawet zapiąć pasów, ale nie miało to większego znaczenia bo tam, gdzie miałem się udać nie obowiązywały prawa fizyki jakie znamy. Już na pierwszym zakręcie poczułem, że zaczynam przenosić się w czasie. Przed oczami migają klisze z lat osiemdziesiątych, w głowie rozbrzmiewa dziwaczny kolaż muzyczny łączący w sobie muzykę punk z glam rockiem, a doprawione jest to syntezatorami, które co rusz wygrywają jakieś znane motywy muzyki klasycznej. Istne pomieszanie z poplątaniem. Zamiast czym prędzej wyskoczyć z tego wagonika, łapię się na tym, że siedzę grzecznie i czekam na kolejne atrakcje. Chyba nawet mam uśmiech na twarzy, ale nie mam pewności czy to jeszcze moja twarz czy może już oblicze szalonego Jokera. Gdzieś na horyzoncie zamajaczył mi właśnie napis "stacja końcowa", do której gnam już na złamanie karku. Kolejne zakręty pokonywane są z taką szybkością, że aż nieprawdopodobnym wydaje się fakt, iż jeszcze trzymam się w torze. Przede mną ostatnia prosta, a ja już czuję, że ta szaleńcza podróż nie pozostanie bez wpływu na moje zdrowie psychiczne. Gdy wreszcie wagonik się zatrzymuje, opuszczam go chwiejnym krokiem, z trudem łapiąc oddech i pion. Oglądam się za siebie, patrząc na trasę jaką przebyłem i uśmiechając się tajemniczo, krzyczę na cały głos niczym osioł ze Shreka - JA CHCĘ JESZCZE RAZ !!!

Jakub Karczyński