Każdy kto choć raz próbował zestawić podsumowanie roku, wie, że to niełatwa sprawa. Muzyki nie da się tak matematycznie wyliczyć, zmierzyć i zważyć. Dlatego też nie należy podchodzić do tego śmiertelnie poważnie. Potraktujcie to jak zabawę, a zaoszczędzicie sobie bólu głowy. W skład mojego zestawienia wchodzą płyty, które po prostu najbardziej polubiłem i do których wracam z największą przyjemnością. Nie sugerowałem się opiniami krytyków, zestawieniami w branżowych pismach, bo to w końcu moje podsumowanie. A przedstawia się ono następująco:
1. She Past Away "Belirdi Gece"
Oto czarny koń tegorocznego podsumowania. Ta turecka grupa okazała się dla mnie największym zaskoczeniem, a muzyka jaką zaproponowali to piękne nawiązanie do tradycji mrocznego grania z lat osiemdziesiątych. Albumem "Belirdi Gece" udowodnili, że granie w starym stylu nie musi być archaiczne i nosić znamiona epigoństwa. Ten niespodziewany cios, wyprowadzony z terenów Turcji, zaskoczył nie tylko mnie, ale i całą mroczną scenę.
2. Ania Rusowicz "Genesis"
Jak pięknie bawić się muzyką z przeszłości, pokazała nam Ania już na swym debiucie. Tym razem wychodzimy z bigbitu i wkraczamy na pola porośnięte psychodelią. Tym ruchem Ania zaszachowała całą krajową konkurencję. Szach i mat.
3. Alison Moyet "The Minutes"
Niezwykła to płyta. Czasami nastrojowa, kiedy indziej dynamiczna i napełniająca człowieka pozytywną energią. Połączyć ogień z wodą, to duża sztuka, a Alison udało się to nad wyraz pięknie. Szkoda, że takie płyty przechodzą gdzieś bokiem i znikają zalane tonami tandety.
4. Black Sabbath "13"
Mało
kto wierzył, że Ozzy Osbourne powróci do składu Black Sabbath.
Jeszcze mniej osób wierzyło w nagranie płyty, ale marzenia mają to do
siebie, że czasem się spełniają. Pechowa trzynastka ukazała nam swe inne
oblicze. Przesiąknięte mrokiem, powłóczyste, niczym marsz zombie i do
tego okraszone szaleńczym głosem Ozzy'ego. Czy to wystarczający powód by
znów zacząć odwiedzać cmentarze? Zdecydowanie tak!
5. The Mission "The Brightest Light"
Nie zachwyciła mnie na początku nowa muzyka od grupy The Mission. O wejściu do grona dziesięciu najlepszych płyt 2013 nawet nie myślałem, a jednak wraz upływem czasu łapałem się na tym, że wracam do tych nagrań. Nie z musu, ale z przyjemności jaką daje mi słuchanie tych utworów. "The Brightest Light" to jak bomba z opóźnionym zapłonem. Swoją moc ma, ale na efekty trzeba chwilę poczekać.
6. Airbag "The Greatest Show On Earth "
Od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałem w radiowej Trójce utwór Colours, zachwyciłem się tym norweskim zespołem. Bez wątpienia mają panowie lekką rękę, do komponowania niezwykle pięknych utworów. Ich trzecia płyta nie oszołomiła mnie, aż tak bardzo jak "All Rights Removed", ale nadal jest to granie, które chwyta za serce i przenosi nas w inny wymiar i czas.
7. Fish "A Feast Of Consequences"
Legendarny wokalista Marillion powrócił z nowym, rybnym daniem. Polecam więc zarzucić wędkę i upolować tę rybkę, bo smak jej jest jedyny i niepowtarzalny. Jak to w przypadku Fisha, znów mamy do czynienia z tekstami wydobytymi z najgłębszych pokładów trzewi i oblane nie mniej smakowitą muzyką. Po jej wysłuchaniu, mam jednak wątpliwości kto tu robi za rybkę, a kto za rybaka. Niemniej, polecam złapać się na ten haczyk.
8. Nick Cave & The Bad Seeds "Push The Sky Away"
Nick Cave znów zaskakuje. Po rozkrzyczanym i rzężącym Grindermanie, tym razem Cave prezentuje swe niezwykle wyciszone oblicze. Nadal jednak potrafi zaczarować słuchacza i co najważniejsze, przykuć go do głośników. Za takie utwory jak Mermaids czy nagranie tytułowe, można oddać duszę bez mrugnięcia okiem.
9. Clannad "Nadur"
W minionym roku poza grupą Black Sabbath, z niebytu powrócił też najwybitniejszy przedstawiciel sceny folk. Cieszy mnie to niebywale, bo "Nadur" wskrzesza to co w tej muzyce najpiękniejsze. Nie brak tu ciepła domowego ogniska, jak i mistycyzmu zawartego w legendach, przekazywanych sobie z pokolenia na pokolenie. Tradycja rodzinnego muzykowania kolejny raz udowadnia, że jest w stanie przebudzić ducha lasu, zaklętego gdzieś w lasach Sherwood.
10. Deep Purple "Now What?!"
Na taki album czekali od lat miłośnicy hard rocka. Nie dziwi mnie, że bryluje on w zestawieniach. A czemu u mnie tak nisko? Niby wszystko na swoim miejscu, niemniej pięknych solówek Morse'a jest tu tyle co kot napłakał, a o utworach pokroju Haunted czy Sometimes I Feel Like Scereaming możecie tylko pomarzyć. Mimo tych mankamentów to i tak jeden z ich najlepszych albumów.
Jakub Karczyński




