19 listopada 2013

WIRTUALNE I REALNE SINGLE

Jakiś czas temu trafiłem na YouTube na akcję "What song are you listening to?" Polega ona na tym, że wyszukuje się na ulicy ludzi ze słuchawkami na uszach i pyta o to jakiej piosenki akurat słuchają. Nie wiem gdzie powstała ta akcja, ani kto ją wymyślił, ale sam pomysł niezwykle interesujący. Powstały także polskie odpowiedniki typu "czego słucha Poznań/Wrocław/Kraków/Warszawa". Obejrzałem wszystkie te filmiki i konkluzja jest taka, że potwierdza się to o czym mówi się już od dawna. Mianowicie chodzi o to, że ludzie nie słuchają już całych albumów. Do łask wróciły single czyli pojedyncze piosenki. Zatoczyliśmy tym samym koło, bo przecież kiedyś to właśnie singiel był podstawowym nośnikiem, a formę albumu wymyślono nieco później. Niemniej to właśnie ona w mojej opinii jest najwartościowszą formą słuchania muzyki. Szkoda, że obecnie układ piosenek, ani zamysł koncepcyjny artysty, przestały znaczyć dla ludzi cokolwiek. Teraz słuchamy utworu, który nam się podoba, a całą resztę pomijamy. Nie zadajemy sobie trudu by posłuchać czegoś kilka razy. Jeśli raz nam coś nie podeszło to do kosza z tym. Jak wiele tracimy wiedzą o tym tylko ludzie nauczeni dogłębnego słuchania płyt. Dla takich osób singiel stanowił dodatek, który poza promowaną piosenką, zawierał zazwyczaj jakieś niepublikowane nagrania, dłuższą lub krótszą formę nagrania singlowego lub nagrania z koncertów. Warto było je nabywać, bowiem stanowiły one dopełnienie samego albumu. Dziś single przyjmują najczęściej formę wirtualną i pozbawione są treści dodatkowych. Jedynie single ukazujące się na płytach CD podtrzymują starą tradycję, niemniej coraz rzadziej artyści decydują się na ich wypuszczanie. 


Osobiście nigdy nie zbierałem singli czego troszkę dziś żałuję, ale staram się nadrabiać te braki. Od czasu do czasu nabywam rzeczy, które uznaję za wartościowe. Nie ze względu na ich wartość finansową, lecz raczej artystyczną. Swego czasu zakupiłem wszystkie cztery single promujące album The Cure "4:13 Dream", lecz po ich przestudiowaniu zdecydowałem się zachować tylko jeden z nich. Mowa tu o singlu "The Perfect Boy", który zawierał niezwykle urokliwą piosenkę Without You. Dla takich właśnie utworów warto kupować single. 

W swojej niewielkiej kolekcji, posiadam też dwa z trzech wydanych singli do albumu "What Starts, Ends" grupy Rubicon. Zawiodą się jednak fani, którzy liczą na jakieś perły ukryte przez zespół na małych płytach. Singiel "Watch Without Pain" nie zawiera żadnego premierowego nagrania. Znajdują się tu tylko dłuższe lub krótsze utwory znane z pełnoprawnego albumu. Z kolei singiel "Crazed" przynosi jeden premierowy utwór Chains Are Gone, który brzmi niezwykle interesująco. Szkoda, że trwa on zaledwie dwie minuty i dwadzieścia parę sekund. To zbyt krótki czas by stworzyć coś na miarę utworów z "Whats Starts, End". Co jednak ciekawe, zazębia się on z utworem Brave Hearts, tak jakby pierwotnie planowano włączyć go do repertuaru płyty. Pojemności na dysku nie brakowało, dlaczego więc zrezygnowano z jego publikacji możemy się dziś tylko domyślać.

Posiadam także singiel grupy Lowe "A 1000 Miles", podarowany mi kiedyś przez koleżankę z pracy. Niezwykle się ucieszyłem, bo lubię ten zespół, a piosenka tytułowa jest naprawdę wielkiej urody. Na rzeczonej płycie, znalazły się trzy przeróbki tego utworu, ale żadna nie może się równać z pierwowzorem. Wszelkiej maści DJ-je mają to do siebie, że potrafią tylko psuć dobre piosenki, zamiast je pomysłowo przetwarzać.

Kolejną małą płytką i ostatnim zakupionym przeze mnie singlem jest "Heaven" Depeche Mode. Tak jak już wcześniej pisałem, jest to jedyna pamiątka po albumie "Delta Machine", który okazał się dla mnie zupełnie niestrawny. Zaważyło na tym głównie brzmienie, którego w żaden sposób nie jestem w stanie zaakceptować, ani tym bardziej polubić. Zostaje mi więc singiel z utworami Heaven oraz All That's Mine.

Najuboższym singlem w mojej kolekcji jest płytka "The Sound Of Winter" grupy Bush. Poza nagraniem tytułowym, nie zawiera absolutnie nic. Można to zrozumieć, bowiem z opisu na kopercie dowiadujemy się, że jest to singiel przeznaczony do promocji w radiu i nie został skierowany do normalnej sprzedaży. Podobnie jak w przypadku Depeche Mode jest to utwór, który najbardziej podobał mi się na całym albumie, a reszta nagrań wyraźnie odstawała od poziomu singla. Szkoda, bowiem przed laty bardzo lubiłem ten zespół.

Na koniec zostawiłem sobie singiel sygnowany logo 007. "Skyfall", bo o niego tutaj chodzi, to niezwykle udany utwór w wykonaniu Adele. Pięknie nawiązuje do starych piosenek, komponowanych do wczesnych filmów o agencie 007. Oprócz piosenki przewodniej, znajduje się tu też wersja instrumentalna, tak na wypadek, gdyby ktoś czuł się na siłach by zmierzyć się z Adele. Ja mówię pas.

Jakub Karczyński

13 listopada 2013

SZKLANA POGODA


Od wczesnych godzin południowych wlepiam oczy w ekran telewizora. Nie żeby akurat coś ciekawego w telewizji nadawali. Przyczyna jest zupełnie inna. Złapałem się na tym, że już nie oglądam moich płyt DVD z filmami i koncertów, które przed laty kupiłem. Powodem wcale nie był zanik zainteresowania tego typu rozrywką, co raczej brak wygody. Jako że nie posiadałem odtwarzacza  DVD, to chcąc obejrzeć sobie coś na dużym ekranie, trzeba było przestawić komputer, podłączyć kabel HDMI do telewizora i załadować płytę do laptopa. Niby nic takiego, ale skutecznie zniechęciło mnie to do oglądania filmów. Z tej też przyczyny postanowiłem nabyć odpowiedni sprzęt. Sam odtwarzacz DVD to już nieco przestarzały sprzęt, stąd też zdecydowałem się na połączenie DVD oraz Blu-raya. Ot, takie dwa w jednym. Dzięki temu będę mógł w końcu cieszyć się krystalicznym obrazem i oglądać filmy w naprawdę wysokiej jakości. Na razie odkurzyłem film dokumentalny o polskim rocku zrealizowany dla Discovery Historia, a obecnie kończę oglądać koncert grupy Fields Of The Nephilim "Paradise Regained - live in Dusseldorf". Zestaw utworów to po prostu marzenie, choć sam koncert nie należy do przesadnie długich. Godzina z małym okładem, ale są tu za to takie perły jak For Her Light, At The Gates, Paradise Regained, Submission, Watchmen, Moonchild czy Last Exit For The Lost. Jest to zapis z 1991 roku, czyli z tuż po nagraniu płyty "Elizium". Co ja bym dał żeby znaleźć się na tym koncercie. Czasu się jednak nie cofnie. Pozostaje więc płyta DVD i oczekiwanie na przyjazd zespołu do Polski. Skoro udało mi się zobaczyć Dead Can Dance, to może i na Fields Of The Nephilim też przyjdzie czas.

Jakub Karczyński

PS Następny w kolejce jest film "Hardware" (1990), w którym nota bene pojawia się nie kto inny jak Carl McCoy (Fields Of The Nephilim). Nie jest to jedyna postać z muzycznego świata. Epizody zagrali tu również Iggy Pop oraz niezastąpiony Lemmy. Polecam nie tylko fanom muzyki.

08 listopada 2013

CLAN OF XYMOX - BREAKING POINT (2006)


Kiedy przed siedmioma laty, przystępowałem do słuchania albumu "Breaking Point" (2006), nie dawałem mu jakiś specjalnych szans na to, że może mnie zainteresować, a co dopiero zaskoczyć. Mając w pamięci dyskotekowe ciągoty Ronny'ego Mooringsa, czekałem na kolejną podróż do jakiejś niemieckiej dyskoteki, gdzie ludzie bawią się w rytm elektro czy techno. 

Moje obawy potwierdził już pierwszy utwór na płycie. Po wysłuchaniu Weak In My Knees nie miałem ochoty kontynuować tej podróży. Nie odważyłem się jednak wcisnąć przycisku stop. Nie wiem czy uczyniła to jakaś ręka opatrznościowa czy może sprawił to szacunek do wczesnych dokonań zespołu. Po przebrnięciu przez toporny wstęp, złe wrażenie zdawało się rozpływać z każdym dźwiękiem niczym poranna mgła. W Calling You Out i She's Dangerous nadal wyczuwalna jest dyskotekowa konwencja, ale nie brzmi to już tak kwadratowo i można w końcu zacząć czerpać przyjemność ze słuchania tej muzyki. Poza dynamicznymi utworami z typowym nowoczesnym brzmieniem, Clan Of Xymox przygotował też coś dla fanów ceniących sobie to bardziej zadumane oblicze zespołu. Utwory pokroju Eternally czy We Never Learn czarują klimatem melancholii i przemijania. Tu już robi się magicznie. Momentami czuć nawet atmosferę z płyt Fields Of The Nephilim, jak choćby w początkowych sekundach We Never Learn. Brawo panie Moorings. Takie inspiracje są jak najbardziej na miejscu. O równym poziomie materiału niechaj świadczy mój kłopot ze wskazaniem na najmocniejszy punkt tej płyty, bowiem każdy numer czymś urzeka. Zespół dobrze wyważył proporcję między melancholią a swym bardziej dynamicznym obliczem, dzięki czemu powstała naprawdę udana płyta. Udowodnił tym samym, że potrafi sprawnie poruszać się między tymi dwiema konwencjami. Po niezbyt udanym albumie "Farewell" (2003), zespół postanowił zredukować nieco toporną, dyskotekową elektronikę i postawić bardziej na klimat. Powrócił do gotyckich brzmień, przyprawionych elektroniką i znów czaruje jak za dawnych lat. Słuchając takiego Pandora's Box można popuścić wodze wyobraźni i dać się ponieść nastrojowi. Tego właśnie oczekuję od tej holenderskiej grupy. Proszę więc pamiętać panie Moorings, że każda z waszych płyt to coś na kształt wizytówki. Drukujcie je więc na papierze najlepszej jakości, tak jak robiliście to w rozkwicie lat osiemdziesiątych (Clan Of Xymox (1985), "Medusa" (1986). Wypuszczając podrzędne ksera psujecie tylko swoją legendę i wizerunek. Droga obrana na "Breaking Point" okazała się bardzo dobrym wyborem i wierzę w to, że nadchodzący album ujmy im nie przyniesie. Przekonamy się o tym już w lutym, kiedy to Clan Of Xymox zaprezentuje następcę płyty "Darkest Hour".

W oczekiwaniu na nowe dźwięki, polecam nastawić sobie album "Breaking Point", bo to muzyka nad wyraz interesująca i warta posłuchania. Na pewno jest to jeden z najjaśniejszych punktów, stworzony po reaktywacji zespołu w 1997 roku. Po tylu latach działalności, Clan Of Xymox ma ten komfort, że nie musi już nic nikomu udowadniać. Swoją wartość potwierdzili przecież dawno temu, nagrywając dwie pierwsze płyty. Teraz muszą zadbać o to by nie zepsuć swej legendy. Płytą "Breaking Point" nakreślili nadzieję na lepsze jutro, bowiem muzyka w końcu przestała irytować, a znów zaczęła intrygować.

Jakub Karczyński

28 października 2013

LEKARSTWA PANA ROBERTA


Przez moje ręce przewija się już trzecia biografia grupy The Cure. Wydawać by się mogło, że nic już nowego nie da się dopowiedzieć do tej historii, a jednak czytam z zainteresowaniem. "Robert Smith ~The Cure" Richarda Carmana, to niby rzecz o Robercie, a tak naprawdę zanurzamy się w historię grupy. Trudno zresztą oddzielić naszego bohatera od zespołu. Robert to The Cure, a The Cure to Robert. Sięgając po tę książkę bądźcie na to przygotowani. To co spodobało mi się w tej biografii, to fajny język jakim posługuje się autor oraz sporo ciekawych informacji o tym co działo się dookoła grupy. The Cure nie działali przecież w próżni, stąd też ciekawostki o tym czego słuchało się w danym czasie, kto wywierał wpływ na rodzący się dopiero zespół i jakie były reakcje prasy na kolejne albumy grupy. Dzięki temu mamy nieco szerszy pogląd na to jak wyglądał świat i czyja muzyka go napędzała. 

Pozycja Richarda Carmana to w tej chwili jedyna dostępna na naszym rynku biografia grupy. Nie jest może idealna, ale i tak warto po nią sięgnąć. Magnum opus w tej materii, stanowi doskonała w swej treści, biografia Jerzego Rzewuskiego "The Cure. Poletko pana Boba". Niestety od wielu lat jest już niedostępna na rynku. Były informacje o kolejnym jej wydaniu i aktualizacjach, ale na zapowiedziach się skończyło. Dziś "Poletko" osiąga na aukcjach ceny od 100 do nawet 200 zł. I pomyśleć, że kiedyś pisząc do wydawnictwa Iskry, z zapytaniem o dostępność owej pozycji, otrzymałem ją za darmo! Dziś to nie do pomyślenia, dlatego też wielki szacunek dla osoby, która maczała w tym swoje palce. Serdecznie dziękuję, kimkolwiek jesteś.

Jakub "Negative" Karczyński

24 października 2013

TAJEMNICZE ZNALEZISKO

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz natknąłem się na nazwę Secret Discovery. Musiało to być jakoś w okolicach 2004 roku, bowiem wtedy to intensywnie szperałem w Internecie i drukowałem co ciekawsze teksty dotyczące muzyki. Do dziś dnia mam je wszystkie zgromadzone w pokaźnym segregatorze i zaglądam do niego co jakiś czas. 


Wśród zgromadzonych materiałów znajduje się luźny tekst dotyczący muzyki gotyckiej w latach dziewięćdziesiątych. Ktoś zadał sobie sporo trudu by przybliżyć czytelnikom nazwy mniej znanych grup i ich dorobek. Wiele rzeczy potraktowanych jest po macoszemu, czasem zbyt lakonicznie, ale nie jest to materiał naukowy, lecz subiektywne spojrzenie fana. Wartościowa rzecz dla kogoś kto chciałby wyjść już poza utarty kanon w rodzaju Sisters Of Mercy, The Cure, Joy Division czy Bauhaus. Przeczytałem ten tekst z zainteresowaniem, zapamiętałem kilka nowych nazw i zapomniałem o nim na kilkanaście lat.
 

Któregoś dnia przeglądając oferty na aukcji internetowej natknąłem się na płytę "Slave" (1997) zespołu Secret Discovery. Bardzo szybko skojarzyłem nazwę z tekstem jaki czytałem przed laty. Odszukałem go, licząc na jakąś bliższą charakterystykę grupy i ich dorobku, lecz przeliczyłem się i to bardzo. Informacja w tekście była bardzo enigmatyczna i zawierała się w jednym zdaniu: "Zdecydowanym numerem jeden był Secret Discovery, pochodzący z Bochum". Niewiele z tego pożytku, poza tym, że zespół pochodził z Niemiec i  bardzo podobał się autorowi owego tekstu. Internet też nie przyniósł odpowiedzi, bowiem jedynym źródłem informacji okazała się niemieckojęzyczna Wikipedia. Posłuchałem kilku utworów z tej płyty na You Tube i postanowiłem zaryzykować. Cena była na tyle symboliczna, że nie było nad czym się zastanawiać. Kilka dni oczekiwania na przesyłkę i kilka kolejnych na przesłuchanie materiału. Muzyka zawarta na krążku, zaskoczyła mnie nieco metalowym ciężarem, ale zawierała parę interesujących fragmentów jak choćby Slave To The Rhythm, Simple Impresion czy American Lifestyle. I byłbym pewnie zakończył przygodę z tym zespołem, gdybym nie nabył na początku miesiąca ich drugiego albumu "Dark Line" (1992). Tu już wszystko się zgadza. Jest odpowiednio mrocznie, począwszy od muzyki, a skończywszy na okładce. Wygląda ona jak kadr ze starego horroru klasy B i kto wie czy w istocie tak nie jest. Niestety, wewnątrz książeczki nie ma na ten temat żadnych informacji. Szkoda, bo takie smaczki są niezwykle dla mnie istotne. Co do samej muzyki, to muszę się jeszcze trochę z nią osłuchać. Mam już kilku swoich faworytów, ale poczekam, aż obraz bardziej się wyklaruje. Mogę jedynie zdradzić, że nie brak tu nastrojowości, ale i fani mięsistych, rockowych riffów znajdą także coś dla siebie.


Z kolei dzisiejszego poranka, przez zupełny przypadek, udało mi się upolować ich trzecią płytę "Into the Void" (1993). Jak się okazało, sprzedawcą jest ta sama osoba, od której odkupiłem płytę "Dark Line". Może również uda mi się pozyskać od niego EP-kę "Philharmonic Diseases". Czekam na odpowiedź i zaciskam kciuki za pomyślność tego przedsięwzięcia. Tymczasem udaję się w sekretną podróż do świata, gdzie zęby Draculi są ostre jak brzytwa Kuby Rozpruwacza, a mrok tak gęsty, że można go jeść łyżką.

Jakub "Negative" Karczyński

17 października 2013

UCIEC POCIĄGIEM OD ... SCHEMATU


Ostatnio dość intensywnie zastanawiałem się nad kwestią upodobań muzycznych. Co sprawia, że jedne utwory nam się podobają, a inne nie? Dlaczego słuchamy takiej, a nie innej muzyki? Może ma to związek z pierwszą świadomie wysłuchaną piosenką, której nastroju poszukujemy przez resztę życia w innych utworach. Jeżeli tak, znaczyłoby to, że mam słabość do kompozycji, w których pobrzmiewają echa piosenki Maryli Rodowicz "Remedium". I gdy dziś odświeżyłem sobie jej tekst, stwierdziłem, że jest coś na rzeczy. Nutka melancholii, poczucie nieskrępowanej wolności i podróż pociągiem donikąd. To coś co silnie przemawia do mej wyobraźni. Tylko dlaczego uciekać od jesieni pani Marylo? Ja przecież nie chcę od niej uciekać, ale raczej cieszyć się jej kolorami i atmosferą. Wiem, że mało kto podziela moje upodobania, ale cóż na to poradzę, że mam słabość do tej  pory roku. Zapewne ma na to wpływ muzyka jakiej słucham. Jej melancholijny nastrój idealnie komponuje się z jesienią, a albumy takie jak "Disintegration" (The Cure), "Elizium" (Fields Of The Nephilim) czy "Medusa" (Clan Of Xymox) smakują wtedy najlepiej. Równie pięknie odkrywa się też nowe rzeczy, choć zazwyczaj są to już tylko kopie dawnych mistrzów. Jedne lepsze, inne gorsze. Dlatego też głównym polem moich poszukiwań muzycznych są lata osiemdziesiąte. Poza żelaznym kanonem w rodzaju Joy Division, The Cure, Bauhaus czy Siouxsie & The Banshees, można natknąć się na takie perły jak album "Phantasmagoria" (1985) grupy The Damned. Ten zasłużony dla punk rocka zespół, nagrał album, który powinien znaleźć się na półce każdego szanującego się fana mrocznej muzyki. Podniosłe, monumentalne dźwięki, korespondują tu z nieco bardziej wyluzowanymi utworami. Widać panowie nie traktowali śmiertelnie poważnie obranej stylistyki. Wskazuje na to już użycie saksofonu, który raczej nie jest najbardziej gotyckim instrumentem na świecie. Ten ryzykowny zabieg, umożliwił stworzenie intrygującej wariacji na temat muzyki gotyckiej. W tym samym roku, saksofon zastosowała grupa The Cure, na swym albumie "The Head On The Door", z równie udanym skutkiem. Jak widać otwartość na dźwięki spoza wyrobionych szufladek stylistycznych, przynosi zaskakujące i co najważniejsze ciekawe efekty. Szkoda, że wiele współczesnych zespołów nawiązujących do tamtych klimatów, zamiast szukać własnych dróg, wybiera te już przetarte i wydeptane. Na tych szlakach już nic ciekawego znaleźć się nie da, więc proponuję nieco zboczyć z kursu. Efekty tych zmian, mogą okazać się naprawdę zaskakujące.

Jakub "Negative" Karczyński

08 października 2013

THE MISSION - THE BRIGHTEST LIGHT (2013)


Grupa The Mission jest dla mnie tak samo ważna, jak choćby The Cure, Fields Of The Nephilim czy Clan Of Xymox. Nie powinno więc dziwić, że na kolejny album z premierowym materiałem, wyczekiwałem z ogromną niecierpliwością. W minioną środę czas czekania dobiegł końca. Z samego rana kurier dostarczył przesyłkę, w której to obok minialbumu NFD, znajdowała się płyta "The Brightest Light" sygnowana logiem The Mission. Czarny digipack skrywał w swym wnętrzu poza podstawowym materiałem, także zawartość dodatkową, na którą składają się trzy premierowe utwory oraz wersje demo. Okładka samego albumu jest dość prosta by nie rzec ascetyczna. Wszechobecną czerń rozjaśnia światło czterech lamp, stanowiące symbol nadziei. Sugerując się tylko wyglądem okładki, można by wysnuć wniosek, że oto mamy przed sobą najmroczniejszą płytę Misjonarzy. A jak jest w istocie?

Rozpoczynając słuchanie płyty "The Brightest Light" radzę wyzbyć się z pamięci ich twórczości z lat osiemdziesiątych. Ułatwi to na pewno odbiór, a i zmniejszy rozmiar rozczarowania. Zapomnijmy więc o albumach "God's Own Medicine" (1986), "The First Chapter" (1987), "Children" (1988), "Carved In Sand" (1990) czy genialnym "Grains Of Sand" (1990). Rozpocznijmy słuchanie bez tego zbędnego balastu.


Gdy zakończyłem mój pierwszy odsłuch, byłem nieco zdołowany poziomem artystycznym tej płyty. Tak przeciętnego materiału to po Misjonarzach się nie spodziewałem. Nie dałem jednak za wygraną. Po kilkudniowych odsłuchach wnioski są następujące. Początek albumu jest wyjątkowo kiepski. Utwory Black Cat Bone oraz Everything But The Squeal, mogłyby robić co najwyżej za odrzuty z sesji, a nie za pełnoprawne utwory. Pierwszy może i ma jakąś melodię, ale nie jest ona zbyt porywająca, a tekst o zaprzedaniu duszy diabłu, w zamian za powrót do młodzieńczych lat, razi trochę infantylizmem. Z kolei Everything But The Squeal, jest fajnie zaśpiewany w zwrotce, czuć w nim energię, za to nie posiada konkretnej struktury oraz jakiegokolwiek refrenu. Na szczęście po tym rozczarowującym początku jest już tylko lepiej. No może dorzuciłbym jeszcze do listy rozczarowań The Girl In A Furskin Rug, który jakoś nie pasuje mi do tego albumu. Jako piosenka może nie jest najgorsza, ale tekstowo jakoś odstaje od reszty. Wśród utworów lżejszego kalibru, zdecydowanie bardziej polecam, kapitalne kandydatki do roli singla, w postaci Born Under A Good Skin oraz najbardziej zaskakujący, ze względu na użycie harmonijki ustnej Just Another Pawn In Your Game. Zagrane na pełnym luzie, stanowią chwilę wytchnienia wśród wszechogarniającego mroku. Muszę przyznać, że to najbardziej wymagający album w całej twórczości Misjonarzy. Pobieżne przesłuchanie tego materiału skazuje go na łatkę przeciętnego. Dopiero uważne wsłuchanie się w melodie i wczytanie w teksty utworów, ukazuje nam prawdziwe oblicze tej płyty. Coś co wcześniej wydawało mi się zaledwie dobre, z czasem nabrało smaku niczym wiekowe wino. Tak było w przypadku Sometimes The Brightest Light Comes From The Darkest Place, When The Trap Clicks Shut Behind Us, Ain't No Prayer In The Bible Can Save Me Now czy From The Oyster Comes The Pearl. To naprawdę mocne pozycje w zestawie, choć na pierwszy rzut ucha, można mieć wątpliwości. Wracam do tych nagrań z ogromną przyjemnością, lecz prawdziwa perła skrywa się pod koniec albumu. Siedmiominutowy kolos, ukryty w najkrótszym tytule z całej płyty, to The Mission sięgające gwiazd. W kompozycji Swan Song, zawarte są tak wielkie pokłady emocji, że co wrażliwszy słuchacz może się wzruszyć przeczytawszy tekst tego utworu. Nie pamiętam też kiedy Hussey śpiewał z takim zaangażowaniem, jak w końcówce tego utworu. Ta desperacja zawarta w głosie to nie sztuka dla sztuki, ale prawdziwe emocje. To chęć zawrócenia kogoś znad krawędzi przepaści. To próba wdarcia się do wnętrza tej osoby i przekonania jej o własnej wartości. To w końcu diagnoza naszych czasów, w których to nie brakuje osób z zaniżonym poczuciem własnej wartości, gotowych odebrać sobie życie, nie widząc nadziei na lepsze jutro. Nie dziwi mnie, że gdy utwór ten wybrzmiewa, nastaje kilka chwil ciszy. To czas na zaczerpnięcie oddechu, albo też chwila ciszy po bezskutecznych zabiegach autora tekstu. Pole do interpretacji jest dość szerokie. Ostatni utwór świetnie dopełnia poprzedzającą go kompozycję. To chwila wyciszenia i jakże piękne zwieńczenie albumu. Litany For The Faithful czaruje nastrojem, choć tematyka znów do najweselszych nie należy. Niemniej to właśnie za tak zaangażowane piosenki kocham ten zespół. I pomyśleć, że jeszcze przed paroma dniami, ta recenzja miała wytknąć miałkość i przeciętność większości zgromadzonych tu utworów. Jak widać, nie warto zbyt pospiesznie wydawać sądów.

Cieszy mnie reaktywacja Misjonarzy, zwłaszcza, że do grupy powrócił zarówno Simon Hinkler jak i Craig Adams. Wierzę w to, że uraczą nas jeszcze niejednym albumem w tym składzie. Płytą "The Brightest Light" udowodnili, że stać ich jeszcze na nagrywanie utworów o ogromnym potencjalne emocjonalnym. Może nie każdemu takie oblicze grupy przypadnie do gustu, ale nie stawiajcie zbyt szybko na tym albumie krzyżyka. Ma on wam do zaproponowania o wiele więcej, niż wam się wydaje.

Jakub "Negative" Karczyński