08 lipca 2020

PRZESŁUCHANIE 13

Niniejszym dotarliśmy do trzynastej odsłony cyklu "Przesłuchanie", który to powraca do korzeni czyli do formuły krótkich opisów, wrażeń i przemyśleń. To nie miejsce na głębokie analizy, rozbieranie utworów na czynniki pierwsze, ani kreślenie historii poszczególnych grup czy wykonawców. Niestety z biegiem czasu nieco popuściłem lejce przez co niektóre teksty rozrosły się do formatu mini recenzji, a przecież nie o to chodziło. Pora zatem wykonać kilka kroków wstecz i bez zbędnych ceregieli odsłonić dzisiejszą kartę.

IGGY POP "FREE" (2019)


Po wysłuchaniu tej płyty nie opuszcza mnie wrażenie, że otrzymaliśmy raczej zupkę z paczki niż zupę z prawdziwego zdarzenia. Utwory przelatują przez uszy i właściwie nie pozostawiają w głowie żadnych fraz, do których chciałoby się powracać. Do tego jeśli odejmiemy utwory, w których Iggy recytuje poezję, to samej strawy pozostaje tyle co kot napłakał. Już sama długość tej płyty, której bliżej do mini albumu niż pełnoprawnej płyty, każe zadać sobie pytanie czy taki był zamysł czy może po prostu zabrakło pomysłu na rozwinięcie tematu. Zbyt mało tu konkretów by móc dyskutować o mocnych stronach tego wydawnictwa. Dziwią mnie więc te wszystkie pochwalne recenzje jakie dane mi było przeczytać. Przecież ta płyta za parę lat przepadnie w pomrokach dziejów. Tu naprawdę nie ma do czego wracać. Jedyną rzeczą jaka zasługuje na najwyższe oceny to partie trąbki. Absolutnie zjawiskowe, takie jakie najbardziej lubię. Żałuję, że nie jest to ciekawsza płyta, bo mając w składzie taki instrument można było się pokusić o stworzenie prawdziwego arcydzieła.

ocena: 4/10

Jakub Karczyński
 

29 czerwca 2020

THE FORM - INFORMAL (1989)

Austria dała światu swój fragment Alp, człowieka ze śmiesznym wąsikiem, którym bynajmniej nie był Charlie Chaplin, a Polsce wraz z Rosją i Prusami zafundowała kilka rozbiorów. Na szczęście dała też zespół The Form, który zupełnym przypadkiem odkryłem niedawno w czeluściach internetu. Niestety w żadnej z moich domowych encyklopedii muzycznych nie natknąłem się na choćby krótką wzmiankę o tej grupie. Co ciekawe, milczy także Wikipedia. Gdzie więc szukać pomocy? Ratunkiem w tym wypadku są muzyczne blogi, tworzone przed pasjonatów dla pasjonatów. To właśnie w takich miejscach można czasem odnaleźć interesujące nas informacje. Tak też było i w tym przypadku. Oszczędzę jednak nudnej wyliczanki nazwisk bo takie rzeczy można odnaleźć w książeczce dołączonej do płyty. Zamiast tego zaoferuję kilka ciekawostek, które miejmy nadzieję zachęcą do zapoznania się z tą jakże interesującą płytą. Dodam od razu, że jest to album, który nie wpisuje się w prostej linii tak w mój gust muzyczny jak i profil tego bloga jednak ma on w sobie coś takiego, że nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Nie jest to żaden post punk, ani nawet synth pop, ale najczystszej wody AOR. Szczerze mówiąc nie przepadam za tego typu muzyką, ale jak widać są też chlubne wyjątki.

Zacznijmy od tego, że album "Informal" (1989) powstał z myślą o podbiciu rynku międzynarodowego. Ten blitzkrieg miał w zamyśle rzucić na kolana nie tylko kraje ościenne, ale i resztę świata stąd też dołożono tu wszelkich starań by produkcja płyty była na najwyższym możliwym poziomie. I to słychać. Nikt tu nie szukał rozwiązań na skróty, nikt nie szczędził sił i środków bo jeśli plan miał się udać musiał być zrealizowany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Pozyskano w tym celu najlepszych muzyków sesyjnych, wynegocjowano kontrakt z Viena CBS Schallplatten Cesmbll, a gotowy album rozesłano do sklepów w czternastu europejskich krajach. Niestety jak to w życiu bywa, nie wszystko da się precyzyjnie zaplanować, a efekty nie zawsze są współmierne do nakładu sił. Choć "Informal" był jednym z najdroższych albumów w historii austriackiej fonografii, to nie odniósł takiego sukcesu na jaki zasługiwał. Trudno mi orzec w czym tkwił problem, że słuchacze nie podążyli za dźwiękami wykreowanymi przez zespół. Już dwie pierwsze kompozycje ustawiały płytę w taki miejscu, że człowiek wstrzymywał oddech z wrażenia i niecierpliwie wypatrywał kolejnych nut. Zarówno Colours Of Ever jak i Save Me to wymarzone single. Zwłaszcza ten drugi miał zadatki na przebój, którym jednakże nigdy się nie stał. Życie jak widać nie zna pojęcia sprawiedliwości, a może po prostu nie lubi działań ukierunkowanych na osiągnięcie określonego efektu. Słuchając po latach tego albumu zupełnie nie zawracamy sobie jednak tym głowy bowiem płyta połyka nas niemal utwór po utworze. Nim się zorientujecie, a będziecie podśpiewywać pod nosem wybrane melodie czy refreny, które co tu dużo mówić są niezwykle zaraźliwe. Niektóre z nich charakteryzują się ciekawą strukturą jak choćby Land Of Mystery, które z każdą kolejną sekundą nabiera tempa zyskując przy tym dźwiękowego bogactwa. Przypomina to trochę efekt kuli śniegowej, która im prędzej się toczy tym szybciej przybiera na objętości. Tym bardziej szkoda, że zamiast efektownego finału zespół zdecydował się na wyciszenie utworu, niwecząc w ten sposób swój własny wysiłek. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie bowiem sprawia to wrażenie jakby grupie zabrakło pomysłu na domknięcie utworu. Zazwyczaj jednak wynikało to z bardziej prozaicznego powodu jakim była pojemność płyty winylowej, która mogła pomieścić po trzydzieści minut muzyki na każdej ze stron. Zostawmy jednak kwestie techniczne, a skupmy się na pozostałej zawartości płyty. To co zwraca szczególną uwagę to fakt, że płyta ta dość szybko zapada w pamięć za sprawą ciekawych i wielobarwnych kompozycji. Widać, że autorzy zadali sobie wiele trudu by stworzyć  możliwie jak najbardziej różnorodny zestaw, mający za zadanie trafić do jak największego grona słuchaczy. Gdybym miał typować najciekawsze momenty tej płyty to poza pierwszymi trzema nagraniami, o których wspomniałem powyżej, dorzuciłbym jeszcze do tego zestawu piękną balladę Ocean Of Love oraz następny w kolejności Walking On The Moon z ciekawie wplecionym cytatem z Message In A Bottle z repertuaru Stinga. To takie puszczenie oka do odbiorców, które może być tylko dodatkowym smaczkiem ale też może naprowadzić słuchacza na jakieś ciekawe tropy pomocne w lepszym zrozumieniu utworu. Resztę musicie odkryć sami, a zapewniam, że jest tu jeszcze parę interesujących rzeczy wartych poznania. Nie chcąc psuć Wam zabawy postawię w tym momencie kropkę licząc na to, że nie zabraknie Wam sił jak i chęci by odkryć tę zapomnianą perłę austriackiej fonografii.

Słowem zakończenia dodam, że album "Informal" poza tym, że brzmi jak milion dolarów to swym kunsztem wykonania śmiało może konkurować z największymi mistrzami elegencji i stylu. Szkoda jednak, że nie zdecydowano się na nieco surowsze środki wyrazu, dzięki czemu album zyskałby charakteru jak i drapieżności. Te drobne mankamenty nie zmieniają wszakże mojej dobrej opinii o tym nietuzinkowym dziele, którego ogromne aspiracje nie znalazły szerokiego zrozumienia u odbiorców i chcąc nie chąc rozbiły się o mur obojętności. Nie im pierwszym i nie ostatnim słońce wosk w skrzydłach roztopiło. Upadki bywają bolesne, ale nie znaczy to, że nie należy próbować bowiem jak uczy przysłowie kto nie próbuje, ten szampana nie pije.

Jakub Karczyński
 

19 czerwca 2020

CZASY OSTATECZNE

Dziś znajomy ze smutkiem skonstatował, że oto nadchodzi kres płyt kompaktowych, że oto wszystkie sklepy wyprzedają je na potęgę, a wznowień coraz mniej. Młode pokolenie też nie napawa optymizmem bowiem dla nich muzyka to już tylko nienamacalny strumień, który wytryskuje z ich smartfonów tudzież komputerów. Trudno mi powiedzieć ile lat życia mają jeszcze przed sobą płyty CD, ale przecież o ich upadku słyszę od lat i póki co wciąż trwają na swym posterunku. Pewnie przyjdzie i taki dzień, że artyści zrezygnują z wydawania swej muzyki na srebrzystych krążkach i siłą rzeczy przymuszą ostatnich Mohikaninów kompaktowego królestwa do złożenia broni i przejścia na stronę streamingu. Smutny to będzie dzień bo co by nie mówić, fizyczny nośnik poza swoimi wadami, ma też wiele pięknych zalet. Osobiście uważam, że płyta to taka książka, której nie można czytać na wyrywki i to w byle jakiej kolejności. Skoro artysta ustala pewną kolejność utworów to pewnie towarzyszył temu jakiś zamysł, a nawet jeśli nie, to nie wypada mącić tej wody choćby przez szacunek dla danego dzieła. Niestety nie każdy to rozumie, a już najmniej wydawcy, którzy na wznowieniach upychają wszystko co im w ręce wleci. Strasznie denerwującym zabiegiem było także zmienianie okładek płyt na rynek amerykański bądź majstrowanie przy kolejności utworów, a już nie daj boże usuwanie jednych piosenek na rzecz innych. Okropne, ale jak się pewnie domyślacie było to podyktowane wymogami danego rynku. To co podobało się w UK niekoniecznie zachwycało słuchaczy w USA. Wynikało to nie tylko z odmiennego gustu, ale i dumy narodowej Amerykanów, którzy nie chcieli by brytyjska muzyka wypierała ich rodzimą twórczość. My za to łyknęliśmy ją bez mrugnięcia okiem, przez co do dziś dnia jej echa słychać na płytach polskich artystów. Tym sposobem wyeliminowaliśmy się już na starcie z możliwości stworzenia czegoś co wyróżniałoby nas na tle innych nacji. Po upadku żelaznej kurtyny starczyło nam sił i pomysłów na powołanie do życia nurtu disco polo, ale świat jakoś nie podjął tej biało-czerwonej rękawicy. Mniejsza jednak z tym.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie po to by straszyć upadkiem starego porządku rzeczy, ale by dać nadzieję wszystkim tym, którym nie w smak jest adaptacja do nowych standardów odbierania muzyki. Wszak nawet jeśli pozbawieni zostaniemy świeżej muzycznej krwi, to w zapasie mamy tyle różnorodnych płyt, które wytłoczono na przestrzeni blisko czterech dekad, że starczy nam ich do końca życia. Poza tym znawcy twierdzą, że najlepsza muzyka już została zagrana więc chyba nie ma co się smucić bo nic lepszego nam się już nie przytrafi. Skłonny jestem podpisać się pod tym stwierdzeniem bowiem z roku na rok coraz mniej rzeczy mnie ekscytuje. Mam wrażenie, że obecnie artyści zajmują się już tylko przetwarzaniem dorobku wcześniejszych pokoleń, nie zawracając sobie głowy wyznaczaniem nowych kursów. Nic więc dziwnego, że tworzenie corocznych podsumowań stało się sporym wyzwaniem skoro nie za bardzo jest z czego wybierać. Nie wiem, być może to ze mną jest coś nie tak, ale szczerze mówiąc więcej emocji oferują mi ostatnio tak zwane starocie, które wciąż pieczołowicie tropię i zdobywam, niż gorące premiery. Wnioski z tego mogą być dwojakie. Albo dołączyłem właśnie do grona starych, marudzących pierdzieli albo to współczesnej muzyce, ktoś drastycznie odciął dopływ tlenu i dogorywa ona na naszych oczach.   

Jakub Karczyński


PS Obraz wykorzystany do ilustracji tego posta to "Jeźdźcy apokalipsy" Łukasza Dziedzica.

09 czerwca 2020

ESENCJA DOBREGO SMAKU

Niby człowiek siedzi w muzyce niemal całą dobę, ale i tak nie jest w stanie wszystkiego poznać. Dobrze czasem zdać się na podpowiedzi znajomych, którzy wiedząc w jakich klimatach się obracam podszepną słówko o tym czy innym zespole. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale na szczęście zdarza się. Ostatnia taka sytuacja miała miejsca w czasach, gdy można było jeszcze spokojnie pójść sobie na koncert bez obawy złapania koronawirusa. W oczekiwaniu na koncert Clan Of Xymox towarzystwo, z którym tego dnia wybrałem się do Wrocławia gawędziło sobie o muzyce. W pewnym momencie Szymon zapytał mnie czy znam grupę The Essence. Zrobiłem wielkie oczy i pokręciłem bezradnie głową. Nic mi ta nazwa nie mówiła, a przecież powinienem gdzieś się na nią natknąć, z racji mojej fascynacji grupą The Cure. Niestety nasze drogi nigdy nawet się nie przecięły, ale cóż się dziwić skoro nawet w rodzimych encyklopediach muzycznych próżno szukać hasła The Essence. Nie mówiąc już o prasie muzycznej w rodzaju "Teraz rocka", który stał się już taką zmurszałą skamieliną, nie wychodzącą poza tematy mainstreamowe jak Led Zepellin, Deep Purple i Pink Floyd. A przecież nie zawsze tak było. Wystarczy przewertować kilka numerów "Tylko rocka" z lat dziewięćdziesiątych by przekonać się, że kiedyś mieli szersze horyzonty. Mieli też dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, o których dziś mogą tylko pomarzyć. Zostawmy jednak kwestię "Teraz rocka" bo to temat na osobną dyskusję.

Wracając do The Essence, zanotowałem sobie w pamięci tę nazwę i postanowiłem czym prędzej sprawdzić cóż się pod nią kryje. Posłuchałem kilku utworów na YouTube i czym prędzej zacząłem szukać płyt CD. Dość szybko udało mi się zlokalizować ich debiutancki album "Purity" (1985) jak i płytę "Nothing Last Forever" (1991). Trzeba było jednak nieco poczekać bo obie płyty zlokalizowane były poza granicami naszego kraju.


 
Ten holenderski zespół miał wszelkie zadatki na to by zrobić światową karierę, ale jak to w życiu bywa nie zawsze jest tak jak być powinno. To, że nie wymieniamy ich jednym tchem wraz z innymi tuzami mrocznego grania w rodzaju The Cure czy Echo & The Bunnymen to jakaś niewytłumaczalna pomyłka. The Essence w czasach swej świetności zaznaczyli swą obecność na kilku rynkach (Holandia, Niemcy, Szwajcaria, Hiszpania, Wielka Brytania). Gościli także na antenie MTV, które regularnie emitowało teledyski do dwóch ich kompozycji (Only For You, Like Christ). The Essence choć za sprawą wokalisty jednoznacznie kojarzą się z grupa Roberta Smitha, mieli zdecydowanie większe ambicje niż zapisanie się na kartach historii jako cover band. Niestety to co stanowiło ich wyróżnik, stało się też ich przekleństwem bowiem nawet najlepsza kopia pozostaje jedynie kopią. Wie o tym coś grupa Camouflage, za którą do dziś dnia ciągnie się cień twórczości Depeche Mode. The Essence nagrali sześć albumów, z czego ostatni powstał po dwudziestoletniej przerwie i od tego czasu panuje wydawnicza susza. Co ciekawe, grupa wciąż jest aktywna koncertowo, a raczej była bo w dobie epidemii zmuszona była odwołać swoje występy. Kto wie, może ten przymusowy przestój zmobilizuje zespół do nagrania kolejnej płyty. Tego sobie życzmy bo dobrej muzyki nigdy nie za wiele.

Jakub Karczyński

01 czerwca 2020

PET SHOP BOYS - HOTSPOT (2020)

Grupy Pet Shop Boys nie ma chyba potrzeby przedstawiać bo zna ją każdy kto choć pobieżnie interesuje się muzyką. Ich przebój Go West pamiętam jeszcze z czasów swej wczesnej młodości, choć musiało upłynąć jeszcze nieco czasu nim ten zespół zaczął odgrywać w mym życiu szczególne znaczenie. Zachwyciłem się tym duetem za sprawą albumu "Fundamental" (2006), ale to o cztery lata młodszy "Release" (2002) dodawał otuchy na szpitalnym łóżku. Jego ciepła  i subtelna melancholia na wiele lat wyznaczyła wzorzec brzmienia Pet Shop Boys, którego to poszukiwałem na kolejnych płytach. Po albumie "Fundamental", który to wzniósł ich do samych gwiazd, kolejne płyty choć również bardzo udane, nie robiły już na mnie, aż tak wielkiego wrażenia. Niemniej nie narzekałem bo i tak oferowały dużo piękna i emocji. Pierwszym poważnym zgrzytem była płyta "Electric" (2013), która raniła uszy swą kanciastą elektroniką do tego stopnia, że do dziś dnia nie odważyłem się jej zakupić. Przypominało to nieco moment, gdy jadąc rowerem, nagle wylatujemy przez kierownicę bo ktoś wetknął nam kij między szprychy. Notowania grupy na mojej prywatnej giełdzie momentalnie poszybowały w dół. Album "Super" (2016) choć dawał nieco więcej nadziei to i tak ubabrany był jeszcze w ekstrementach swego poprzednika. Przyznam, że zacząłem już tracić nadzieję na powrót do brzmień, za które to pokochałem Pet Shop Boys. Konsekwencją tych rozczarowań był wzmożony dystans i czujność w stosunku do ich najnowszego dzieła. Pierwsze single ku memu zdziwieniu brzmiały naprawdę zachęcająco stąd też do mojego zmrożonego serca zaczęły docierać powiewy cieplejszego wiatru.

Pierwszy krok w chmurach stawiamy za sprawą Will-O-The-Wisp, które to jest taką typową dyskoteką z jakiej słyną Pet Shop Boys, ale już tutaj można wyczuć zmianę kierunku, a właściwie powrót do brzmień od jakich grupa próbowała uciec na swych dwóch ostatnich płytach. Dobrze zrobili, że porzucili tę drogę donikąd bowiem gwiazdom lat osiemdziesiątych wyjątkowo nie do twarzy w nazbyt nowoczesnym odzieniu. Wie coś o tym Madonna, która z królowej popu zmieniła się w charta starającego się nadążyć za współczesnymi gwiazdami popu. Pewne rzeczy przemijają i nie ma już powrotu do dni dawnej chwały. Można rzecz jasna podjąć rzuconą rękawicę, ale szanse na wygraną są niezwykle małe. Lepiej robić to w czym jest się najlepszym, niż rozmieniać się na drobne i stopniowo dać się zepchnąć w zapomnienie. Mam nadzieję, że Pet Shop Boys odrobili już tę lekcję i rozsądnie będą prowadzić ścieżkę swojej kariery. "Hotspot" daje nadzieję na nowe, lepsze rozdanie z czego ogromnie się cieszę bowiem nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości jak Pet Shop Boys. Dyskotekowa nuta podszyta odrobiną melancholii to ich znak rozpoznawczy, o czym możemy przekonać się choćby w nagraniu Happy People. Niby typowy numer przeznaczony na parkiety, ale jednak sposób śpiewania Neila sprawia, że melancholia sama zakrada się w duszę słuchacza. To właśnie ta dwoistość i wielowymiarowość ich muzyki sprawia, że Pet Shop Boys choć obraca się w stylistyce pop, dalekie jest od dostarczania nam prostej by nie rzec prostackiej rozrywki. Wciąż mają dar do tworzenia pięknych i nie bójmy się tego powiedzieć, poruszających kompozycji. Czasem delikatnych i zwiewnych jak You Are The One, a czasem bezczelnie tanecznych i przebojowych jak stworzone z Years & Years nagranie Dreamland. Najbardziej jednak zawsze czekam na te kompozycje, które obezwładniają mnie swym pięknem jak przed laty Love Is A Catastrophy, które do dziś dnia uważam za ich największe osiągnięcie. Na "Hotspot" jest również jedno takie nagranie. Schowane przed słuchaczami niemal na samym końcu albumu. Burning The Heather bo o nim właśnie mowa, spokojnie mogłoby trafić na album "Release" bez obawy, że zostanie przyćmione przez inne nagrania. Żałuje też, że to nie ono finalizuje opisywane tu wydawnictwo bo z całą pewnością wywiązałoby się z tego zadania o wiele lepiej niż Wedding In Berlin, które ma w sobie tyle uroku co wytwór rąk doktora Frankensteina. No nie wyszło to nagranie chłopakom, a pomysł by wpleść do niego Marsz weselny Mendelsona, zakrawa już o jakiś absurd. Na szczęście to ich jedyne potknięcie na tej płycie, stąd też mogę im to wybaczyć, wszak nikt nie jest nieomylny. W kontekście całego albumu najbardziej cieszy mnie fakt, że panowie wciąż mają w sobie tę dawną wrażliwość, której nie stępił współczesny, siermiężny pop. W ostatnich latach niezbyt często z niej czerpali, na szczęście po latach posuchy, ziarna znów wydały sowity plon.

"Hotspot" to ponoć zamknięcie trylogii, na którą składały się albumy "Electric" oraz "Super". Nie za bardzo jednak potrafię odnaleźć nić łączącą wszystkie te płyty. No chyba, że za takową uznamy osobę producenta Stuarta Price'a, który spaja wszystkie te wydawnictwa. Po co jednak było rozdymać to do rozmiaru trylogii, skoro tak na dobrą sprawę otrzymaliśmy jeden świetny album i dwa gnioty, o różnym stopniu zepsucia.

Spoglądając na albumową okładkę, na której to sylwetki muzyków jak mniemam, nikną nam w czymś na kształt mgły, można by wysnuć przypuszczenie, że oto zespół Pet Shop Boys znika nam z pola widzenia. A może jest wprost przeciwnie, być może oni dopiero wyłaniają się z tej mgły, w której błądzili przez kilka lat by odnaleźć w końcu drogę do uszu swych fanów. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie ta druga interpretacja bowiem jeśli wciąż mają siły by wygrzebać się z bagna, do którego zapędzili się na własne życzenie, to może jeszcze nie czas by ze sceny zejść niepokonanym. Wszak wciąż wśród tandenty lśnią jak diament. Miejmy nadzieję, że ten blask oczaruje jeszcze niejedną parę oczu.

Jakub Karczyński  

24 maja 2020

BLITZKRIEG "GOOD TIMES" (2019)

Wskrzeszenie łódzkiej grupy Blitzkrieg wydawało się tak mało prawdopodobne jak nie przymierzając odnalezienie bursztynowej komnaty. Zaczęło się od wznowienia ich debiutanckiej płyty w postaci "Holy War" (1991), a skończyło koncertami na Castle Party i Soundedit. Co prawda album wyszedł w dość znacznie zmienionej szacie graficznej, ale dobrze, że w ogóle pokuszono się o to wznowienie bowiem pierwsza edycja kosztuje dziś na aukcjach niemałe pieniądze.

Pojawienie się na rynku płyty "Good Times" (2019) było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Czego jak czego, ale kolejnych albumów sygnowanych logiem Blitzkrieg nie spodziewałem się ujrzeć na sklepowych półkach. Niemniej nie popadajmy w nadmierną ekscytację bowiem gdy zapoznamy się z listą utworów, szybko zorientujemy się, że to nie pełnoprawny album, a EP-ka. Składa się na nią sześć archiwalnych kompozycji, które zespół postanowił nagrać na nowo. Choć brak tu premierowych dźwięków, to jednak zespół postanowił wynagrodzić nam to sięgając po rarytasy, którym nie dane było znaleźć się na płycie "Holy War". EP-ka "Good Times" może nie zaspokaja naszego wilczego apetytu, ale póki co musi nam wystarczyć. Wedle zapowiedzi grupy jest to zaledwie preludium mające zwiastować nadejście ich drugiej płyty. Zanim to jednak nastąpi zanurzmy się w zawartości tego niespełna półgodzinnego wydawnictwa.

Na pierwszy ogień idzie nagranie Elevator, które jest jednym z trzech utworów znanych z ich debiutu. Odświeżona wersja prezentuje się z jak najlepszej strony choć brak tu jakiś zaskoczeń, ale chyba też nie o to chodziło. Przypuszczam, że muzycy chcieli przypomnieć kilka swoich starych kompozycji bez zbędnego majstrowania przy ich wnętrzościach. Na szczęście nie uroniono ani kropli z klielicha jej przebojowości.
Gdyby ktoś zastanawiał się jak zespół radzi sobie z materią naszego rodzimego języka, to odpowiedź przynosi kolejne nagranie jakim jest Puszka. Cieszy mnie gdy rodzimi artyści nie uciekają przed zawiłościami naszego języka bowiem co by nie mówić rezygnując ze śpiewania w ojczystym języku upośledzamy nieco siłę przekazu. Wiem, że język angielski jest językiem międzynarodowym, a i lepiej otwiera drzwi do kariery, ale nie oszukujmy się, ilu wykonawców takowe kariery zrobiło? Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie by nagrywać albumy tak na rynek polski jak i zagraniczny. Wracając jednak do samej kompozycji to jest ona hołdem dla Bogusia Michalonka, z którym to muzycy Blitzkrieg tworzyli formację Cinema. Nad całością unosi się jakiś taki orwelowski duch, który dobrze wpisuje się w klimat otaczającej nas rzeczywistości. Sama fraza odkodowany świat, myśli wciąż brak wwierca się w mózg i rezonuje w człowieku jeszcze długo po wybrzmieniu ostatnich nut. Z powodzeniem utwór ten mogłyby zaadaptować do swego repertuaru tak Made In Poland, The Shipyard jak i Agressiva 69. Każda z tych grup z pewnością odcisnęłaby na nim swój emblemat wydobywając na wierzch cechy swego charakterystycznego stylu.
Ciekawym utworem jest też kompozycja Good Times. To jeden z tych pechowców, dla którego zabrakło miejsca na debiucie. Wtedy emanował z niego zbytni optymizm przez co odstawiono go na boczny tor. W swej nowej, mroczniejszej odsłonie spokojnie mógłby zasilić skład "Holy War". Wybrano go zresztą na singla promującego to najnowsze wydawnictwo i zilustrowano ciekawym teledyskiem.  


Remarque to kolei jedna z pierwszych kompozycji zespołu, którą pamiętać mogą ci, którzy znają zawartość winyla "Jarocin 88". Tego nagrania również brak na debiucie stąd jego przypomnienie niezwykle podnosi rangę tego wydawnictwa.
Na koniec za sprawą King Of The Castele oraz In Cold Blood powracamy jeszcze raz do debiutanckiej płyty sprzed niemal trzydziestu lat. Odświeżona wersja pierwszej z nich powstała specjalnie na potrzeby ubiegłorocznej edycji festiwalu Castle Party. Podobnie jak w przypadku kompozycji Elevator także tutaj obyło się bez większych ingerencji w strukturę utworu. Wszystkie elementy są na swoich miejscach więc dawni fani nie muszą rwać włosów z głowy. Zainteresowanych odkrywaniem niuansów odsyłam do płyt.

Blitzkrieg powrócił. Szkoda, że ich losy potoczyły się tak jak się potoczyły przez co stracili szansę by odegrać znaczącą rolę w historii rodzimej muzyki. Dobrze jednak, że za sprawą EP-ki postanowili się przypomnieć tak starym fanom jak i młodemu pokoleniu. Miejmy nadzieję, że tym razem zapisywanie kolejnych kart historii pójdzie im o wiele sprawniej, a i może dadzą jeszcze radę zawstydzić kilka rodzimych kapel. Tego im życzę, a w oczekiwaniu na nowy album odświeże sobie zawartość płyty "Holy War" i popuszczę wodzę wyobraźni rozmyślając nad tym co by było gdyby historia potoczyłaby się nieco inaczej.

Jakub Karczyński

05 maja 2020

MUZYCZNE SMAKI WIOSNY

W tym roku mamy wyjątkowo piękną wiosnę. Nie musieliśmy też czekać na nią szczególnie długo, a i majówka miała pewien potencjał. Szkoda więc, że za sprawą pandemii szlag wziął wszystkie plany towarzyskie na ten czas. Nawet urokami natury nie dane nam będzie nacieszyć się tak jak ona na to zasługuje. Zamknięci w czterech ścianach staramy się jakoś zachować resztki normalności i nie zwariować w tym chorym świecie. Dobrze, że choć kultura trzyma nas przy zdrowych zmysłach. Szkoda tylko, że artyści w związku z taką, a nie inną sytuacją dostają zdrowo po tyłkach. Wiem, nie oni jedyni, ale i tak żal wszystkich tych koncertów, spektakli, seansów kinowych, na które to ostrzyliśmy sobie zęby. Nie pozostaje nam nic innego jak skorzystać z dobrodziejstwa własnych zapasów kulturalnych lub też śledzić to co artyści prezentują na swoich profilach w mediach społecznościowych.

Wiosna to też czas gdy wracamy do płyt, które nam się z tą porą kojarzą. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to grupa Talk Talk i ich album "The Colour Of Spring" (1986), ale odkąd odszedł od nas Mark Hollis, to jakoś ciężko mi radować się tym dźwiękami. Wiosna okryła się w tym przypadku żałobnym kirem i ani myśli rozchmurzyć swe lico. Drugim albumem jakim wcześniej witałem tę porę roku był "Seasons End" (1989) grupy Marillion. Pierwszy album pod wokalnym dowództwem Steve'a Hogartha, który to Tomek Beksiński niemal rozszarpał na strzępy nie mogąc pogodzić się z odejściem Fisha. Doceniał muzykę, ale nijak nie mógł zaakceptować nowego nabytku wokalnego, którego głos uważał za przeciętny i bardzo amerykański. Osobiście nie przeżywałem tego typu rozterek bowiem gdy zainteresowałem się muzyką grupy, Fisha już dawno nie było w zespole, a ja polubiłem Marillion w obu wcieleniach. Album "Seasons End" był mi niezwykle bliski w czasach moich studiów stąd też do dziś dnia mam do niego sentyment, w przeciwieństwie do rocka progresywnego, którego to słuchanie zarzuciłem jakiś czas temu. Chyba straciłem do niego serce, a przynajmniej do jego współczesnych inkarnacji. Mniejsza jednak o to. Dziś wszak szukamy dobrej płyty by godnie przywitać wiosnę i przy okazji przemodelować nieco ten wyświechtany kanon. Gdzież więc szukać ratunku?

Jeśli muzyka na wiosnę, to musi być to coś ożywczego, coś co dobrze nastraja i pozwala z optymizmem wypatrywać przyszłości. Zwłaszcza ten ostatni aspekt w dzisiejszych czasach jest nie do przecenienia. Nie wiem jak wy, ale osobiście lubię się odprężyć przy muzyce folkowej stąd też chcąc dać odpocząć tak głowie jak i uszom, sięgam czasem po nieco subtelniejsze dźwięki. Mistrzami w tym względzie jest grupa Clannad, która niestety kończy właśnie swą karierę więc tym bardziej cieszę się, że udało mi się zobaczyć przed laty jeden z ich koncertów. Niesamowite wrażenia i masa wspomnień, do których z przyjemnością powracam. Ten irlandzki zespół najbardziej kojarzony jest z albumem "Legend" (1984), który to jednocześnie był ścieżką dźwiękową do serialu "Robin z Sherwood". Zarówno serial jak i muzyka to prawdziwy majstersztyk jednak to nie o nich dziś chciałem napisać. Waszą uwagę chciałbym zwrócić na album nieco wcześniejszy, do którego docierają tylko najzagorzalsi wielbiciele grupy. "Crann Ull" (1980) bo o nim mowa, to dzieło równie wspaniałe choć niepomiernie mniej znane niż wspomniany "Legend". Nie sugerujcie się jednak ocenami na Allmusic bo przyznanie temu albumowi 2,5 gwiazdki w skali pięciopunktowej to jakaś kpina. "Crann Ull" to piąty krążek w dorobku Clannad, a zarazem pierwszy na którym możemy usłyszeć młodszą siostrę Máire - Eithne znaną bardziej jako Enya. Jeśli ktoś zachodzi w głowę co oznacza tytuł płyty, to spieszę wyjaśnić, że skrywa się pod nim słowo jabłoń. "Crann Ull" poznałem jeszcze za sprawą kasety magnetofonowej, którą to otrzymałem od licealnego kolegi. Pożyczył ją od swojego znajomego i przekazał mi, abym posłuchał sobie tych dźwięków. Pamiętam, że byłem wtedy chory i poza przepisywaniem notatek z zeszytów nie za bardzo miałem co robić. Gdy wieczorem włączyłem ten album poczułem, że oto doświadczam jakiejś magii. Muzyka bowiem wniknęła we mnie z całą swą mocą i zakotwiczyła niczym statek w porcie. Piękne folkowe pieśni wyśpiewywane przez zespół skradły moją percepcję do tego stopnia, że nawet podjąłem próbę nauczenia się tekstu jednej z kompozycji, który to zapisany był w języku gaelickim. Nie wiem z jakim skutkiem, ale do dziś dnia pamiętam te słowa. Co do muzyki, to jest w niej jakaś niewytłumaczalna siła, a i szczypta melancholii, która sprawia, że nie sposób oderwać się od głośnika. Doskonale sprawdzi się tak wczesną wiosną, późnym latem jak i w pierwszych dniach jesieni. Polecam spróbować.

Jakub Karczyński