Bywa czasem tak, że nie wracamy do pewnych płyt przez długie lata. Powody mogą być różne. Wystarczy jednak mały impuls by zmienić ten stan rzeczy. Nagle, w jednej sekundzie, czujemy niepohamowaną potrzebę sięgnięcia po jakiś album. Czasem jest to jakaś piosenka usłyszana w audycji radiowej, innym razem jakiś artykuł lub rekomendacja dziennikarska i już w człowieku zapala się iskra, która roznieca pożar. Niegdyś w radiu usłyszałem nagranie Swimming Horses Siouxsie & The Banshees, o którym to zdążyłem na przestrzeni lata zapomnieć i po powrocie do domu czym prędzej wyjąłem z półki album "Hyena" (1984). Musiałem tego posłuchać, choćby nie wiem co. Nie jest to moja ulubiona płyta Zuzki i jej Strzyg, ma jednak kilka interesujących momentów, z których warto zdmuchnąć kurz. Poza tym to jedyny studyjny album, na którym obowiązki gitarzysty pełni Robert Smith.
Z kolei za sprawą bootlegu "What's End, Start" grupy Rubicon powróciłem do ich drugiej i zarazem ostatniej płyty "Room 101" (1995). Niegdyś przeze mnie odrzuconej by po latach posypać głowę popiołem i docenić te nagrania. To właśnie dzięki niej, życzliwiej spojrzałem na nurt grunge, którego nigdy nie byłem szczególnym fanem. Rubicon jest więc dla mnie takim łącznikiem muzycznych światów. Pomostem między mrokiem gotyckiego rocka, a surowością i brudem grunge'u. Szkoda, że zespół zakończył działalność, bo miał potencjał do rozwinięcia tej konwencji. Niestety historia zakończyła się nieco przedwcześnie i już raczej nie ma co liczyć na kolejne rozdziały.
Jak pewnie wiecie, lubię konfrontować się z albumami powszechnie uznawanymi za słabe. Płytami, którymi pogardzają "prawdziwi fani", bo przecież każdy z nas ma swoje uszy, swój gust i swoje preferencje. Gdy objąłem wzrokiem swoją kolekcje płyt Killing Joke, postanowiłem poddać się działaniu impulsu i posłuchać płyty, na którą mam w danym momencie największą ochotę. Padło na "Outside The Gate" (1988), czyli album, który w klasyfikacji fanów ląduje zazwyczaj na szarym końcu. Osobiście uwielbiam to ejtisowe brzmienie Killing Joke, ten śpiew Jaza, pełen zaangażowania, a niekiedy i romantyzmu jak choćby w My Love Of This Land. To właśnie w tym utworze odnajduję pierwiastki swojego jestestwa. To właśnie takie elementy budują moją osobę i sprawiają, że serce trzepocze niczym flaga na wietrze. Dziś już chyba nie ma na to szans by zespół zanurzył się w podobnej toni, ale pomarzyć zawsze wolno.
Myślę o tym by jesienią częściej zaglądać do swoich zbiorów. By zrzucić z siebie presję przesłuchiwania nieprzesłuchanych płyt. By być w zgodzie z tym co mi aktualnie w duszy gra. Muzyka wszak ma sprawiać przyjemność, a nie być przykrym obowiązkiem czy też przymusem. Zanurzmy się więc w naszych prywatnych archiwach muzycznych, biorąc sobie do serca słowa ze starej reklamy proszku do prania i pójdźmy z impetem w głąb.
Jakub Karczyński

no hyena to ja uwielbiam. zawsze mi się podobała ta płyta od pierwszego przesłuchania. to właściwie ostatnia fantastyczna siouxsie - bo tinderbox jest "tylko" ok jako typowe granie ejtisowe, a potem to już nie lubię całych płyt. tylko pojedyncze kawałki. co do killing joke - no tej płyty nie trawię zupełnie. uwielbiam pierwszą płytę, uwielbiam night time i brighter - najbardziej wysmakowane brzmieniowo, bardzo lubię mocne płyty z lat 90-tych, a i potem bywało naprawdę nieźle, ale dwóch płyt - właśnie outside the gate i następnej czyli various itd no nie mogę przemóc od 35 lat...
OdpowiedzUsuń