31 marca 2023

WEDNESDAY


Ponoć serial "Wednesday" oczarował widzów, a taniec głównej bohaterki stał się na tyle popularny, że tańczą go nawet dzieci w przedszkolach. Niestety pląsają do okropnej muzyki Lady Gagi, którą to ktoś podłożył w miejsce oryginalnej ścieżki grupy The Cramps. Zbrodnia. Przecież oryginał nie dość, że skrojony jest na miarę i leży jak najlepszy frak to jeszcze świetnie nadaje się do tańca. No, ale co ja tam wiem. Nie od dziś wiadomo, że popularność zdobywa nie to co dobre, ale to co zadowala szerokie gusta. Niestety w przeważającej większości nie są one zbyt wyszukane więc nie powinno dziwić, że media katują nas później najróżniejszymi koszmarkami w rodzaju Gangnam Style, od których to można już tylko zgłupieć. Wracając jednak do utworu Goo Goo Muck grupy The Cramps to dziwię się, że nie zdobył on takiej popularności jak utwór Lady Gagi. To jest tak rewelacyjne nagranie, że nogi, aż same rwą się na parkiet. Poza tym ta muzyka kojarzy mi się ze ścieżkami filmowymi Quentina Tarantino, do których to reżyser wybierał zazwyczaj mocno zakurzone lub kompletnie nie znane grupy, które to dodatkowo podkreślały charakter jego filmów. Moim ulubionym soundtrackiem jest ten z "Od zmierzchu do świtu" i to właśnie na nim upatrywałbym miejsca dla tego utworu. Posłuchajcie zresztą sami.


Jakub Karczyński

21 marca 2023

MINIMAL COMPACT - DEADLY WEAPONS + NEXT ONE IS REAL (1984)


Minimal Compact to grupa, która nie obca jest czytelnikom "Czarnych słońc". Jakiś czas temu przybliżałem bowiem wam zawartość albumu "The Figure One Cuts" (1987), który w mojej opinii jest ich najbardziej udanym dziełem. Dziś jednak siegniemy po płytę "Deadly Weapons" (1984), która to jest drugim albumem w dorobku tej izrealskiej formacji. Biorąc do ręki kompakt zauważymy, że wydawnictwo to zostało wzbogacone o singla "Next One Is Real". Jak wiecie nie jestem entuzjastą tego typu zabiegów, ale cóż zrobić skoro wydawca podjął taką decyzję. Pozostaje nam przejść nad tym do porządku dziennego. 

O "Deadly Weapons" pisze się jako o albumie przełomowym bowiem za sprawą kompozycji Next One Is Real otworzył im on drogę na klubowe parkiety. Nie wiem czy taki przyświecał zespołowi cel, ale zapewne nie płakali w poduszkę z tego powodu. Ich oryginalna muzyka zaskarbiła sobie serca fanów na całym świecie, więc nie powinno nikogo dziwić, że poza salami koncertowymi zdobyli także parkiety undergroundowych klubów. I choć Minimal Compact nigdy nie byli zespołem tworzącym muzykę taneczną, to trzeba im oddać, że także w tym nurcie umieli się świetnie odnaleźć. Każdy kto miał większy lub mniejszy kontakt z ich twórczością z pewnością zgodzi się ze mną, że ich muzyki nie da się pomylić z niczym innym. Duża w tym zasługa pierwiastków bliskowschodnich, które to nadają im oryginalności i wyróżnicją na tle innych grup. Gdyby wyrugować je z ich muzyki, brzmieliby jak rasowy angielski zespół post punkowy. Splot tych dwóch czynników sprawił, że stali się zjawiskiem na skalę światową, które udowodniło, że inność może być ogromną zaletą, na której to da się zbudować coś naprawdę wyjątkowego. I zbudowali, zapisując się tym samym piękną czcionką na kartach światowej muzyki. 

Muzyka zawarta na płycie "Deadly Weapons" czaruje odbiorcę całym spektrum barw, począwszy od dynamicznych nagrań w rodzaju Next One Is Real, a skończywszy na subtelnej melancholii słyszalnej w takich utworach jak Losing Tracks (In Time) czy Not Knowing. Wszystko to okraszone jest dźwiękami charakterystycznymi dla Bliskiego Wschodu, dzięki czemu uzyskujemy dodatkowy koloryt na tym jakże pięknym obrazie. Dużym atutem są też partie wokalne, za które odpowiadają Malka Spigel, Samy Birnbach oraz Rami Fortis. Mając do dyspozycji takie głosy, można śmiało wypatrywać artystycznego i komercyjnego sukcesu. Dźwięki wykreowane przez zespół są tak inne od tego co do tej pory słyszeliśmy, że momentalnie zwracają na siebie uwagę. Łączą ze sobą to co znane, z tym co dalekie i egzotyczne. Słuchając ich, ma się wrażenie, że zaserwowano nam niezwykle smaczny i ożywczy koktajl. Posłuchajcie choćby utworu tytułowego, a być może zrozumiecie co mam na myśli. Warto też zatrzymać się na dłuższą chwilę przy takich nagraniach jak wspomniane już Next One Is Real, Losing Tracs (In Time), Not Knowing, Deadly Weapons, a zwłaszcza przy kompozycji Nada, która to jest jedną z pereł tego albumu.  Pozostaje tylko żałować, że kończy je dość niespodziewane wyciszenie. Wygląda to tak jakby zespołowi zabrakło pomysłu na jej wykończenie. Miejsca na płycie wszak nie brakowało bowiem album w swej podstawowej wersji wypełniają nagrania, których czas trwania to zaledwie trzydzieści jeden minut. Pół godziny to krótko, nawet jak na standardy płyty winylowej, a co dopiero mówić o płycie CD, która może pomieścić osiemdziesiąt minut muzyki. Być może to sprawiło, że wydając "Deadly Weapons" na srebrnej płycie, dodano także materiał z singla by zniwelować jakoś tę pustą przestrzeń.

"Deadly Weapons" powinien spodobać się wszystkim tym, którzy szukają czegoś nowego w muzyce, choć niekoniecznie chcą rzucać się od razu na głęboką wodę. Minimal Compact oferuje słuchaczowi wielobarwny obraz, w którym to dostrzec można tak radość życia jak i te nieco smutniejsze aspekty naszej egzystencji. Uchylcie więc drzwi do tego tajemniczego świata, zróbcie kilka kroków i sprawdźcie czy dźwięki stworzone przez Minimal Compact współgrają z waszą muzyczną wrażliwością.


Jakub Karczyński

18 marca 2023

BEZRYBIE


Niby nie można narzekać na ilość nowych płyt jaka się ukazuje każdego roku, ale gdy przeglądam te wszystkie listy zapowiedzi to niezwykle rzadko coś wpada mi w oko. Jeszcze parę lat temu musiałem sobie to wszystko zapisywać by o niczym nie zapomnieć, a teraz nie za bardzo mam czym sobie obciążać pamięć. Czekam niecierpliwie na nową płytę The Cure, ale póki co nikt nie potrafi podać żadnych bliższych szczegółów, nie mówiąc już o dacie premiery. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i liczyć na to, że w tym roku dane nam będzie posłuchać nowych dźwięków od Roberta i spółki. 

Póki co nastawiam swój celownik na nowy album The Damned, który to zespół planuje wydać w dniu dwudziestego ósmego kwietnia. Płyta zatytułowana będzie "Darkadelic" i mam nadzieję, że będzie tak udana jak ich poprzednie wydawnictwo. "Evil Spirits" (2018) dość długo nie wychodził z mojego odtwarzacza i liczę, że nowy album podzieli jego los. Panowie pomimo upływu lat wciąż mają w sobie żar, którego to pozazdrościć może im niejeden zespół.

Czekam także na nowe nagrania Petera Gabriela, który wystawił cierpliwość swych fanów na ciężką próbę. Od wydania płyty "Up" (2002) minęło wszak dwadzieścia lat, a to przecież szmat czasu. Co prawda na rynku pojawiały się jakieś płyty sygnowane imieniem i nazwiskiem artysty, ale nie zawierały one nowych nagrań więc fani mieli naprawdę długi post. Nie ukrywam, że sam niecierpliwie wyglądam tej płyty, bo wciąż mam w pamięci swoje zauroczenie płytą "Up", która to jest prawdziwym klejnotem w dyskografii Gabriela. Oby ta nowa płyta udźwignęła ciężar oczekiwań. 

Na dniach poznamy też zawartość "Memento Mori" (2023), które to przygotowało dla nas Depeche Mode. To pierwsza płyta bez udziału Andy'ego Fletchera, którego to pożegnaliśmy w ubiegłym roku. Skłamałbym, że czekam na to wydawnictwo z wypiekami na twarzy bo tak prawdę mówiąc jakoś straciłem serce do tej ich nowej muzyki. Ostatnią płytą, która wzbudziła we mnie emocje była "Playnig The Angel" (2005), a potem już tylko pojedyncze kompozycje. Irytowało mnie zwłaszcza brzmienie płyt w rodzaju "Delta Machine" (2013), które raziło swą chropowatością. Dam jednak szansę tej nowej płycie bo przecież nikogo nie powinno się skreślać już na samym starcie. Liczę, że w kolejnych miesiącach także inni artyści dołączą do tej listy, chcąc podzielić się z nami swą muzyką. Tymczasem wracam do słuchania staroci od XTC, The Sundays, Minimal Compact i Christian Death.

 

Jakub Karczyński


14 marca 2023

APTEKARSKIE REMINISCENCJE


Gdy przed laty zaczynałem dopiero budować swą kolekcję płyt CD nie przypuszczałem, że będzie to hobby na lata, a być może i na całe życie. Dobrze pamiętam swoje pierwsze płyty. Niektóre z nich mam do dziś dnia. Początek tej ścieżki silnie naznaczony był przez grupę The Cure, która zafascynowała mnie do tego stopnia, że zapragnąłem zebrać ich całą studyjną dyskografię. Były to jednak czasy, gdzie Internet dopiero w Polsce raczkował, więc nie można było sobie kupić płyty za pomocą paru kliknięć jak ma to miejsce dzisiaj. Byliśmy zdani na zasobność sklepów z płytami, a przecież liczba tytułów była w nich mocno ograniczona. Pamiętam jak dziś, moment, w którym to przekroczyłem próg sklepu "Neon" by kupić sobie jakąś płytę The Cure. Tak na dobry początek. Oczywiście byłem już na tyle oczytany, że wiedziałem w jakie albumy celować. Pomogła mi w tym wiedza jaką czerpałem ze strony thecure.pl oraz masa najróżniejszych recenzji jakie wydrukowałem sobie z Internetu. Tak, tak, wtedy Internet się drukowało, co dziś może śmieszyć, ale mając do dyspozycji modem, który naliczał opłaty za każdą rozpoczętą minutę, korzystało się z niego bardzo szybko i w niewielkim stopniu. Wyposażony w taką wiedzę udałem się do rzeczonego sklepu. Marzyły mi się "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981), "Pornography" (1982) czy "Disintegration" (1989). Wychodząc ze sklepu trzymałem jednak w rękach płytę "Boys Don't Cry" (1978), która choć fajna, nie mogła się równać z tamtymi tytułami. Była to jednak jedyna płyta The Cure jaka była dostępna tego dnia w sklepie. Nie chcąc czekać, wziąłem co było, a dopiero przy kolejnych wizytach prosiłem o sprowadzenie konkretnych tytułów. Tym sposobem w niedługim czasie mogłem cieszyć się już całkiem niezłą kolekcją płyt swojej ukochanej grupy. Tych starych edycji pozbyłem się dopiero, gdy pojawiły się wersje remaster, które powalały przede wszystkim jakością okładek i bogato ilustrowanych książeczek. Każdy kto ma na półce stare wydania płyt The Cure, wie jak biednie one wyglądają. Odstraszały niemal z każdej strony z wyjątkiem frontowej okładki. Grzbiety z czerwonym prostokątem i napisem "stereo" nie powalały estetyką, tak jak i wnętrza książeczek, nie mówiąc już o tylnych okładkach. No bieda, że aż piszczy. Stąd też bez żalu pożegnałem się z większością z tych płyt, zachowując jednak to, czego nie wznowiono czyli właśnie płytę "Boys Don't Cry", która to nie jest albumem katalogowym, a amerykańską wersją ich debiutanckiej płyty jaki wydano na tamten rynek. Dziś ta płyta ma swoją wartość więc cieszę się, że nie wypuściłem jej z rąk. Po latach, na fali jakiegoś sentymentu odkupiłem sobie starą edycję albumu "Seventeen Seconds" by obudzić w sobie te dawne emocje. I choć nadal uważam, że od strony edytorskiej ta płyta jest po prostu koszmarna, to jakoś tak ciepło mi się na sercu robi, gdy słucham tej starej edycji i wracam pamięcią te dwadzieścia lat wstecz.


Jakub Karczyński

22 lutego 2023

LATA WALK ULICZNYCH


Obejrzałem ostatnio fantastyczny film opowiadający o zamieszkach w Irlandii Północnej rozgrywających się pod koniec lat sześćdziesiątych. Fala przemocy, agresji i niechęci jaka wdziera się pomiędzy katolików i protestantów sprawia, że świat wywraca się do góry nogami. Obserwujemy to z perspektywy dziecka i jego rodziny, która musi zastanowić się czy pozostać w swoim mieście narażając się na utratę zdrowia i życia czy też wyjechać stąd do Londynu i zacząć tam nowe życie. "Belfast" (2022, reż. Kenneth Branagh) to piękna opowieść o niebezpiecznych czasach, o sile miłości, rodziny i przywiązaniu do swego miejsca na ziemi. O sile tego obrazu niech zaświadczy fakt, że wyjąłem z półki płytę "Street Fighting Years" (1989) grupy Simple Minds, która w końcu doczekała się należnej jej uwagi, a pomiędzy ręce trafiła świeżo zakupiona książka "Belfast" Aleksandry Łojek. Jak widać temat wciągnął mnie na tyle, że zgłębiam go na wszelkie możliwe sposoby. Mało tego, przymierzam się nawet do odświeżenia sobie obrazu "Krwawa niedziela" (2002, reż. Paul Greengrass), a kolejnym krokiem może być powrót do nagrania Sunday Bloody Sunday grupy U2 oraz wyprawa w głąb książki "Surrender", gdzie Bono wspomina tamte niebezpieczne czasy. Zwłaszcza jeden fragment wrył mi się w pamięć, gdzie Bono wspomina: 17 maja 1974 roku o 17:30 nie byłem w sklepie płytowym Dolphin Discs tylko dlatego, że z powodu strajku autobusowego musieliśmy pojechać do szkoły na rowerach. Zdążyliśmy wrócić do domu, kiedy ulice wokół Dolphin Disc wyleciały w powietrze po wybuchu bomby umieszczonej w samochodzie; druga eksplodowała na Parnell Street, trzecia na South Leicester Street. Trzy eksplozje nastąpiły w kilkuminutowych odstępach. Ekstremistyczna grupa ulsterskich lojalistów postanowiła uzmysłowić południowcom, czym jest terroryzm. Czwarta bomba eksplodowała w Monaghan. W sumie zginęły trzydzieści trzy osoby, w tym młoda matka w ciąży, cała rodzina O'Brienów oraz Francuzka, której rodzina przeżyła Holokaust. Wspomina także o bracie swego kolegi, który jako jedenastolatek miał wtedy nieszczęście znajdować się w centrum tych wydarzeń i obserwować porozrywane ludzkie ciała leżące na ulicach. Nie trzeba być wybitnym psychologiem by wiedzieć, że takie wydarzenia zapadają w pamięć na długie lata jeśli nie na całe życie. Historia ta zainspirowały Bono do napisania utworu Raised By Wolves z płyty "Songs Of Innocence" (2014). Moim skromnym zdaniem, jeden z najlepszych jaki znalazł się na tamtej bardzo udanej płycie. Był moim faworytem od samego początku choć jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jaka tragiczna historia była źródłem inspiracji. I choć od tych wydarzeń minęło już tyle lat, mam wrażenie, że Irlandia wciąż jest taką beczką prochu, która tylko czeka na odpowiedni moment by wybuchnąć. Pokój wszak nie jest dany raz na zawsze, a nierozwiązane spory lubią tlić się pod powierzchnią by eksplodować z jeszcze większą siłą. Miejmy nadzieję, że na horyzoncie nigdy nie ujrzymy śmiałka, który wmaszeruje z pochodnią do tej składnicy prochu.

 

Jakub Karczyński

17 lutego 2023

TOM VERLAINE - WORDS FROM THE FRONT (1982)


Śmierć popularnych artystów zazwyczaj wyzwalała w niedzielnych słuchaczach, nagłą potrzebę pójścia do sklepu i nabycia ich książki czy też płyty. Kwitowałem to zazwyczaj pobłażliwym uśmiechem bo przecież gdyby nie ich nagłe zejście z tego świata, to owy brak w domowej bibliotece tudzież płytotece, nie zostałby przez nich odnotowany. Co ciekawe, to kulturalne niedopatrzenie urasta do takiej rangi, że gotowi byliby się bić o te książki i płyty, gdyby zaszła taka potrzeba. Nigdy nie poddawałem się temu ślepemu pędowi, aż tu nagle dopadło i mnie. Śmierć wokalisty Television uzmysłowiła mi fakt, że nie posiadam w swych zbiorach żadnej jego solowej płyty i poczułem, że trzeba ten stan rzeczy zmienić. Tak oto stałem się posiadaczem albumu "Words From The Front" (1982), który kosztował niemało, ale jak już się rzekło, ślepy pęd nie zważa na takie drobiazgi jak choćby cena. Liczy się cel, a ten został osiągnięty. Swoją drogą ciekawi mnie czy w związku ze śmiercią Toma, ktoś jeszcze poczuł w sobie ten owczy pęd. Mniemam że niewielu bo w naszym kraju Tom Verlaine kojarzony jest wyłącznie przez grono osób wtajemniczonych. W radiowym eterze (357, Trójka) odnotowano tę stratę i chwała im za to, jednak w rozgłośniach komercyjnych (RMF, Radio Zet) chyba nikt sobie tym głowy nie zawracał.

"Words From The Front" to trzeci album w dorobku Toma, na którym zawarł siedem dość zróżnicowanych kompozycji. Stylistycznie nie jest to dalekie od tego co robił z Television choć nie brak tu i pewnych zaskoczeń. Czy warto siegać do solowego dorobku Toma? Warto. Choćby po to by przekonać się jak radził sobie poza obrębem zespołu, który przyniósł mu niezaprzeczalną sławę. Niestety wejście na solową drogę nie zawsze wiążę się z kroczeniem ścieżką usłaną różami. Znany szyld nie zapewnia już bezpieczeństwa, a nazwisko nie zawsze ma siłę by pociągnąć za sobą starych fanów. Także krytycy muzyczni nie zwykli stosować taryfy ulgowej, gdy noga się powinie więc decydując się na solową działalność, artysta musi wziąć pod uwagę także to, że droga ta niekoniecznie musi kończyć się happy endem. Niejednen twórca przekonał się już o tym boleśnie, ale Tom zapisał na tym szlaku kilka pięknych kart. Jego płyty w większości, spotykały się z życzliwym odbiorem tak wśród fanów jak i krytyków. Z "Words From The Front" było nieco inaczej. Melody Maker wieścił, że Verlaine ma już najlepsze lata za sobą, ale trudno jest mi się zgodzić z tą opinią. Płytę może faktycznie nie wchodzi od początku gładko, ale z czasem tylko zyskuje w naszych uszach. Na albumie "Words From The Front" zawarł kilka absolutnie czarownych kompozycji wśród, których na pierwszy plan wysuwa się kompozycja tytułowa. Ten blisko siedmiominiutowy kolos, to rzecz godna tego by umieścić ją pośród utworów z "Marquee Moon" (1977). Gitara Toma wręcz eksploduje finezją i tworzy tak piękne melodie, że możnaby ich słuchać w nieskończoność. To zdecydowanie mój ulubiony fragment tej płyty, ale nie jedyny. Zwracam też uwagę na Postcards From Waterloo, w którym to w chórkach udzielała się Lene Lovich. Rzecz absolutnie czarowna, nosząca w sobie momentami nawet pierwiastki muzyki country i trzeba mieć w sobie naprawdę sporo złej woli by zlekceważyć urok tej kompozycji. Podobnie sprawa ma się z kolejnym utworem jakim jest True Story, który podoba mi się chyba jeszcze bardziej niż Postcards From Waterloo bowiem Tom flirtuje tu nieco z brzmieniami charakterystycznymi dla nurtu post punk. Jest zadziornie, tajemniczo i przebojowo. Czego chcieć więcej? Mnie to w zupełności wystarczy. Żeby jednak nie było tak słodko, należy też dodać łyżkę dziegciu bo nie wszystko mieni się tu złotem. Czytałem opinie, że wiele osób nie darzy nadmierną atencją nagrania Present Arrived, tłumacząc to tym, że utwór jest dość monotonny. Fakt, bazuje on na powtarzalności krótkiego podkładu, ale pięknie rozświetlają go solówki Toma więc ja bym nie był dla niego aż tak surowy. Osobiście zapisuję go po stronie plusów, ale rozmumiem tych, których ta kompozycja może drażnić. Mnie z kolei uwiera nagranie Clear It Away, które to uważam za najsłabszą część tej płyty. Minimalistyczne, nudne i zwyczajnie zbędne. W trakcie jego trwania z pewnością przypomnisz sobie do czego służy przycisk "skip" na twoim pilocie. Coming Apart też nie jest szczególnie powalające, ale po Clear It Away i tak jest niczym łyk wody w upalny dzień. Ostatnim nagraniem na płycie jest kompozycja Days On The Mountain, która miała być w zamyśle czymś co postawi kropkę nad i. Już sam czas trwania pokazuje, że nie ma zmiłuj bowiem ten niespełna dziewięciominutowy gigant może nieco słuchacza przytłoczyć. Zaczyna się dość tajemniczo i obiecująco, po czym w połowie następuje dość dziwna wolta i utwór przekształca się w zupełnie inną kompozycję. To tak jakbyśmy podróż zaczynali z Joy Division, po czym na trasie dosiadłaby się grupa Can. Doceniam ekspertymatalną formę tego nagrania, ale mam wrażenie, że nie wszystkie klocki pasują do tej układanki. Spokojnie można było zrobić z tego dwa niezależne utwory. Byłoby to nie tylko z korzyścią dla samych kompozycji, ale i dla słuchacza. 

Jaka jest więc ta płyta? Czy tak jak chcą niektórzy, to najsłabszy album solowym z przebłyskami geniuszu czy też może wyjściem poza schematy, skutkującym nagraniem świetnej płyty. Niestety nie da się tu wypracować jednej właściwej odpowiedzi bo muzyka w przeciwieństwie do matematyki rzadzi się innymi prawami. Mogę więc zdać się tylko na własne uszy i napisać wam jak te dźwięki w nich zabrzmiały. Po pierwszym przesłuchaniu byłem pełen obaw, ale wraz z kolejnymi odsłuchami zakochiwałem się w kolejnych nagraniach więc z czystym sumieniem mogę wam polecić ten album. Czy jest on wybitny? Nie, ale gdyby go nieco jeszcze dopieścić i wydać pod szyldem Television, to idę o zakład, że dziś klękalibyśmy przed nim jak przed "Marquee Moon". 

 

Jakub Karczyński

01 lutego 2023

TOM VERLAINE (1949 - 2023)


Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po ostatnim nekrologu jaki wystawiono na nazwisko Alan Rankine, a tu spada nam na głowę kolejny cios. W dniu 28 stycznia odszedł od nas Tom Verlaine, wokalista i gitarzysta grupy Television. Ten filar amerykańskiej sceny punkowej tworzył podwaliny po tenże nurt wraz z takimi grupami jak Ramones, Blondie czy Pattie Smith. Tom Verlaine naprawdę nazywał się Thoumas Miller, a swoje nazwisko artystyczne zaczerpnął od francuskiego poety Paula Verlaine'a. Wraz z grupą Television nagrał zaledwie dwa albumu po czym rozwiązali zespół by powrócić jeszcze raz na początku lat dziewiędziesiątych z trzecią i ostatnią płytą. Każdy z tych albumów to elementarz dla miłośnika muzyki z kręgu punk i post punk. Jak ważna była to postać, nich świadczy długa lista nazwisk, oddająca mu hołd w mediach społecznościowych, Jedną z nich był David J (Bauhaus), który napisał, że widział Television na koncercie w Londynie w 1977 roku. Występ ten określił mianem zadziwiającego, a samą płytę "Marquee Moon" (1977) uznał za jeden ze swych ulubionych albumów. Wspomina także pewien wywiad radiowy, w którym uczestniczył, a kolejnym gościem miał być nie kto inny, a Tom Verlaine. DJ zaproponował Davidowi by się przyłączył, na co on z ochotą przystał. Nie miał jednak odwagi by się odezwać więc tylko siedział i słuchał w zachwycie. Zapamiętał go jako wrażliwego, ale i bardzo nieśmiałego. Przyznał też, że nikt nie grał na gitarze tak jak on. Nie dziwi więc fakt, że uważał go za geniusza. Swój wpis zakończył stwierdzeniem, że choć Tom odszedł to jednak nigdy nie zostanie zapomniany. Nic dodać, nic ująć. 


Jakub Karczyński