21 listopada 2022

EKSPLORACJA KRYPT


Muzyka to podróż. Najlepiej, gdy jest to podróż w nieznane. Dopiero taka wyprawa oferuje nam prawdziwe spektrum emocji. Nie zawsze wrócimy z niej obładowani zachwytem, ale czasem wystarczy kilka ciekawych ujęć, które z czasem mogą rozpalić naszą wyobraźnię do czerwoności. Przepustką do takiej eskapady może okazać się nic nie znaczący drobiazg. Jakiś czas temu odwiedziłem sklep płytowy na poznańskim rynku. Wstąpiłem bez wyraźnego powodu, ale gdy już się tam znalazłem, to poczułem się w obowiązku by coś kupić, a nie być kolejnym oglądaczem, który zawraca głowę sprzedawcy. Przejrzałem więc zgromadzone tam asortyment, nie mając wielkich oczekiwań i nadziei. Nie chciałem kupować byle czego, a już na pewno nie muzykę, do której nigdy już nie powrócę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy pośród płyt, znalazłem składankę "In Goth Daze" (1994). Szybki rzut oka na nazwy wykonawców upewnił mnie, że to właściwy wybór. Obok znanym mi nazw jak Bauhaus, Alien Sex Fiend czy Red Lorry Yellow Lorry pojawiło się tam kilka grup, które były mi całkowicie nieznane i to one najbardziej rozpaliły moją wyobraźnię. Czy mówią wam coś takie nazwy jak Clocks, Bone Orchard, In Excelsis, Ritual, Screaming Dead, Furyo czy Zero Le Creche? Nie martwcie się jeśli odpowiedzieliście przecząco. Mnie też w tamtym momencie nie otworzyła się w głowie żadna ścieżka skojarzeń i właśnie to była największa wartość tej kompilacji. Wyłożyłem więc pieniądze na stół i uwolniłem ten album z przestrzeni sklepowej. Słowo "uwolniłem" nie pojawiło się tu przypadkowo bowiem mam podejrzenia, że owa składanka spędziła tam co najmniej dwadzieścia lat. Trochę się więc na mnie naczekała. Mało brakowało, a nasza relacja tak szybko jak się zaczęła, tak błyskawicznie by się skończyła bowiem zostawiłem ten album na kontuarze w kawiarni, do której udałem się chwilę później. Na szczęście szybko się zreflektowałem i po chwili odzyskałem moją zgubę. 

"In Goth Daze" to kompilacja wydana przez Anagram Records będący oddziałem Cherry Red Records, który to w swym katalogu ma sporo interesujących płyt. Niniejsza składanka jak nietrudno się domyślić, oferuje nam zwiedzanie gotyckich krypt i muszę przyznać, że przy kilku z nich, warto zatrzymać się chwilę dłużej. Już początek płyty przynosi nam tyle emocji, że aż strach pomyśleć co będzie dalej. Na zachętę posłuchajmy pierwszych trzech wykonawców, a są to: Specimen w utworze Hex, Nico z nagraniem Vegas oraz Alien Sex Fiend i ich I Walk The Line. Jeżeli nie załapiecie tej fali, to dalej raczej nie macie czego szukać.  Osobiście uważam, że to prawdziwie mistrzowskie otwarcie. Nie dziwi mnie fakt, że Specimen i Alien Sex Fiend pojawiają się tu w nieco większej dawce niż inne grupy. Wśród mniej znanych nazw zwracam szczególną uwagę na grupy Clocks, Play Dead, Screaming Dead, Furyo a przede wszystkim na Zero Le Creche, która to stała się jednym z dwóch moich największych odkryć niniejszej składanki. Ich muzyka zawładnęła mną do tego stopnia, że zakupiłem sobie ich jedyną dostępną płytę jaką jest "Last Year's Wife - The Collection" (2008). Grupa ta nie miała szczęścia nagrać całego albumu. Jedyne co po sobie zostawiła to dwa single, stworzone z dwoma różnymi wokalistami oraz kilka niezrealizowanych kompozycji. Szkoda, że tak potoczyła się ich historia bo mieli zadatki na to by wypłynąć na szerokie wody. Podobnie potoczyły się losy zespołu Furyo, który to zauroczył mnie równie mocno. W składzie zespołu znaleźli się byli członkowie UK Decay, którym starczyło sił by stworzyć zaledwie dwa mini albumy. Całość po latach została zebrana na albumie "Furyo" (2007) wydanym przez Anagram Records w serii Goth Collectors Series. Polecam nadstawić uszu jeśli lubicie spędzać czas w ponurych i zimnych kryptach. 

 

Jakub Karczyński  

13 listopada 2022

KEITH LEVENE - POŻEGNANIE

John Lydon i Keith Levene

Dziś dotarła do mnie niezwykle smutna informacja. Zmarł Keith Levene. Muzyk tworzący pod tak znaczącymi szyldami jak The Clash czy Public Image Limited, odszedł od nas w miniony piątek. Gdy my obchodziliśmy Święto Niepodległości, Keith stawiał na ziemskim padole swe ostatnie kroki, otwierając szeroko drzwi do wieczności. Przekroczył je jeszcze tego samego dnia, przeżywszy 65 lat. Nie ma dobrej pory na umieranie, ale Keith odszedł zdecydowanie za wcześnie. Oficjalna przyczyna zgonu nie została podana do wiadomości publicznej lecz można podejrzewać, że pokonał go rak wątroby, którego zdiagnozowano u niego dwa lata wcześniej. Historia kończy tu swój bieg. Pozostały nam płyty, na których się udzielał, stąd też w najbliższych dniach powrócę do debiutu Public Image Limited, wsłuchując się ze szczególną uwagą w partie jego gitary. Polecam uczynić to samo, nie tylko by oddać mu hołd, ale by i docenić jego talent. 

 

Jakub Karczyński 

10 listopada 2022

THE CURE "A HEAD ON THE DOOR" (1985)


Gdy w 1979 roku pojawiła się na rynku płyta "Three Imaginary Boys" nikt chyba nie przypuszczał, że będzie to początek jakże fascynującej muzycznej podróży. Myślę, że nawet sam Robert Smith nie miał pojęcia w czym dane będzie mu uczestniczyć. Choć początki działalności zanurzone były jeszcze w estetyce punk rocka, to dość szybko okazało się, że The Cure nie będzie typowym przedstawicielem tego nurtu. Już ich debiut zdradzał ambicje tworzenia muzyki wychodzącej poza schemat trzech akordów. Kolejne płyty były tego najlepszym potwierdzeniem. Gdy Smith wraz z zespołem tworzyli podwaliny swej gotyckiej katedry, na którą to złożyły się albumy "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) i "Pornography" (1982), atmosfera wewnątrz grupy zaczęła się zagęszczać. Po dotarciu do tak mrocznych rejonów kolejnym krokiem mógła być tylko droga jaką podążył Ian Curtis z Joy Division. Smith jednak nie czuł potrzeby robić z siebie rockowego męczennika i nie oczekiwał by prasa stawiała mu ołtarze, stąd też jedyną rozsądną decyzją było zawieszenie działalności The Cure. W tym czasie mógł przewietrzyć nieco głowę, rozgonić ciemne chmury i pomyśleć nad tym co dalej. Dla zabawy zajął się tworzeniem popowych melodii, które złożyły się później na płytę "Japanese Whispers" (1983). Dla fanów to musiał być niezły szok bowiem jednym ruchem Smith zniszczył swą gotycką katedrę, która stała się dla niego zbyt ciasna. Po czymś takim mogło wydarzyć się już praktycznie wszystko. Smith oczyścił sobie tym samym pole by zacząć pisać historię zespołu niemal od nowa. Nakreślił więc plan działania, który zakładał otwarcie muzyki The Cure na pop. Ten mariaż miał naprawdę małe szansę powodzenia, a jednak The Cure wyszli z tego pojedynku obronną ręką.

Na "A Head On The Door" (1985), Smith stworzył piosenki, które miały szansę zawalczyć o masowego słuchacza. Przykładem jest Inbetween Days rozpoczynający ten album, który stał się jednym z największych przebojów grupy, wykonywanym na koncertach do dziś dnia. Ten lekki i zwiewny utwór był niejako komunikatem wystosowanym do fanów, informujący ich o tym, że czasy zimnej fali minęły bezpowrotnie. Jeśli ktoś traktował płyty "Japanese Whispers" oraz "The Top" jako dzieła okresu przejściowego, to w przypadku albumu "A Head On The Door" mógł już pozbyć się złudzeń. Nowy kierunek zaordynowany przez Smitha miał być odtąd wyznacznikiem ich stylu. Współudziałowcem w tej zbrodni uczynił on także Tima Pope'a, który stworzył jedne z najbardziej niesamowitych teledysków w całej karierze The Cure. Lekkie, pomysłowe i przede wszystkim wyraziste. Stanowiły one jasny sygnał, że oto wychodzimy z mroku i wpuszczamy do gotyckich komnat nie tylko światło, ale i świeże powietrze. "A Head On The Door" zaprezentował słuchaczom całe spektrum barw i brzmień, których do tej pory próżno było szukać w repertuarze grupy. Czegóż tu nie ma? Z pewnością nudy. Śmiem twierdzić, że niemal każdy znajdzie tu fragment swej tożsamości muzycznej. Jest przecież bezpretensjonalny pop (Inbetween Days), muzyka pachnąca orientem (Kyoto Song) oraz słoneczną Hiszpanią (The Blood). Miłośnicy muzycznych dziwolongów także powinni być zadowoleni w końcu to właśnie tu znajdziemy Six Different Ways oraz Close To Me. Największe powody do radości mają z pewnością ci, którzy uwielbiają w muzyce eklektyzm. Siłą "A Head On The Door" są nie tylko melodie, ale i element zaskoczenia. Tu wydarzyć może się absolutnie wszystko. Smith tworząc tę płytę nie stawiał sobie żadnych barier, dzięki czemu powstało dzieło absolutnie wyjątkowe. Przy nagromadzeniu tylu różnych elementów, aż dziw bierze, że płyta nie rozchodzi się na szwach. Znać zręczne ręce krawca. Osobiście, z całego zbioru nagrań wyróżniłbym cztery utwory, które w mojej opinii są prawdziwymi perłami tego wydawnictwa. O Inbetween Days już wspomniałem więc nie ma sensu się powatrzać. Ten kawał zręcznie skrojonego popu broni się równie dobrze do dziś dnia. Z kolei Push wyróżnia się wspaniałym, instrumentalnym wprowadzeniem, dynamiką oraz niebanalną melodią, która wchodzi w głowę jak nóż w masło. Ogromnie się ucieszyłem, gdy zespół wykonał ten utwór na koncercie w Łodzi. Nie był to na szczęście jedyny fragmnet tej płyty bowiem tego wieczora wybrzmiało jeszcze A Night Like This. Za taki utwór w swym repertuarze niejeden zespół dałby się pokroić. I nie ma się czemu dziwić, bo to perfekcja w każdym calu. Dodatkowym atutem jest wspaniałem solo saksofonu, na którym zagrał Ron Howe z zespołu Fools Dance. W grupie tej udzielało się dwóch członków The Cure - Simon Gallup oraz Matthieu Hartley. Jeśli myśleliście, że to koniec atrakcji to jesteście w błędzie. Na koniec zespół zostawił tak zwaną wisienkę na torcie, w postaci nagrania Sinking, które to jak na moje ucho jest zapowiedzią tego, co miało wydarzyć się cztery lata później na albumie "Disintegration" (1989). Odnoszę wrażenie, że to również takie pocieszenie dla starych fanów, którzy wciąż myślami wracali do czasów mrocznej trylogii. To komunikat informujący, że The Cure wciąż ma w sobie ogromne pokłady smutku i melancholii, które teraz będą wyrażać się za pomocą nieco innych środków. Sinking to jedno z najlepszych zamknięć albumowch The Cure, a przecież wiadomo, że prawie każdą ich płytę wieńczył utwór wyjątkowy. Szkoda, że na przestrzeni lat kompozycja ta popadła nieco w zapomnienie. Odgarnijmy więc te pajęczyny i zdmuchnijmy kurz by wydobyć na światło dzienne jedną z najlepszych kompozycji The Cure. Nie przystoi przecież chować czegoś taki pięknego w szafie.

Albumem "A Head On The Door" grupa The Cure wróciła do żywych, stając się znów zespołem z krwi i kości. Zdefiniowali nim swoje nowe brzmienie oraz wyznaczyli kierunek rozwoju, który w następnych latach konsekwentnie realizowali. Robert Smith udowodnił tym samym, że jest nie tylko zręcznym kompozytorem, ale także liderem, który wie jak utrzymać swój statek na powierzchni. Na "A Head On The Door" zespół rozciągnął dopiero żagle, które nabrały pełni mocy wraz z ukazaniem się albumu "Disintegration". Czy zatem mamy traktować niniejsze wydawnictwo jako brudnopis? Na to pytanie nie da udzielić się jednoznacznej odpowiedzi. Bez "A Head On The Door" nie byłoby z pewnością "Disintegration" bowiem to właśnie tu można odnaleźć zalążki ich późniejszego sukcesu. Z drugiej strony wartość artystyczna kompozycji jest na tyle duża, że nie ma mowy o jakiś wprawkach czy szkicach. Ten album może był dopiero pierwszym krokiem, ale jak wiadomo, to od niego zaczyna się każda podróż.


Jakub Karczyński

31 października 2022

HAPPY HALLOWEEN


Cukierek albo psikus. Bauhaus albo Beyonce. Życie to nieustanne wybory jednak pamiętajcie, że z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle. Także don't worry, be happy. Happy Halloween 🎃

28 października 2022

THE CURE - ŁÓDŹ - 20 PAŹDZIERNIK 2022

Foto: P. Górkiewicz

Jesień w tym roku jest wyjątkowo piękna. Nie tylko za sprawą kolorowych liści czy dni wypełnionych słońcem, ale także dzięki polskim koncertom grupy The Cure. Zawitała ona do nas na dwa występy, z których pierwszy odbył się w Krakowie, a drugi w Łodzi. Do grodu smoka wawelskiego zbyt długa droga, ale Łódź od Poznania dzieli zaledwie 200 kilometrów więc wybór lokalizacji narzucił się niejako sam. Pozostało więc zakupić bilet, obmyślić środek lokomocji i ewentualny nocleg. Niestety od pewnego czasu rynek najmu mieszkań i hoteli zwariował. Gdy tylko jakiś znany zespół ogłasza swój przyjazd, ceny szybują w kosmos. Nagle okazuje się, że chcąc pojechać na koncert musisz wydać blisko tysiąc złotych co jest totalnym absurdem. Z tej też przyczyny postanowiłem wybrać się do Łodzi własnym autem. Podróż w dużej mierze odbywała się arteriami autostrady do momentu, w którym nawigacja postanowiła pokazać nam "uroki" lokalnych dróg. Koniec końców dotarliśmy z moim współtowarzyszem na miejsce. Do koncertu mieliśmy jeszcze nieco czasu więc poszliśmy pozwiedzać miasto. Nim się obejrzeliśmy wybiła godzina, w której to trzeba było zjawić się pod Atlas Areną. Rzutem na taśmę, ale udało się nam dotrzeć na płytę obiektu, na której to zebrał się już spory tłum ludzi. Dopchaliśmy się do stanowiska realizatora dźwięku i tam też zakotwiczyliśmy. Muszę przyznać, że Atlas Arena zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i tylko pozostaje żałować, że włodarze mojego miasta nie wpadli jeszcze na pomysł, aby wybudować coś podobnego. Przecież usytuowanie na trasie Berlin - Łódź - Warszawa to wymarzona lokalizacji, aby ściągnąć do grodu nad Wartą największe światowe gwiazdy. Myślę, że to temat wart rozważenia.

Wróćmy jednak do Atlas Areny i wieczoru, gdy po jej scenie przechadzał się Robert Smith wraz z The Cure. Obecnie poza Robertem w skład grupy wchodzą Simon Gallup, Jason Cooper, Roger O'Donnell, Perry Bamonte i Reeves Gabrels. Na łono rodziny powrócił Bamonte, który pełni funkcje gitarzysty jak i klawiszowca. Co prawda na żadnej z tych pozycji nie było wakatów więc zastanawiam się po cóż Smithowi to wzmocnienie. Wiem, że od przybytku głowa nie boli, ale zastanawiam się czy aby nie jest to zapowiedź rychłych przetasowań w składzie? Czas pokaże. Nie ma jednak co narzekać bo tego wieczoru, zespół prezentował się wyśmienicie. Występ zaczęli od dźwięków burzy i nowego utworu jakim jest kompozycja Alone. Był to jeden z czterech nowych utworów, zwiastujących wydanie nowej płyty, która powinna pojawić się w niedalekiej przyszłości. Czekam na nią niecierpliwie bowiem moje nadzieje zostały niesamowicie rozbudzone. Każde z tych nagrań jest absolutnie niesamowite i coś czuję, że nowa płyta po kilkunastu chudych latach znów przyda należnego blasku tej zasłużonej formacji. Po tym jakże monumentalnym wprowadzeniu, płynnie przeszliśmy do Picture Of You, który to jest jednym z moich ulubionych utworów z albumu "Disintegration" (1989). Następnie przeskoczyliśmy do "The Head On The Door" (1985), z którego zabrzmiało A Night Like This, które ucieszyło mnie równie mocno. Szkoda tylko, że partia saksofonu grana jest przez gitarę bo bardzo lubię ten moment, gdy do głosu dochodzi właśnie ten instrument. Lovesong znów rzucił nas w objęcia "Disintegration", a ja nie mogłem wyjść z podziwu jak pięknie układa się ta setlista. Widzowie zgromadzeni obok chyba byli równie zachwyceni jak ja, bo żywo reagowali na każdy kolejny utwór. Nawet te nowe kompozycji, jeszcze przecież nie ograne, znalazły swoją ciepłą przystań w sercach i uszach słuchaczy. Nic dziwnego bowiem to kwintesencja stylu The Cure, przepełnionego melancholią, smutkiem, a nawet rozpaczą. Część z tych emocji znajdziemy także w And Nothing Is Forever, który choć piękny, podoba mi się nieco mniej od pozostałych premier, choć przecież i tak poszedłbym za nim w ogień. Świadczy to tylko o tym, jak wysoko zawieszono tym razem poprzeczkę. Jeśli ktoś tęsknił za czasami mrocznej trylogii, to również nie miał prawa narzekać bowiem zespół kilkukrotnie sięgał do tego repertuaru. Pojawił się więc Cold czy Strange Days, nie słyszany w Polsce od czasu koncertu na Torwarze. A przecież to nie koniec atrakcji. The Cure w podstawowym secie sięgnęło jeszcze po Play For Today, ale także nie zapomniało o płytach w rodzaju "Japanese Whispers" (1983) czy "The Top" (1984), z których to odkurzyli The Walk oraz Shake Dog Shake. Mnie najbardziej ucieszyło jednak nagranie Burn ze ścieżki dźwiękowej do filmu "The Crow". Od niego przecież wszystko się zaczęło. Moja droga do świata The Cure naznaczona była kruczymi piórami, stąd też niecierpliwie wyczekiwałem tych dźwięków. Bez nich, opuściłbym Atlas Arenę bardzo niepocieszony. Na szczęście obyło się bez przykrej niespodzianki. Od tego momentu mogłem już w spokoju delektować się koncertem, a było czym. Fascination Street przypomniało mi, że kiedyś niezbyt lubiłem ten utwór, a dziś nie wyobrażam sobie by pominąć go przy słuchaniu "Disintegration". Sporym zaskoczeniem była z kolei obecność Push z "Head On The Door". Czego jak czego, ale tej kompozycji się nie spodziewałem, a to przecież jeden z trzech moich ulubionych fragmentów tego albumu. Innego rodzaju zaskoczeniem było zagranie fragmentu z "Bloodflowers". Nie sądziłem, że zapędzą się w te rejony, szkoda tylko, że zagrali najmniej lubianą przeze mnie kompozycję jaką było 39. Kilka dni później w Pradze zabrzmiało The Last Day Of Summer i szczerze mówiąc, zazdroszczę im tego jak diabli. No cóż, nie można mieć wszystkiego, a przecież i tak otrzymaliśmy sporo, bo zanim dotarliśmy do finału części podstawowej, odbyliśmy jeszcze podróż nad głębokie, zielone morze (From The Deep Green Sea). Wersja studyjna wypada jednak nieco lepiej bowiem na koncercie gitara będąca siłą napędową tej kompozycji, została nieco zbyt mocno wepchnięta w tło. Ten drobny mankament można było jednak grupie wybaczyć. Ostatnim akcentem przed bisami był Endsong. Ten długi, monumentalny utwór powinien wieńczyć najnowsze dzieło Brytyjczyków. Czy tak będzie, przekonamy się kiedy płyta ujrzy już światło dzienne. To jeden z takich utworów, po którym nie trzeba już nic więcej dodawać, a wszelkie słowa zdają się być nie na miejscu. Po czymś takim naprawdę ciężko złapać oddech.

Foto: P. Górkiewicz

Przy burzy oklasków zespół opuścił scenę by powrócić na nią i znów zaczarować publiczność takimi utworami jak choćby przejmujący I Can Never Say Goodbye, odnoszący się do śmierci starszego brata Roberta. To właśnie w tym momencie wydarzyło się coś niezwykłego bowiem sala rozświetliła się lampkami telefonów i zrobiło się naprawdę nastrojowo. Nie był to jednak koniec atrakcji bowiem chwilę później znów odbyliśmy podróż po mrocznej trylogii, zaczynając od The Hanging Garden poprzez Primary, a kończąc na A Forest. W tym ostatnim, publiczność świetnie wywiązała się z obowiązkowego klaskania, dzięki czemu kompozycja ta nabrała dodatkowego waloru. W taki oto sposób zakończył się pierwszy bis.

Ostatnim akcentem tego koncertu był pakiet przebojów, którymi zespół pożegnał się z polską publicznością. Było więc nastrojowe Lullaby, cukierkowe Friday I'm In Love (jakże mogłoby go zabraknąć, wszak tego dnia był właśnie piątek), zwariowane Close To Me i prawdziwe killery w postaci Inbetween Days, Just Like Heaven oraz Boys Don't Cry. Warto nadmienić, że wszystkim utworom towarzyszyły piękne wizualizacje, które tylko dodatkowo wzmacniały emocje, jakie tego wieczora nagromadziły się w Atlas Arenie.

Po czternastu latach znów dane mi było stanąć oko w oko, z jednym z moich ulubionych zespołów. Występ na Torwarze nieco zakurzył mi się już w pamięci więc wyjazd do Łodzi był najlepszą okazją by dołożyć w głowie kilka nowych kadrów i emocji. Nieco obawiałem się tej konfrontacji bowiem od 2008 roku, zespół posunął się nieco w czasie. Smith będący wtedy tuż przed pięćdziesiątką, dziś jest już po sześćdziesiątce, ale wciąż ma w sobie te emocje co dawniej, no i głos, który świetnie opiera się upływowi czasu. To co jednak jest niezmienne to fakt, że polska publiczność wciąż kocha The Cure, o czym można było się przekonać tak w Łodzi jak i w Krakowie. Mam nadzieję, że nie była to ich ostatnia wizyta w naszym kraju, bo po tak niesamowicie emocjonującym koncercie, człowiek ma po prostu ochotę na więcej. Panie Smith, nie mówimy zatem żegnaj lecz do zobaczenia.

Jakub Karczyńśki


07 października 2022

APTEKA PANA SMITHA


Nie planowałem swojej wizyty w Łodzi w dniu 21 października 2022 roku. Wyszło jakoś tak spontanicznie. Pewnego dnia ta myśl po prostu zaświtała mi w głowie. Zapytałem sam siebie: A może by tak pojechać na koncert The Cure? Nie od razu udzieliłem twierdzącej odpowiedzi, ale już w tamtym momencie zapałałem entuzjazmem na myśl, że po czternastu latach znów będą mógł zobaczyć Roberta wraz z zespołem na żywo. Czas jednak w miejscu nie stoi i widać to zwłaszcza po fryzurze Smitha, która niegdyś emanowała witalnością, a dziś przypomina ptasie gniazdo, z którego to dawno już wymeldowali się lokatorzy. Głos Roberta również ma już najlepsze lata za sobą, ale w dalszym ciągu zachował jeszcze nieco swego blasku. Za dwa tygodnie osobiście przekonam się w jakiej jest formie bowiem przed chwilą odebrałem od listonosza skierowanie na badanie słuchu do doktora Smitha. The Cure mają już za sobą pierwszy koncert tegorocznej trasy. Z ciekawostek, warto odnotować fakt, że do zespołu powrócił Perry Bamonte stąd też skład liczy sobie teraz, aż sześć osób. Ujawnili też dwa nowe utwory, z nadchodzącej płyty. Kiedy jej premiera? Tego jeszcze nie wiadomo. Album miał pojawić się przed trasą, tak przynajmniej zapowiadał Robert, ale wiadomo jak to jest z jego zapowiedziami. Miejmy nadzieję, że do dnia premiery mamy już bliżej niż dalej bo ujawnione nagrania mocno zaostrzyły mi apetyt na resztę tego dania. Tak jak już kiedyś pisałem, nie wymagam od The Cure by nagrywali do grobowej deski. Zamiast trzech średnich płyt, niech stworzą jeden porządny album, którym zamkną usta malkontentom i postawią sobie tym samym pomnik trwalszy niż ze spiżu. Trzymam za to mocno kciuki bowiem nie ma nic gorszego jak rozmienić swój dorobek w finale na drobne.


Jakub Karczyński

26 września 2022

COPKILLER


Powracamy do grupy Public Image Limited, a właściwie do Johna Lydona, który jak się okazuje jest człowiekiem wielu talentów. Cofnijmy się jednak nieco w czasie, do wczesnych lat dwutysięcznych bo właśnie wtedy wpadła mi w ręce kompilacja muzyczna do filmu "Blair Witch Project" (1999). Nie przypuszczałem, że odciśnie ona w mej pamięci, aż tak trwały ślad. Artyści, którzy użyczyli swych nagrań na ową składankę byli mi poniekąd znani. Jednych kojarzyłem w większym stopniu, innych w trochę mniejszym. To co jednak było niczym postrzał w serce, to nagranie The Order Of Death, którym to zachwyciłem się do tego stopnia, że zapragnąłem zdobyć cały album z tą kompozycją. Dość szybko ustaliłem, że nagranie The Order Of Death stworzone przez grupę Public Image Limited pochodzi, z albumu "This Is What You Want...This Is What You Get" (1984). Od tego momentu zaczęły się gorączkowe poszukiwania. Pisałem o tym już przed laty więc nie ma co się powtarzać. Zainteresowanych odsyłam do tekstów: Public Image Ltd. "This Is What You Want...This Is What You Get (1984), Postpunkowa Retromania oraz Dojrzewanie. Koniecznie w tej kolejności. Uzupełnieniem tamtych historii będzie to co poniżej. W ostatnim czasie natknąłem się na kilka ciekawych informacji, które rozjaśniły mi nieco to i owo. 

Obejrzałem niedawno film "Zły policjant" (1983) [nie mylić z obrazem "Zły porucznik" (1992), w którym to również zagrał Harvey Keitel] bowiem w obsadzie dostrzegłem Johna Lydona. Pomyślałem sobie, że sprawdzę cóż to za obraz no i rzecz jasna zobaczę jak przed kamerą radził sobie nasz bohater. Film opowiada historię pary skorumpowanych gliniarzy, próbujących ująć mordercę, który za cel obrał sobie policjantów. Szybko okazuje się, że zamordowani stróże prawa nie byli zbyt kryształowymi postaciami, stąd też i nad głowami naszych bohaterów zaczynają gromadzić się ciemne chmury. Jeśli nie mieliście okazji obejrzeć tego filmu to serdecznie go Wam polecam jako świetną odtrutkę na współczesne kino przeładowane efektami specjalnymi. Tutaj liczy się przede wszystkim ciekawy scenariusz i świetna gra aktorska. Tylko tyle i aż tyle by stworzyć obraz, który pokazuje nam, że świat i ludzie nie są czarno biali. Nie zawsze da się oddzielić dobro od zła, bowiem nikt z nas nie jest tylko dobry lub tylko zły. Film świetnie lawiruje między tymi pojęciami, wodząc niejednokrotnie widza za nos. Nie jest to typowe kino kryminalne, ponieważ bardziej od pogoni za przestępcą, liczy się tutaj rozgrywka psychologiczna, w jaką wciągnięty zostaje nasz bohater. John Lydon świetnie wywiązał się ze swej roli, tworząc postać pełną niuansów i sprawiając, że widz zastanawia się nad tym kto tu tak naprawdę rozdaje karty. 

Wróćmy jednak na właściwy tor, ponieważ za chwilę wszystkie klocki złożą się nam w jeden obraz. Otóż, po skończonym seansie, zagłębiłem się w poszukiwanie informacji o filmie. To co zwróciło moją uwagę to tytuł filmu, który co ciekawe występuje w pięciu różnych wersjach. Oryginalnym włoskim tytułem był "Copkiller (l'assassino dei poliziotti)", stąd też najczęściej spotkacie się z tytułem "Copkiller", ale czasem możecie też napotkać wersje zatytułowane "Corrupt", "Corrupt Liutenant" oraz "The Order Of Death". Tak też zatytułowana była powieść autorstwa Hugh Fleetwooda, na której to oparto scenariusz filmu. Zaskoczeni? Ja również, bowiem obecność Johna Lydona i książki "The Order Of Death", nie może być dziełem przypadku. Doszukałem się informacji, że to właśnie Public Image Limited, miał stworzyć oprawę dźwiękową do tego filmu. Prace ruszyły, ale z nieznanych powodów ktoś włączył grupie czerwone światło i proces ten gwałtownie wyhamował. Pałeczkę przejął legendarny twórca spaghetti westernów Ennio Morricone, który wywiązał się z powierzonego zadania całkiem nieźle, ale gdyby to John Lydon ze swą świtą dokończył dzieła, coś czuję, że lepiej uchwyciłby ten specyficzny nastrój filmu. Niewykorzystaną muzykę stworzoną przez Public Image Limited, wydano półoficjalnie na albumie "Commercial Zone", a w 1984 roku utwór The Order Of Death, który bezpośrednio nawiązywał do tego filmu, znalazł się na albumie "This Is What You Want...This Is What You Get". W napisach końcowych możemy usłyszeć kompozycję Tchaikovski's Destruction, która to w ogóle mi się nie skleja z jego finałem. O ileż lepiej brzmiałby w tym miejscu The Order Of Death, nadający temu zakończeniu odpowiedniej dramaturgii. Ktoś zdecydował jednak inaczej, a nam nie pozostaje nic innego jak tylko pogodzić się z tym faktem. Ten drobny mankament nie zmienia jednak mojej dobrej opinii o samym filmie. Jeśli macie wolną chwilę, zachęcam do jego obejrzenia i podzielenia się swoją opinią w komentarzach.

 

Jakub Karczyński