23 września 2022

LONG GOODBYE. GOODBYE MARK


Smutno kończyć dzień natykając się na informację o śmierci współzałożyciela grupy The Opposition. Nie byłem na to w żaden sposób przygotowany więc tym większy przeżyłem szok, gdy zakominikowano mi, że Mark Long przegrał walkę z rakiem. Nie miałem świadomości, że zmagał się z tą paskudną chorobą. A przecież jeszcze niedawno cieszyłem się z odręcznie napisanej kartki dołączonej do płyty "Hope" jaką otrzymałem od zespołu. Jeśli dobrze rozczytuję podpis to należy on właśnie do bohatera niniejszego wpisu. Żałuję, że nie dane będzie mi już wybrać się na ich koncert. Pozostaną nam wyłącznie płyty, na których to możemy doświadczyć kawałka tej magii. W kontekście śmierci Marka tytuł ostatniego albumu nabiera nowego znaczenia. 

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak pokłonić się i podziękować Markowi za wszystie piękne chwile, które dane mi było przeżyć w towarzystwie jego muzyki. Z pewnością będę często do niej wracał, tak w nadchodzących dniach jak i w późniejszym czasie. Wielka szkoda, że wraz z jego śmiercią historia The Opposition definitywnie kończy swój bieg. 

 

Jakub Karczyński

15 września 2022

OKIEM KOLEKCJONERA


Ostatnie dni mojego urlopu postanawiam wykorzystać na odwiedziny jednego z najbardziej niesamowitych miejsc w moim mieście. Jest ono na tyle piękne i unikalne, że zachwycą się nim nie tylko miłośnicy płyt. Zlokalizowane jest w arkadowych podcieniach pod adresem Stary Rynek 52B, a jego skarbów strzegą niezwykłe drzwi. Ciężkie, masywne i sprawiające, że uchylając je masz wrażenie jakbyś wchodził do jakiegoś skarbca lub świątyni. Jako że na poznański Stary Rynek docieram około 10:30, drzwi te jeszcze są zamknięte. Uchylą się wraz z wybiciem przez ratuszowy zegar godziny jedenastej. Wrześniowa aura zachęca do spacerów więc grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Obchodzę sobie zatem okoliczne uliczki podziwiając lokalną architekturę, ale też znajduję czas by zajrzeć do księgarni bo poza muzyką kocham też książki. Wizyta w takim miejscu jak zwykle pozbawia mnie poczucia czasu, stąd też wychodzę z niej po jakiś czterdziestu pięciu minutach. Póki co z pustymi rękami, ale jeszcze tam powrócę. Pierwszeństwo ma jednak sklep płytowy. Gdy docieram pod wskazany adres w progu wita mnie właściciel. Na tym niewielkim metrażu zgromadzono tak niebywale dużo płyt, że piętrzą się one po sam sufit. Wszystko jednak jest elegancko ułożone co niewątpliwie ułatwia poszukiwania. Moja uwaga skupia się jednak na niewielkim wycinku przebogatego asortymentu bowiem chyba jeszcze nie dojrzałem na tyle by pójść w jazz czy klasykę. Przeglądam więc płyty z rockową i elektroniczną alternatywą. Rozsiadam się na podłodze i sukcesywnie wyciągam płyty by móc zobaczyć ich okładki. Przeglądanie ich po grzbietach jest zajęciem dość karkołomnym i męczącym bowiem część płyt zlokalizowana jest przy kontuarze, a reszta dość blisko ziemi. Albumy, które tam zamieszkują, pamiętają z pewnością lata dziewięćdziesiąte. Świadczą o tym nie tylko wyblakłe metki, ale i kwoty na nich nadrukowane. Jeśli przypomnicie sobie ile w tamtym czasie kosztowały płyty CD to nie powinny was zdziwić ceny oscylujące między 70, a 130 zł. Wiele z tych wydawnictw jest już dziś niedostępnych na rynku więc tym bardziej warto uważnie przejrzeć zawartość sklepowych półek. Choć ceny zakonserwowały się tak samo dobrze jak owe płyty, to w niektórych przypadkach zapłacicie i tak dużo mniej niż byście zrobili to na Discogsie. Wszystko zależy od dostępności danego wydawnictwa. Im mniej egzemplarzy na rynku tym więcej złotówek trzeba wysupłać z portfela. Mnie udało znaleźć się coś, czego próżno już szukać na Allegro, a na wspomnianym Discogsie za ten album trzeba zapłacić w najlepszym wypadku 90 zł plus koszt przesyłki, a ten do najniższych przecież nie należy. W poznańskim "Fripp Sklep", zapłaciłem za płytę "Room Of Lights" (1986) Crime + City Solution niespełna 50 zł. Pamiętam, że w nieistniejącym już periodyku "Zine", wytypowano go jako jedną z pięćdziesięciu płyt najlepszych do słuchania jesienią. W komentarzu do tego albumy napisano: Najlepsza płyta zimnej, bluesowo-postpunkowej kapeli Micka Harveya i Rowlanda S. Howarda, związanych z Birthday Party i The Bad Seeds. Na pewno nie ma na tej płycie hitów. Za to jest zbiór ballad i taka gotycka strzelistość, że można nią sobie żyły podcinać. A z katakumb w tle przebija się jazgotliwa, nie taka znów przyjemna bluesowa gitara. Ta płyta to czysta depresja jak "Closer" czy "In The Flat Fields".  Jak widać warto więc odwiedzać takie miejsca, skoro mają one w swej ofercie płyty, które z pewnością śnią się po nocach niejednemu kolekcjonerowi.

 

Jakub Karczyński

11 września 2022

DOM BEZ KLAMEK


Mam w swych zbiorach płyty, których słuchanie to wręcz czysta przyjemność. Mam też takie, które pozwalają wątpić w zdrowie psychiczne ich twórców. Tak na dobrą sprawę powinienem je czym prędzej usunąć z kolekcji by nie narażać na szwank swego zdrowia psychicznego. Dlaczego tego nie robię? Sam nie wiem być może już zainfekowałem się tym szaleństwem i powinienem poprosić o zawinięcie mnie w biały kaftan. Coś może być na rzeczy skoro zdecydowałem się przygarnąć kolejnego pensjonariusza. Przed laty, gdy posłuchałem tej płyty, powziąłem decyzję, że nie chcę mieć z nią nic do czynienia. Podobnie wyglądała sprawa z płytą "Burden Of Mules" grupy Wolfgang Press, która wręcz wyparowała z rynku. Gdy przed laty mogłem ją kupić nie zrobiłem tego, a teraz trzeba zapłacić za nią jakieś horrendalne pieniądze. Na szczęście w przypadku płyty "Flowers Of Romance" Public Image Limited, udało się ją zdobyć za bardzo przyzwoite pieniądze. Dodatkowo cieszy fakt, że to stara edycja, która uchowała się u kogoś w idealnym stanie.

Gdy tak sobie jej dzisiaj słuchałem, naszła mnie taka myśl, aby sporządzić listę płyt, których zakup powinien być konsultowany z lekarzem lub farmaceutą. Jedną z nich mam w swoich zbiorach, pozostałym dwóm nie udzieliłem zgody by zasiliły one szeregi mojej płytoteki. Przyjrzyjmy się im zatem z bliska. Na pierwszy ogień idzie legendarny już album Lou Reeda.

1. Lou Reed "Metal Machine Music" (1975) - uznawany za najgorszy album w dziejach muzyki, składający się ze sprzężeń gitarowych, tworzących wszechogarniający hałas. Nie wiem czy znalazł się jakiś śmiałek, który dał radę wysłuchać go do końca, ale jeśli tak, to gratuluję samozaparcia.  Krytyk muzyczny Billy Altman napisał o nim, że to "dwupłytowy zestaw składający się wyłącznie z niszczącego uszy elektronicznego szlamu, gwarantującego oczyszczenie każdego pomieszczenia z ludzi w rekordowym czasie”. Jakby tego było mało, płyta ta w formie winylowej posiadała tak zwany zamknięty rowek przez co muzyka ta nigdy się nie kończyła. Jeśli Lou Reed chciał tym albumem komuś zajść za skórę to mu się udało. I to jeszcze jak. Co by nie mówić to absolutny top, w kategorii płyt, których nie da się słuchać. Po czymś takim wszystko brzmi już jak niewinny słodki pop. No może za wyjątkiem twórczości Diamandy Galás.

2. Diamanda Galás "The Litanies Of Satan" (1982) - ten niespełna półgodzinny album może stanowić za śmiałą konkurencję w stosunku do albumu Lou Reeda. Zamiast gitarowego zgiełku otrzymujemy jednak nawiedzony głos Diamandy, od którego aż włos się na skórze jeży. Jeśli jakaś płyta może przerażać, to ten album wywiązuje się z tego ze sporą nawiązką. Absolutnie straszna rzecz. Dosłownie i w przenośni. 

3. Public Image Limited "Flowers Of Romance" (1981) - płyta może nie tak radykalna w wyrazie jak "Metal Machine Music" czy "The Litanies Of Satan", acz nie pozbawiona genu szaleństwa. Nagrano ją w oparciu o dość skromne środki wyrazu artystycznego bowiem prym wiodą tu loopy perkusyjne i głos Lydona. Reszta instrumentów jak choćby fortepian, saksofon czy bas, stanowią zaledwie za dodatki. Keith Levene opisał ją jako „prawdopodobnie [...] najmniej komercyjną płytę kiedykolwiek dostarczoną do wytwórni płytowej”. Zapomniał chyba o płycie Reeda, ale nie zmienia to faktu, że album "Flowers Of Romance" to dość twardy orzech do zgryzienia, z którym nie każdy słuchacz sobie poradzi.

Z pewnością każdy z nas mógłby dopisać tu jeszcze sporo takich pozycji, które to stawiają słuchaczowi zaciekły opór. Co ciekawe, zapewne część z tych albumów byłaby poddana burzliwej dyskusji bowiem to co dla jednych stanowi za sufit, dla innych jest zaledwie podłogą. I to jest właśnie piękno muzyki, której nie da się zdefiniować w sposób zero jedynkowy, stąd też jesteśmy skazani na nieustanne spieranie się na argumenty chcąc dowieść swoich racji. Choć nie ma to większego sensu to i tak ochoczo rzucamy się do tej walki z wiatrakami.

 

Jakub Karczyński

04 września 2022

HANDFUL OF SNOWDROPS - HOPE

Handful Of Snowdrops wydało właśnie wirtualnego singla, którego to możecie zakupić za pomocą platformy Bandcamp. Singiel zatytułowany Hope ma postać wirtualną, ale niech nie martwią się miłośnicy płyt bowiem jest szansa, że w przyszłym roku otrzymamy nowy album zatytułowany "Tu me crois la marée et je suis le déluge". Nie przywiązujcie się jeszcze do tego tytułu bo ma on póki co postać roboczą. Jak zapowiedział Jean-Pierre, nowy album ma być wypełniony długimi, nastrojowymi kompozycjami o progresywnym charakterze. Singiel Hope został wytypowany by sprwdzić jak wielkie jest zainteresowanie muzyką Handful Of Snowdrops. Jeśli sprzedaż okaże się zadowalająca wtedy z pewnością możemy liczyć na więcej dźwięków sygnowanych tym logiem. Trzymam zatem kciuki by fani stanęli na wysokości zadania. Ja ze swej strony także postanowiłem dorzucić parę groszy choć dobrze wiecie, że pliki to nie jest moja ulubiona forma słuchania muzyki. W tym wypadku zrobiłem wyjątek bowiem liczy się sama akcja wsparcia, no i rzecz jasna nadzieja na nową płytę, którą z przyjemnością postawię na półce. Tak więc jeden chętny już jest, a myślę, że znajdzie się jeszcze trochę takich szaleńców, którzy dadzą HOS na tyle duże wsparcie by nowe nagrania przybrały bardziej materialną formę. Jeśli nie jest wam obojętna taka muzyka to dajcie znak, że jesteście i czekacie. Zakup singla to koszt około 20 zł, ale możecie też wpłacić więcej do czego serdecznie zachęcam. Po szczegóły odsyłam pod ten adres: https://handfulofsnowdrops.bandcamp.com/album/hope-single

Jeśli przegapiliście to przypominam, że "Czarne słońca" przeprowadziły niedawno wywiad z liderem Handful Of Snowdrops, który znajdziecie tutaj: https://czarne-slonca.blogspot.com/2022/04/jean-pierre-mercier-handful-of.html


Jakub Karczyński

30 sierpnia 2022

LONGPLAY

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem hej. Kiedy byłem małym chłopcem, to świat był zupełnie inny. Muzyki słuchało się z kaset magnetofonowych, a adapter do płyt winylowych służył mi do zgłębiania świata bajek. Z czasem kasety poszły w odstawkę, a ich miejsce zajęły CD, które nie miały w naszym kraju łatwego życia bowiem chwila ich świetności to zaledwie kilka lat. Gdy do gry weszły komputery wyposażone w programy do kopiowania CD, bazary zaroiły się od podróbek. Z chwilą upowszechnienia Internetu, każdy użytkownik mógł sobie nielegalnie ściągać i wypalać w domowych warunkach nie tylko całe albumy, ale i tworzyć składanki według własnego pomysłu. Rynek CD nie miał czasu by nabrać rozpędu, wytworzyć w społeczeństwie szerokiej kultury słuchania muzyki z tego właśnie nośnika bo już musiał się bronić przed naporem piractwa. Była to niejako powtórka z historii ponieważ zanim wprowadzono prawo autorskie, kasety również były masowo kopiowane i sprzedawane na lewo. Oryginalna kaseta jednak miała tę przewagę nad CD, że była dużo tańsza więc różnica w cenie nie była aż tak drastyczna dla nabywcy jak w przypadku kompaktów choć chętnych na lewe taśmy nie brakowało. Rodziło to więc pokusę szybkiego zarobku małym kosztem. Rynek płyt CD nie miał więc czasu by okrzepnąć, ale co ciekawe pomimo naporu piractwa, wejścia na rynek platform streamingowych wciąż trwa. Nie podzielił losu kaset, które dość szybko odeszły do lamusa tak jak i sprzęt służący do ich odtwarzania.

Czemu o tym piszę? Powodem tego jest miejsce, które niedawno miałem okazję odwiedzić. Korzystając z faktu, że dzieci spędzały czas na wakacjach u dziadków, wybrałem się by odwiedzić sklep "Longplay", który to mieści się w Poznaniu przy ulicy Polnej 22. Funkcjonuje on jak się dowiedziałem od blisko trzech lat, serwując swoim klientom kawę, herbatę, wino, piwo rzemieślnicze, a nade wszystko płyty winylowe, CD jak i kasety. Cieszy mnie fakt powstawania tego typu miejsc, choć mam wrażenie, że miłośnicy fizycznych nośników poświęcają zbyt mało czasu by w nich bywać i przede wszystkim wspierać finansowo taką działalność. Gdyby było inaczej, takich miejsc mielibyśmy mnóstwo, a tak pozostają takimi pierwiosnkami na mapie naszych miast. Czyż nie fajnie jest przyjść do takiego sklepu i zrelaksować się przy dźwiękach płynących z gramofonu? Jeżeli wolicie jednak posiedzieć w domu to już wasz wybór, ale nie miejmy wtedy pretensji, że tego typu miejsca upadają. Jeśli więc masz w swoim mieście taki sklep, to daj mu sygnał, że jest on dla ciebie ważny. W jaki sposób? Najlepiej finansowy bo przecież bez tego żadna działalność nie może trwać. I na koniec jedna ważna rzecz. Nie targujcie się w tego typu sklepach bo to nie sieciówki z marżami rzędu 20%. Tu każda złotówka jest na wagę złota więc miejcie tego świadomość.


Odwiedzając Longplay nie wyszedłem więc z pustymi rękami, zabierając ze sobą dwa kompakty. Pierwszym był album "White Light/White Heat" (1968) grupy The Velvet Underground, drugim płyta "Gotham!" zespołu Radio 4 (2002). Połączyłem więc tradycję z nowoczesnością choć przecież od wydania płyty "Gotham!" minęło już przecież dwadzieścia lat. Jednak dla mnie ta muzyka wciąż brzmi świeżo i przede wszystkim młodzieńczo. Poza tym jej wydanie przypadło na czas new rock revolution, gdy muzyka rockowa znów stała się modna. Były to czasy grup pokroju Franz Ferdinand, The White Stripes, Razorlight, The Rapture, Black Rebel Motorcycle Club czy choćby Interpol. Piękne czasy, gdy znów można było uwierzyć w siłę tej muzyki. Ta energia i moc wciąż tam jest, zawarta na płytach, które dziś możecie odnaleźć w miejscach takich jak choćby "Longplay". Nie dajcie im obumierać w kurzu, zabierzcie je ze sobą do domu i cieszcie się tą muzyką.


Jakub Karczyński

20 sierpnia 2022

GANG OF FOUR - ENTERTAINMENT! (1979)


Są takie zespoły, które choć stworzyły znaczące albumy będące źródłem inspiracji dla następnych pokoleń, gdy stawiają swoją stopę na naszym krajowym gruncie, są niemal zupełnie anonimowe. Tak jakby dopiero co weszli na szlak swej kariery, a płyty, które uczyniły ich sławnymi nigdy nie zostały nagrane. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że to co popularne lub znane na Wyspach Brytyjskich niekoniecznie musiało zakorzenić się na naszym gruncie. Wszak gust gustowi nierówny. 

Płyta "Entertainment!" (1979) może nie jest w naszym kraju tak zupełnie anonimowa, ale z pewnością nie cieszy się takim uznaniem na jakie zasługuje. Warto więc przypomnieć sobie jej zawartość jak i zastanowić się na jak wielu polach to ziarno wydało plon, począwszy od Fugazi poprzez Jane's Addiction, R.E.M., by na The Futureheads chwilowo poprzestać. Myślę, że tych nazw możnaby tu jeszcze sporo dopisać, ale niech każdy sam spróbuje wytropić te wpływy. 

Jeśli napiszę, że połowa tego albumu rozkłada mnie na łopatki, a druga sprawia, że niecierpliwie spoglądam na zegarek to będzie to chyba najlepsze podsumowanie jego zawartości. Pierwsze siedem nagrań to jak postrzał w brzuch z Magnum 44. Po czymś takim nie tylko trudno utrzymać się na nogach, ale próżno też szukać perspektyw na dalsze życie. Niestety po utworze I Found That Essence Rare następuje gwałtowne hamowanie, po czym wrzucamy poszczególne biegi, ale już niestety nie udaje nam się rozpędzić tego auta do prędkości, którą jeszcze przed chwilą mieliśmy na liczniku. Owszem, jest tu też kilka niezłych nagrań, ale dość szybko zbledną w Waszych uszach, gdy przypomnicie sobie wszystko to co już usłyszeliście. Nie zmienia to jednak faktu, że album "Entertainment!" to niezwykle ważna płyta, która jak już wspominałem, zainspirowała niezliczoną ilość grup. Co ciekawe, niekiedy wykroiły one dla siebie dużo większy kawałek tortu niż ten, który przypadł grupie Gang Of Four. Niestety tak to już niekiedy bywa, że sukces artystyczny, nie zawsze idzie w parze z sukcesem komercyjnym. Coś na ten temat mogliby powiedzieć członkowie Killing Joke, których muzyczne patenty również słychać na wielu płytach. Najgłośniejszym zapożyczeniem było nagranie Come As You Are z albumu "Nevermind" (1991) Nirvany, które to otarło się o salę sądową, ale po samobójczej śmierci Kurta Cobaina, Killing Joke odpuścili temat. W przypadku Gang Of Four, zapożyczenia te nie były, aż tak bezczelne, ale bez problemu można było je wyłowić. To co zwraca szczególną uwagę, to praca sekcji rytmicznej oraz charakterystyczny sposób gry gitarzysty Andy'ego Gilla. Brzmienie Gang Of Four jest na tyle charakterystyczne, że nie sposób pomylić ich z nikim innym. To jak znak firmowy, który wyróżnia cię spośród tłumów i sprawia, że masz swój styl. To coś, o czym marzy wielu, ale nie każdemu jest dane to osiągnąć.
 
Gang Of Four to kolejny zasłużony zespół, którego muzyczny wkład był dużo większy, niż plon, który przyszło im zebrać. Nie dane im było ogrzać się w promieniach sukcesu choć bez wątpienia na to zasługiwali. Z tej też przyczyny warto przypominać takie albumy jak "Entertainment!" by nie tylko nie ulotniły się z naszej pamięci, ale by infekowały swoją zawartością kolejne pokolenia.
 
Jakub Karczyński
  

10 sierpnia 2022

MIEJSKA PARTYZANTKA


Pod koniec kwietnia miałem przyjemność być na dość nietypowym koncercie grupy Visions In Clouds w "Nowym Amore" na poznańskich Jeżycach. To była prawdziwa organizacyjna partyzantka bowiem do chwili rozpoczęcia koncertu nikt nie był w stanie powiedzieć ile kosztować będą bilety. Było to później dogadywane na szybko z zespołami, ale odbywało się to w tak sympatycznej i przyjaznej atmosferze, że do głowy by nam nie przyszło by mieć o to do kogoś pretensję. Właściciel tego miejsca okazał się być niezłym freakiem, dzięki czemu czas do koncertów ani trochę nam się nie dłużył. Pogadaliśmy sobie o muzyce, o lokalnych piwach jak i obejrzeliśmy od kulis przygotowania do koncertu. Zanim jednak na scenie zainstalowało się Visions In Clouds, mieliśmy przyjemność obejrzeć występ lokalnego przedstawiciela sceny post rock. Aura7 zaprezentowała nam bardzo interesujący zestaw utworów, które to dobrze rozgrzały publiczność przed występem Szwajcarów. Granie post rocka to spore wyzwanie bowiem muzyka instrumentalna musi być na tyle interesująca by widz nie popadł w znudzenie. Na szczęście poznaniacy nie mieli z tym większego problemu, a publiczność żywo oklaskiwała ich występ. Jeśli już przy publiczności jesteśmy to trzeba zaznaczyć, że zebrało się tam około dwudziestu osób więc wydarzenie to miało naprawdę kameralny charakter. Dzięki temu nie było problemu by porozmawiać z muzykami, zrobić sobie pamiątkową fotografię czy wziąć autografy. Niestety zespół chyba jeszcze nie dorobił się własnej płyty stąd też chcąc zapoznać się z ich muzyką musimy poszukać jej w sieci. 

Gdy na scenę wkroczyli Visions In Clouds zrobiło się nieco bardziej tanecznie. Rozpoczęli od genialnego utworu ze swej ostatniej płyty - Two In A Row - który to doskonale nastroił mnie na resztę wieczoru. Żałuję tylko, że jest on tak krótki bo z chęcią zanurzyłbym się w nim na nieco dłuższą chwilę. Niestety trudno jest mi przedstawić szczegółową setlistę bo po pierwsze, nie znam aż tak dobrze ich dyskografii, a po drugie wolałem skupić się na przyjemności płynącej ze słuchania muzyki na żywo. Pamiętam jednak, że zagrali utwór Thieves, który to wytypowano na singla by promować ich najnowsze wydawnictwo, sięgnęli po kapitalne No Way Out z "What If There is No Way Out" (2018) oraz Runaway. Największe wrażenie jednak zrobiły na mnie utwory, w których pojawiała się trąbka. Po prostu cudo. Zespół na scenie tworzył śpiewający gitarzysta z perkusistą, a tylko w kilku utworach dołączał do nich wspomniany trębacz. Nad wszystkim czuwał jeszcze jeden członek zespołu odpowiedzialny za programowanie muzyki i aspekty techniczne. Całość wypadła niezwykle ciekawie choć muzyka w części wspomagana była przez laptopa. Ciekawi mnie jakby to było gdyby całość rozpisano na żywe instrumenty. Z pewnością dźwięki zyskałyby mocy, a i zespół byłby bardziej kompletny. Może z czasem nabierze to właśnie takiej formy, ale póki co, polecam Waszej uwadze twórczość tej grupy. Mają chłopaki zadatki na to by stać się naprawdę ważnym graczem na tej scenie. Trzymam zatem za nich kciuki i wypatruję kolejnych płyt stworzonych pod szyldem Visions In Clouds.


Jakub Karczyński