15 września 2022

OKIEM KOLEKCJONERA


Ostatnie dni mojego urlopu postanawiam wykorzystać na odwiedziny jednego z najbardziej niesamowitych miejsc w moim mieście. Jest ono na tyle piękne i unikalne, że zachwycą się nim nie tylko miłośnicy płyt. Zlokalizowane jest w arkadowych podcieniach pod adresem Stary Rynek 52B, a jego skarbów strzegą niezwykłe drzwi. Ciężkie, masywne i sprawiające, że uchylając je masz wrażenie jakbyś wchodził do jakiegoś skarbca lub świątyni. Jako że na poznański Stary Rynek docieram około 10:30, drzwi te jeszcze są zamknięte. Uchylą się wraz z wybiciem przez ratuszowy zegar godziny jedenastej. Wrześniowa aura zachęca do spacerów więc grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Obchodzę sobie zatem okoliczne uliczki podziwiając lokalną architekturę, ale też znajduję czas by zajrzeć do księgarni bo poza muzyką kocham też książki. Wizyta w takim miejscu jak zwykle pozbawia mnie poczucia czasu, stąd też wychodzę z niej po jakiś czterdziestu pięciu minutach. Póki co z pustymi rękami, ale jeszcze tam powrócę. Pierwszeństwo ma jednak sklep płytowy. Gdy docieram pod wskazany adres w progu wita mnie właściciel. Na tym niewielkim metrażu zgromadzono tak niebywale dużo płyt, że piętrzą się one po sam sufit. Wszystko jednak jest elegancko ułożone co niewątpliwie ułatwia poszukiwania. Moja uwaga skupia się jednak na niewielkim wycinku przebogatego asortymentu bowiem chyba jeszcze nie dojrzałem na tyle by pójść w jazz czy klasykę. Przeglądam więc płyty z rockową i elektroniczną alternatywą. Rozsiadam się na podłodze i sukcesywnie wyciągam płyty by móc zobaczyć ich okładki. Przeglądanie ich po grzbietach jest zajęciem dość karkołomnym i męczącym bowiem część płyt zlokalizowana jest przy kontuarze, a reszta dość blisko ziemi. Albumy, które tam zamieszkują, pamiętają z pewnością lata dziewięćdziesiąte. Świadczą o tym nie tylko wyblakłe metki, ale i kwoty na nich nadrukowane. Jeśli przypomnicie sobie ile w tamtym czasie kosztowały płyty CD to nie powinny was zdziwić ceny oscylujące między 70, a 130 zł. Wiele z tych wydawnictw jest już dziś niedostępnych na rynku więc tym bardziej warto uważnie przejrzeć zawartość sklepowych półek. Choć ceny zakonserwowały się tak samo dobrze jak owe płyty, to w niektórych przypadkach zapłacicie i tak dużo mniej niż byście zrobili to na Discogsie. Wszystko zależy od dostępności danego wydawnictwa. Im mniej egzemplarzy na rynku tym więcej złotówek trzeba wysupłać z portfela. Mnie udało znaleźć się coś, czego próżno już szukać na Allegro, a na wspomnianym Discogsie za ten album trzeba zapłacić w najlepszym wypadku 90 zł plus koszt przesyłki, a ten do najniższych przecież nie należy. W poznańskim "Fripp Sklep", zapłaciłem za płytę "Room Of Lights" (1986) Crime + City Solution niespełna 50 zł. Pamiętam, że w nieistniejącym już periodyku "Zine", wytypowano go jako jedną z pięćdziesięciu płyt najlepszych do słuchania jesienią. W komentarzu do tego albumy napisano: Najlepsza płyta zimnej, bluesowo-postpunkowej kapeli Micka Harveya i Rowlanda S. Howarda, związanych z Birthday Party i The Bad Seeds. Na pewno nie ma na tej płycie hitów. Za to jest zbiór ballad i taka gotycka strzelistość, że można nią sobie żyły podcinać. A z katakumb w tle przebija się jazgotliwa, nie taka znów przyjemna bluesowa gitara. Ta płyta to czysta depresja jak "Closer" czy "In The Flat Fields".  Jak widać warto więc odwiedzać takie miejsca, skoro mają one w swej ofercie płyty, które z pewnością śnią się po nocach niejednemu kolekcjonerowi.

 

Jakub Karczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz