Śmierć Briana Jamesa zasmuciła zapewne wielu miłośników muzyki, ale najbardziej dotknęła jego najbliższych oraz co zrozumiałe, muzyków, z którym na przestrzeni lat wchodził w dłuższe lub krótsze kolaboracje. W pamięci fanów zapisał się jako członek zespołów Lords Of The New Church oraz The Damned i to właśnie ci drudzy, postanowili złożyć stosowny hołd swojemu zmarłemu koledze. Stworzyli listę dziesięciu piosenek, które ukształtowały Briana jako artystę i przepuścili je przez swoje potępieńcze filtry muzyczne. Efekty tych zmagań zostały utrwalone na albumie "I'm Not Like Everybody Else" (2026), który miał swoją premierę dwudziestego trzeciego dnia stycznia. Czy warto było czekać? W przypadku The Damned, zadawanie takich pytań powinno być obarczone karą dożywotniego więzienia.
Płytę zamówiłem w przedsprzedaży i niecierpliwie odliczałem dni do jej premiery. Apetyt zaostrzał mi singiel See Emily Play (Pink Floyd), który stanowił za doskonałą wizytówkę tego wydawnictwa. Rzekłbym nawet, że ma w sobie sporo uroku, przynależnego latom sześćdziesiątym. Zapewne jestem pierwszą osobą, która zestawiła słowo "uroczy" z muzyką The Damned lecz biorę to na klatę. Zresztą, wystarczy zrobić szybką analizę zebranych tu kompozycji, by zdać sobie sprawę, że na tym wydawnictwie dominują utwory z szóstej dekady dwudziestego wieku. Wyjątek stanowi tu nagranie The Stooges, zarejestrowane już w latach siedemdziesiątych. Zapewne nie tylko mnie nie było jeszcze wtedy na świecie, stąd też moje małe obycie z oryginałami. Z dziesięciu zgromadzonych tu nagrań, kojarzyłem zaledwie cztery. Dużo lepiej poszło mi z rozpoznawalnością samych zespołów, bo mamy tu i The Yardbirds, The Kinks, The Rolling Stones, Pink Floyd, The Stooges czy The Animals. Pokusiłem się na dotarcie do oryginałów i muszę przyznać, że wersje The Damned dość wiernie trzymają się pierwowzorów. Nie starali się wywrócić kompozycji na lewą stronę, zagrać ich w wersjach awangardowych, bo przecież nie taki był zamysł. Nadali im jednak ten swój charakterystyczny rock & rollowo gotycki sznyt, dzięki czemu nie mamy wątpliwości kto pociąga tu za sznurki. Wyszło nad wyraz dobrze, o czym zaświadcza fakt, że płyta ta nie wychodzi ostatnio u mnie z odtwarzacza. A jeśli już wychodzi, to dość szybko do niego wraca, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że The Damned wyszło z tego starcia zwycięsko. Na koniec, warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce. Ostatnim nagraniem na płycie jest cover The Rolling Stones, które jako jedyne jest zaprezentowane w wersji koncertowej. Powodem takie stanu rzeczy jest fakt, że na gitarze zagrał w nim nasz wielki nieobecny, któremu w ten sposób, zespół chciał oddać hołd.
Czekałem na ten album z ogromnymi nadziejami i nie zawiodłem się. Może nie od razu między nami zaiskrzyło, ale gdy już ogień trafił na podatny grunt, to nie było takiej siły, która zdołałaby go ugasić. Jeśli szukacie czegoś co wyrwie was z zimowego marazmu, to koniecznie sięgnijcie po ten album. Zgromadzona tu energia nie tylko doda wam odpowiedniej dawki wigoru, ale i naładuje akumulatory przed nadchodzącą wiosną. The Damned rozpoczęli ten rok z animuszem, udowadniając, że stara gwardia wciąż wie jak przemieszczać pionki na tej szachownicy.
Jakub Karczyński
PS Pokłosiem i niebywałym sukcesem tego wydawnictwa jest fakt, że skłoniło mnie ono do sięgnięcia do oryginalnych twórców. Na pierwszy ogień idą The Kinks, a potem kto wie co dalej.
