24 lutego 2026

GDY SIĘ CZŁOWIEK SPIESZY ...


Są takie płyty, które zdają się być nieuchwytne. Albumy, o których się marzy, ale za diabła nigdzie nie można się na nie natknąć, a jak już gdzieś wystawią łeb, to zniechęcają swoją ceną. I tak na przestrzeni lat buduje się w głowie ich mitologia. Człowiek wyobraża sobie jak genialne nuty są tam zawarte i niemal płacze w poduszkę nad swoją niedolą. Wyobrażenia te jak wiadomo niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, ale jednak podsycają w człowieku chęć posiadania owej muzyki. Na przestrzeni lat było wiele takich płyt, które niemal śniły mi się po nocach, a gdy już trafiały w moje ręce, okazywały się większym lub mniejszym rozczarowaniem. Były rzecz jasna i takie, które dźwigały ciężar oczekiwań jak choćby album The Sound "From The Lions Mouth" (1982), a ich zdobycie równało się niemal odnalezieniu Bursztynowej Komnaty lub złotego pociągu. Bywa jednak i tak, że człowiek traci czujność. Wiedziony wyobraźnią, podejmuje pochopne decyzje, których w normalnych warunkach by nie podjął. Wstyd się przyznać, ale w ostatnim czasie zaliczyłem dwie wtopy. Jedna większa, druga nieco mniejsza i nie tak bolesna. Ta mniejsza przydarzyła się mi się przed kilkoma dniami, gdy ból po usunięciu migdałków nie dawał mi w nocy spać. Postanowiłem więc zrekompensować sobie jakoś cierpienie, szukając w internecie rzadkich płyt. Nic tak przecież nie łagodzi bólu jak dobra muzyka. Zwłaszcza ta, która nie leży na co drugim straganie. Padło na album "Everything!" (1998) zespołu Tones On Tail. Jak wiadomo lub też nie, zespół ten powstał jako poboczny projekt Daniela Ash'a (Bauhaus), który do współpracy zaprosił Glenna Camplinga. Gdy Bauhaus wyzionął ducha, do projektu dołączył Kevin Haskins (Bauhaus) i tym samym twór nabrał ciała, stając się pełnoprawnym zespołem. Nagrali tylko jeden album zatytułowany "Pop" (1984), ale dzięki singlom mogli pozwolić sobie na wydanie kilku kompilacji. Gdybym zainteresował się ich dyskografią w należyty sposób, z pewnością uniknąłbym gafy. Otóż, jako człowiek zbierający wszystkie solowe albumy, stanowiące odnogi mych ulubionych formacji, sukcesywnie uzupełniam braki. Jeśli chodzi o Tones On Tail, to dotychczas miałem na półce wyłącznie płytę "Night Music" (1987), którą postrzegałem jako album studyjny. Ostrząc sobie zęby na płytę "Everything" również sądziłem, że to pełnoprawny, katalogowy album. W oczekiwaniu na przesyłkę, przejrzałem sobie w internecie ich dyskografię i w mig pojąłem rozmiar swej głupoty. Jak nietrudno się domyślić, obie posiadane przez mnie albumy to składanki. Szkoda, że nie zaznaczono tego na okładkach płyt, ale będzie to dla mnie nauczka na przyszłość, żeby robić skrupulatniejsze rozeznanie. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, wszak nawet składanki różnią się między sobą tak grafiką jak i repertuarem. Dodatkowym atutem tej kompilacji jest fakt zamieszczenia na pierwszej płycie całej zawartości albumu "Pop" więc nazwa nie kłamała. Mamy tu absolutnie wszystko, co mieć powinniśmy na swej półce, jeśli chodzi o dorobek Tones On Tail. Sami widzicie, że warto zainteresować się tym wydawnictwem.

Gorzej ma się sprawa z kolejną płytą. Czas zatem na drugą, bardziej spektakularną wtopę. Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni. Dotychczasowe zakupy płytowe najczęściej realizowałem poprzez Allegro, Oldskul, Discogs, Serpent, Empik, Amazon czy OLX. Dochodziły do mnie jednak słuchy, że warto też zajrzeć na Vinted, gdzie także można trafić na ciekawe płyty. Od pomysłu do realizacji droga bywa niekiedy krótka, stąd też po szybkiej rejestracji dokonałem pierwszego zakupu. Płyta, która padła moim łupem, okazała się zaskakująco tania. Sam się dziwię, że już na tym etapie nie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Pierwsze co mnie zaskoczyło, to fakt, że album przyjedzie do mnie z terytorium Rumunii. Sądziłem, że kupuję płytę od kogoś z Polski. Przyznaję, że nie sprawdziłem tego zbyt dokładnie. Czekałem więc cierpliwie i w końcu przyszedł ten dzień, gdy z paczkomatu odebrałem przesyłkę. Gdy przedarłem się przez opakowanie, mym oczom ukazał się on. Album "The Changeling" (1982) sygnowany przez Toyah czyli żonę Roberta Frippa (King Crimson), którym okazał się być zwykłym ruskim piratem. Na początku było zaskoczenie, wkurzenie i złość, ale gdy zerknąłem na opis produktu, szybko okazało się, że sprzedawca nie ukrywał jego nieautentyczności. To ja okazałem się zwykłym matołem, który wiedziony emocjami, wspiął się na wyżyny głupoty i oszukał sam siebie. Nie bądźcie zatem jak ja, czytajcie opisy, a unikniecie rozczarowań. I z tą życiową mądrością was dziś pozostawiam, życząc roztropności i rozwagi podczas przemierzania muzycznej dżungli.


Jakub Karczyński

 

15 lutego 2026

POŻERACZE CIAŁ


Ponoć jedynymi nagraniami grupy The Flesh Eaters, którymi warto się zainteresować to te zgromadzone na kompilacji "Prehistoric Fits" (1990). Zawarte tam nagrania to ponoć genialny, mięsity deathrock, dużo rock'n'rolla, punka. Tak przynajmniej twierdzi nieznany mi z imienia i nazwiska autor, który przygotował swego czasu taki internetowy przewodnik dla fanów mrocznych brzmień. Wspominałem o nim już jakiś czas temu. O późniejszej twórczości zespołu autor nie ma już tak dobrego zdania. Ponoć kapela poleciała w amerykańskiego blues-hard rocka i późniejsze płyty The Flesh Eaters można polecić jedynie jako środek przeczyszczający. Przyznacie, że brzmi to mało zachęcająco więc nie dziwcie się, że trzymałem się na dystans od ich twórczości. Niemniej jako człowiek, który lubi zdawać się na własne uszy, postanowiłem sprawdzić ile prawdy kryje się w tej opinii. Do pierwszego tańca zdecydowałem się poprosić album o jakże zachęcającej nazwie "Sex Diary Of Mr. Vampire" (1992). Szybki rzut oka na tytuły utworów również wiele obiecywał więc z tym większą ochotą wcisnąłem guzik z napisem play. Wpłynąłem na suchego w przestwór tego muzycznego oceanu, bez specjalnych oczekiwań, ani też nie obciążony bagażem porównań. W swych dłoniach trzymałem tylko entuzjazm i ekscytację wynikającą z faktu odkrywania nowego lądu. Może w tym tkwi przyczyna, że zamiast odruchów wymiotnych, poczułem wiatr dmący w żagle i unoszący moją łódź coraz dalej i dalej. Słuchając tej płyty naszła mnie taka myśl, że The Flesh Eaters są zespołem jakby wprost stworzonym do filmów Quentina Tarantino. Widzę ich w knajpie przygrywających podczas nawalanki z wampirami w "Od zmierzchu do świtu", gdzie krew bryzga na lewo i prawo. Gdzie muzyka nie tylko napędza tempo akcji, ale i czyni tę scenę lekko absurdalną. Gdyby jeszcze kiedyś Quentin zamarzył o nakręceniu filmu drogi, to niech uderza do nich jak w dym. Ależ to byłby piękny soundtrack, godny nie tylko "Pulp Fiction" czy "Wściekłych psów", ale i wspomnianego już "Od zmierzchu do świtu". Tę ostatnią ścieżkę dźwiękową trzymam szczególnie blisko serca. Nie tylko przez wzgląd na sentyment, ale też na fakt, że została naprawdę genialnie pomyślana. Co by nie mówić, to Tarantino miał świetną rękę do soundtracków. Wróćmy jednak do The Flesh Eaters, bo przecież oni grają tu pierwsze skrzypce. Zespół zawiązał się w 1977 roku w Los Angeles i pomimo licznych perturbacji, działa do dziś dnia. Co prawda ostatni album wydano w 2019 roku, a jedynym stały członkiem zespołu jest wokalista (Chris D.), to miejmy nadzieję, że to nie ostatnia rzecz jaka ukazała się pod tym szyldem. Niestabilność składu to właściwie norma w przypadku The Flesh Eaters, ale nie przeszkadzało im to w nagrywaniu ciekawych płyt, które bynajmniej nie są żadnym środkiem przeczyszczającym. Z ciekawostek warto odnotować fakt, że w początkach działalności zespół wspierał Stan Ridgeway, znany później z formacji Wall Of Voodoo. Największą rozpoznawalność przyniosła Stanowi jednak kompozycja Camouflage, którą często można było usłyszeć choćby w autorskich audycjach Marka Niedźwieckiego. 

Na koniec słówko o nazwie The Flesh Eaters, która jak mniemam nawiązuje do filmu o tym samym tytułem z 1964 roku. Niskobudżetowy obraz Jacka Curtisa to horror science fiction, w którym dopatrzeć się można pierwocin stylistyki gore. Śmiałość niektórych scen z pewnością musiały szokować. Nic dziwnego, że ten obraz zyskał po latach status kultowego wśród miłośników horrorów, choć nie mamy tu do czynienia z niczym innym jak z kinem klasy B. Stosuje się do niego rzecz jasna inne zasady oceny więc albo ktoś łapie w lot tę estetykę albo odchodzi zniesmaczony. Jeśli macie wolny wieczór, to zamiast oglądać kolejny raz filmowe powtórki w TV, może warto zapoznajcie się z "The Flesh Eaters". Gdyby chcieć scharakteryzować fabułę tego obrazu za pomocą hashtagów, to bez wątpienia przydałyby się takie określenia jak: #szalonynaukowiec, #eksperymentynaukowe, #naziści, #tajnyagent, #krwiożerczymikroorganizm. Dla miłośników tego typu kina, to chyba wystarczająca rekomendacja by sięgnąć po ten film. Jeśli nie macie problemu by przymknąć oczy na budżetowe i techniczne ograniczenia tej produkcji, to myślę, że czeka was spora dawka dobrej zabawy. Mocną stroną jest tu kreacja jaką stworzył Martin Kosleck, który zasłynął z wcielania się w postaci nazistów. Ten niemiecki aktor na początku lat trzydziestych, jawnie sprzeciwiał się polityce Hitlera trafiając na listę osób niepożądanych.  Gdy naziści zaczęli zyskiwać na znaczeniu, zdecydował się wyemigrować do Wielkiej Brytanii by ostatecznie wylądować w Hollywood. Jego rola w "The Flash Eaters" jest prawdziwą ozdobą tego filmu, choć i pozostali aktorzy świetnie wywiązali się z powierzonych im ról. Zawiodły tylko efekty specjalne, które dziś budzą jedynie uśmiech politowania. No cóż, tak krawiec kraje jak mu materii staje. Szkoda także, że w finale zabrakło większej dramaturgii, jakiegoś zaskoczenia, które wywróciłoby wszystkie pionki na szachownicy. Niemniej, pomimo tych mankamentów, dobrze raz na jakiś czas, zanurzyć się w odmętach kinematografii by wyłowić co smakowitsze kąski i obgryźć je do samiutkich kości.      


Jakub Karczyński



PS Wsparcie kofeinowe dla "Czarnych słońc" choć nie wymagane to mile widziane pod adresem: https://buycoffee.to/czarne-slonca